wtorek, 30 maja 2017

Requiem dla Wodeckiego

Dziś dzień pogrzebu ś.p. Zbigniewa Wodeckiego. To śmierć, która emocjonalnie niezwykle mnie poruszyła. Po prostu poczułem się, jakby odchodził z tego świata ktoś bardzo mi bliski. Do tego stopnia, że gdybym miał dziś wolne lub gdyby Kraków był bliżej, na pewno wybrałbym się na jego pogrzeb. A nie dostąpiłem przecież zaszczytu spotkania i osobistej rozmowy z tym wielkim Artystą. Celowo używam tego słowa - nie ze względu na szacunek, którym go darzę, ale ze względu na to, że jest to sformułowanie jak najbardziej adekwatne, bowiem ten człowiek życie poświęcił muzyce - nie tylko żyjąc z muzyki, ale przede wszystkim żyjąc dla muzyki. Mimo iż znany był zwłaszcza z chałturniczo brzmiących przebojów: Chałupy welcome to i Pszczółka Maja, to jednak dał się poznać jako nie tylko niezwykle utalentowany wokalista o pięknym, czystym głosie, ale po pierwsze jako instrumentalista, kompozytor i aranżer bardzo wysokiej klasy. 
Z wielkim zamiłowaniem słuchałem jego opowiadań w licznych wywiadach na temat muzyki. Wielki miłośnik Bacha i muzyki jazzowej (w czym się z nim identyfikuję), z wyczuwalną pasją potrafił godzinami gawędzić na ten temat, próbując zaszczepić trochę tej pasji ludziom odrobinę zagubionym w dzisiejszych otchłaniach komercji i popkultury. A przy tym człowiek o wielkiej pogodzie ducha, z dużym dystansem do siebie, poczuciem humoru, błyszczący dowcipem i kawałami, które często opowiadał na scenie w trakcie koncertów.
Będzie mi brakowało jego życiowej mądrości, jego pasji i talentu. Podobno szykował się do nagrania kolejnej płyty, której niestety nie będzie nam już dane usłyszeć. Dobrze, że pozostały nagrane przez lata piosenki, dobrze, że na Youtube zachowało się sporo jego wypowiedzi, dzięki którym zawsze można odkryć coś nowego i pięknego. 
Pozostaje mi liczyć na to, że spotkamy się tam, po drugiej stronie, i może zagramy coś razem. Niech spoczywa w pokoju.