poniedziałek, 12 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 4)


Dzień 4.

piątek, 26 sierpnia 2011 

BÜTZOW – Schwaan – Rostock -> Gedser – NYKØBING FALSTER 

76 km



Route 1,305,745 - powered by www.bikemap.net

Budzę się nad ranem. Nawet nie chce mi się specjalnie sprawdzać, która jest godzina. Jeszcze zanim zwoje mózgowe dokładnie określą, gdzie jestem i co tu robię, słyszę grzmot i charakterystyczne bębnienie w tropik. Dźwięk burzy wspomagany wizualnie przez błyśnięcie przypominające do złudzenia fotograficzny flesz sprawia, że momentalnie trzeźwieję i natychmiast odruchowo macam dłonią podłogę namiotu. Okazuje się być sucha, ale nie sprawia mi to ulgi – burza może swoje zrobić. Przez chwilę leżę praktycznie załamany: czyżby moja wyprawa miała się dziś zakończyć? Nawet jeśli burza przejdzie, to dalsza jazda z wybitnie mokrym namiotem (tym razem z KAŻDEJ strony) średnio mi się uśmiecha. Jednak życie mnie nauczyło, że z każdej sytuacji jest wyjście, a ta sytuacja nie jest tragiczna. Zaczynam więc snuć w głowie plany awaryjne: gdyby burza nie ustała, zwinę namiot i udam się na dworzec kolejowy: tam zobaczę, co dalej. Wiem, że to miasto ma połączenie ze Szczecinem, ale chyba również z Rostockiem, zatem mogę podjechać te kilkadziesiąt kilometrów pociągiem. Gdyby natomiast burza ustała (o co się żarliwie modlę), ruszam obojętne o której godzinie do Rostocku (czyli zgodnie z planem) i jeśli namiot będzie zbyt mokry, mogę tam poszukać schroniska lub taniego hotelu. Tak czy inaczej, nie poddam się. Jeszcze nie dzisiaj - miałem dojechać do Danii, a to już niedaleko. Wysnucie tych wniosków na tyle mnie uspokaja, że mogę znów zasnąć, mimo iż deszcz nie ustaje. Budzę się kilka godzin później, od razu czujnie nasłuchując i jednocześnie sprawdzając stan podłogi. Oba testy wypadają pomyślnie: nie słychać oznak burzy ani deszczu, a podłoga od wewnątrz jest sucha. Postanawiam więc odprawić Mszę świętą i wyjrzeć na zewnątrz. Okazuje się, że sytuacja jest dobra. Chmury co prawda są, ale przebłyski słońca dają nadzieję na ich przepędzenie. Jeśli będzie jeszcze dziś padać, to z pewnością przelotnie. Biorąc pod uwagę, że dystans do przejechania jest dziś naprawdę niewielki (na oko ze czterdzieści kilometrów), nie ma się czego obawiać, nawet jeśli trzeba będzie zrobić dłuższy postój. Zjadam postne śniadanie, bo przecież dziś piątek. Gdybym był w Polsce, to nie musiałbym pościć, bo dziś przypada uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Ale jestem teraz w jurysdykcji arcybiskupa Hamburga, a tu chyba jej nie obchodzą. Po śniadaniu zwijam mokry namiot, strzepując go mocno (choć dzisiaj akurat gówno to daje), po czym przy akompaniamencie jeszcze głośniejszego niż wczoraj mlaskania pod nogami udaję się do bramy wyjazdowej. Po drodze mijam starsze małżeństwo, które również spędziło tu noc i szykuje się do wyjazdu rowerami.
- Guten Morgen – witam ich z uśmiechem.
- Dżen dobhrrry – odpowiada starszy pan w okularach, wprawiając mnie w chwilowe zdumienie. Ale natychmiast potem przypominam sobie, że był on przecież wczoraj świadkiem moich negocjacji z recepcjonistką, kiedy to oznajmiałem, że jestem z Polski. Zostawiam zatem z ulgą za sobą kemping na bagnie i wdychając wreszcie świeże powietrze, prawie punktualnie o dziesiątej wyruszam w kierunku centrum, gdzie wczoraj widziałem mapę miejscowości i okolicy. Ona mi pokaże, jak stąd wyjechać i gdzie zaplanować postój. Zatrzymuję się i analizuję mapę, obliczając na oko odległości i czas ich przebycia, planując postoje i ewentualny posiłek. Gdy tak stoję pochłonięty studiowaniem planszy z nazwami miejscowości, słyszę za sobą znajomy głos:
- Dżen dobhrrry - mijają mnie starsi państwo na rowerach, udając się wyraźnie w tę samą stronę, co ja. Odpowiadam uśmiechem, zastanawiając się jednocześnie, czy to są jedyne dwa słowa, które ten facet umie po polsku. Chyba tak - i musi być z tego dumny. Wsiadam na rower i udaję się za nimi, opuszczając Bützow. To prastare słowiańskie miasto (po polsku Budziszów) miało w trzynastym wieku zaszczyt być stolicą diecezji Schwerin. Z tego okresu nie pozostało nic oprócz okazałych fragmentów murów obronnych. Zaraz za miastem rozpoczyna się to, co lubię najbardziej: ścieżka rowerowa biegnąca przez pola zupełnie niezależnie od szosy. Wyszło piękne słońce i zaczyna się robić na tyle gorąco, że przede mną jedzie dwóch rowerzystów bez koszulek. Ale plandeki przeciwdeszczowe na sakwach mają. Ja takich nie potrzebuję, bo moje sakwy są wodoodporne, natomiast mam inny oryginalny element – kolorowy ręcznik z wizerunkiem tygrysa przyczepiony do górnej sakwy, powiewający luzem z wierzchu bagażnika – najlepszy sposób na to, żeby nie skisł. Jadę dokładnie na północ równo wyasfaltowaną ścieżką pomiędzy drzewami owocowymi. Chwilę później mijam starsze małżeństwo, które przystanęło po lewej stronie i zacięcie pałaszuje śliwki z przydrożnego drzewa i już wiem, że za chwilę usłyszę...
- Dżen dobhrrry! – woła starszy pan z nienagannym uśmiechem i śliwką w zębach.
- Guten Appetit! – odpowiadam i macham przyjaźnie ręką, zastanawiając się, kiedy znowu będziemy się mijać, bo przecież oni chyba muszą również jechać do Rostocku. Bez żadnych przeszkód docieram do Schwaan. Ukształtowanie terenu sprawia, że dupa odczuwa już zmęczenie, mimo iż zrobiłem dopiero dwadzieścia kilometrów. Ponieważ do Rostocku niedaleko i właściwie nie mam po co się spieszyć, a poza tym nie będzie już żadnego miasta na trasie, postanawiam zrobić sobie w Schwaan długą przerwę. Najpierw oczywiście kupuję coś na „obiad”, a potem ląduję na rynku, gdzie postanawiam usiąść w kafejce i wypić mrożoną kawę.

Okazuje się to świetnym pomysłem. Po pierwsze odpoczywa tyłek posadzony na wiklinowym krześle z poduszką (cóż za ulga!). Po drugie mrożona kawa przyjemnie chłodzi i dodaje energii. W Schwaan spędzam w sumie ponad godzinę i dopiero za piętnaście pierwsza ruszam dalej na północ. Ścieżka znów niezależna, ale po kilku kilometrach łączy się w miejscowości Benitz z wiejską drogą. Mijam jeszcze kilka wiosek i obserwując je, dochodzę do wniosku, że postój i posiłek w Schwaan był bardzo dobrym rozwiązaniem. W żadnej z mijanych miejscowości nie ma nawet połowy sklepu. Jedynym wyjątkiem okazuje się facet handlujący używaną odzieżą z furgonetki, ale u niego bym się raczej nie najadł. Myślę, że ci wszyscy mieszkańcy muszą zaopatrywać się w mieście. Pewnie nie stanowi to większego problemu, bo sądząc po przydomowych garażach raczej wszyscy są zmotoryzowani, no i pewnie w mieście pracują. Dlatego też chyba prowadzenie sklepu na wsi się tu nie opłaca. U nas w Polsce sklep na wsi musi być i koniec. Wieś bez sklepu nie zapewnia podstawowego bytu bezrobotnemu mieszkańcowi, który musi przecież codziennie spożyć napój procentowy, a na wyprawę do miasta go nie stać. Około trzynastej trzydzieści przecinam autostradę numer dwadzieścia, biegnącą do Lubeki.

Ruch na autostradzie spory, ale przecież nie ma się co dziwić: piątek, rozpoczynają się godziny szczytu. Uświadamiam sobie, że samochodem mógłbym stąd dojechać do domu w dwie i pół godziny. Ale to nie to samo, co dwa i pół dnia rowerem. Tu jest smak przygody, przestrzeń, poczucie wolności, kontakt z naturą. W samochodzie na niemieckiej autostradzie jedynie wieje nudą. Może tylko o tyle lepiej, że nie boli dupa. Jeszcze kilka kilometrów i widzę, jak zza horyzontu wyłania się hanzeatyckie miasto Rostock. I jak na duże miasto przystało, zanim się ostatecznie wyłoni minie jeszcze trochę czasu. Wjeżdżam od strony wsi Biestow i ląduję w dzielnicy Südstadt. Ścieżki rowerowe są na szczęście wydzielone, a oznaczenia wyraźnie widoczne, więc wjazd do miasta nie stanowi najmniejszego problemu.

Jednak po kilkunastu minutach jazdy przez miasto z niepokojem zauważam, że mój szlak chce znów ominąć to, co najbardziej warto zobaczyć: starówkę. Po chwili namysłu decyduję się więc rozstać ze szlakiem i wjeżdżam w ulicę Lange, która doprowadzi mnie wprost na Stare Miasto.

Na postój wybieram miejsce tuż obok informacji turystycznej przy rynku.

Przypinam rower i najpierw udaję się do informacji turystycznej. Obok sklepiku z pamiątkami odnajduję plan miasta i szukam na nim kempingu. Nie znajduję, bo go nie ma. Najbliższy kemping, na którym mógłbym przenocować, znajduje się około dwudziestu kilometrów na północ, prawie nad morzem. Jest też kemping po wschodniej stronie rzeki Warnow, ale żeby później stamtąd dostać się na prom do Danii, musiałbym z powrotem przejechać przez Rostock i nadrobić ponad dwadzieścia kilometrów, gdyż tunel pod Warnow stanowiący północną obwodnicę miasta jest niedostępny dla rowerów. I tak analizując sytuację wpadam na genialny pomysł. Ruszę do Danii dziś! Szybko oceniam możliwości: do terminalu promowego jest około dziesięciu kilometrów, więc powinienem bez problemu zdążyć na prom odpływający o siedemnastej. U wybrzeży Danii wyląduję po dwóch godzinach rejsu i będę miał jeszcze dwie godziny do zmierzchu, żeby znaleźć jakiś kemping. Uda się! Wychodzę szybko z budynku i postanawiam przespacerować się po Starym Mieście, a przy okazji znaleźć jakiś bank lub kantor, aby zakupić duńskie korony. To się niestety nie udaje, bo jest piątkowe popołudnie i wszystkie banki, które udaje mi się znaleźć, są zamknięte (pracowały do czternastej). Postanawiam więc, że walutę kupię później (może na terminalu, może na promie, a może w Danii), a teraz zafunduję sobie chociaż przyspieszone zwiedzanie Starego Miasta. Tuż przy rynku stoi kościół mariacki, do którego z przykrością nie zachodzę z braku czasu, oraz historyczny ratusz, który w średniowieczu pełnił także rolę domu towarowego.

Ogólnie miasto robi całkiem pozytywne wrażenie. Na Placu Uniwersyteckim dzikie tłumy, widać, że zaczął się weekend i ludzie wylegli na starówkę w poszukiwaniu wypoczynku i rozrywki. Ja natomiast wolę ciche zaułki, takie jak np. ten na Große Wasserstraße, na którego końcu majaczy wieża kościoła św. Mikołaja.

„Czas niemiłosiernie goni”, jak to kiedyś napisałem w jednej ze swoich piosenek, więc wracam na rynek, odpinam rower i zjeżdżam w dół nad rzekę, żeby znów spotkać się ze swoim szlakiem, który zaprowadzi mnie prosto na terminal promowy. Po drodze robię jeszcze zdjęcie kościoła św. Piotra, który osłoniony fragmentem murów miejskich, jawi się niczym gotycki strażnik miasta.

Gdyby było więcej czasu, to mógłbym wejść do środka, jak też obejrzeć panoramę miasta z jego wieży. Niestety, mam inne problemy. Zerwał się dość silny wiatr, a w moją stronę idzie ciemna chmura. Na szczęście niewielka, więc zagrożenie deszczem jest znikome. Faktycznie, chwilę później zaczyna kropić, ale na kropieniu się kończy. Kilka kilometrów dalej po lewej stronie między krzakami ukazuje mi się fragment panoramy miasta.


Uwieczniam go, ponieważ czuję pewien niedosyt. Wydaje mi się, że powinienem był tu dłużej posiedzieć. Ale Dania wzywa. Po pokonaniu ostatnich zawijasów, ląduję przy terminalu promowym.

Jest szesnasta, a więc mam jeszcze sporo czasu. Przypinam rower i idę kupić bilet. Udaje mi się to bez problemu, pozbywam się przy tym siedemnastu euro. Z biletu i dostępnych folderów dowiaduję się, że mój prom nosi dumne imię księcia Fryderyka (Kronprins Frederik), czterdziestotrzyletniego następcy tronu Danii, starszego syna królowej Małgorzaty II. Sam statek może nie jest tak okazały, jak imię, które nosi. Jest moim rówieśnikiem, ale w przeciwieństwie do mnie, był dwukrotnie przebudowywany. Na pokład może zabrać ponad tysiąc pasażerów i dwieście dziesięć samochodów (o rowerach nic nie wspominają) i ma jedynie szesnaście tysięcy ton wyporności. Niemniej jednak sam fakt podróży morskiej (choć tylko dwugodzinnej) jest ekscytujący - ostatni raz na morzu byłem dziesięć lat temu. Pozostaje jeszcze otwarta kwestia waluty – na terminalu jest kantor, lecz niestety zamknięty. Może uda się wymienić w duńskim porcie Gedser. Od miłej pani ze Scandlines, która sprzedała mi bilet, dowiaduję się, że wjazd dla rowerzystów jest taki sam, jak dla samochodów, więc odpinam rower i udaję się do bramki. Dostaję polecenie udania się na stanowisko numer 96, gdzie mam czekać, aż mnie wpuszczą. Co dziwne, nikt nie sprawdza dokumentów, wystarczy tylko bilet. Podjeżdżam we wskazane miejsce i pozostaje mi oczekiwanie na wjazd.

Oczekiwanie jest dość długie. Słońce mocno przypieka, elektroniczny wyświetlacz pokazuje temperaturę trzydziestu stopni. Pozbywam się czapki na rzecz chusty, która chroni nie tylko głowę, ale i szyję. Dwadzieścia minut do siedemnastej, a promu ani widu ani słychu. Myślę, że będzie opóźnienie. Dopiero dziesięć minut przed rozkładowym czasem odejścia wychodzi obsługa, żeby nakierować pojazdy na rampę. Statku jeszcze nie ma. Facet pokazuje, że mam jechać pierwszy i ustawić się tuż przed sygnalizatorem, co też czynię. Pojawia się prom.

Wbrew moim obawom wyładunek i załadunek jest błyskawiczny. Prom właśnie przypłynął z Danii, pojazdy szybko opuszczają rampę, po czym natychmiast wjeżdżają nowe (ja na początku). Dojeżdżam do końca pokładu dla samochodów i przypinam rower pasami do ściany, trochę na wyczucie, bo czynię to po raz pierwszy. Teraz idę na górę, gdzie zajmuję miejsce w wygodnym fotelu przy oknie. Spełnia się marzenie mojej obolałej dupy. Prom odbija niemalże punktualnie. Idę na zewnętrzny pokład, żeby zobaczyć, jak opuszczamy stały ląd. Statek zostawia za sobą basen portowy.

Dalej jest ciekawiej. U ujścia rzeki Warne mijamy miejscowość Warnemünde, która z racji położenia bardzo przypomina mi nasze Świnoujście.

Z lewej burty płynie malutki stateczek wycieczkowy. Wygląda jak mały piesek próbujący dotrzymać kroku wielkiemu wilczurowi. Tuż przy falochronie stateczek nagle zawraca, a moim oczom ukazuje się okazała plaża w Warnemünde.

Jeszcze chwilę stoję na pokładzie, ale wiatr robi się nieprzyjemnie silny, więc wracam do środka. Na promie w sumie nie ma co zwiedzać. Wchodzę na chwilę do sklepiku, gdzie wszystko jest cholernie drogie. Kupuję piwo i małą przekąskę, po czym upewniwszy się ostatecznie, że nie ma tu kantoru, wracam na swój fotel. Teraz jest czas na relaks. Nie wiem, czy i ile jeszcze przyjdzie mi dziś jechać, ale jedno piwo mogę swobodnie wypić. Do Danii jeszcze prawie dwie godziny, a poza tym tam nie ma żadnych wymogów prawnych dotyczących trzeźwości rowerzysty. Można zupełnie legalnie jechać na rowerze po alkoholu, pod warunkiem, że nie stwarza się zagrożenia dla innych uczestników ruchu. Sączę piwo i patrzę na morski krajobraz.

Morze daje poczucie spokoju (o ile samo jest spokojne). Przypomina mi się przepiękna piosenka Stinga Why Should I Cry For You, która opowiada o tęsknocie za kimś bliskim, gdy żegluje się w nieznane. Nucę ją sobie w myślach, co wprawia mnie w niesamowicie przyjemny nastrój, przyprawiony jednak szczyptą niewytłumaczalnej nostalgii. Gdyby rejs był dłuższy, pewnie sam bym napisał piosenkę. Tymczasem powoli zbliżamy się ku duńskim wybrzeżom. W oddali majaczy elektrownia wiatrowa postawiona na morzu.

Zaraz potem wyłania się wyspa Falster. Królestwo Danii tylko w niewielkiej części należy do stałego kontynentu (Półwysep Jutlandzki), reszta to wyspy, których jest ponad czterysta(!), z czego siedemdziesiąt sześć zamieszkanych. Co ciekawe, w języku duńskim słowo „wyspa” jest jednoliterowe i brzmi: „ø”. Mnie przyjdzie lądować na ø Falster, trochę mniejszej od Bornholmu. Mimo silnego wiatru wychodzę na zewnątrz, żeby zobaczyć skrawek lądu, na którym nigdy jeszcze nie byłem. Teraz czuję się jak odkrywca. W głowie ekscytacja tworzy niesamowitą mieszankę z obawą: jaki jest ten kraj? Jacy są ludzie? Czy uda mi się znaleźć kantor i kemping? Czy się dogadam? Na pewno trzeba się teraz przestawić z niemieckiego na angielski, bo po duńsku nie znam ani słowa. Z tych rozmyślań wyrywa mnie komunikat zapraszający kierowców na dół, do pojazdów.

Otwiera się rampa i wyjeżdżamy. Zaraz po zjeździe z pokładu widzę znak: rowerzyści w prawo. Posłusznie zjeżdżam, a następnie zatrzymuję się i próbuję się odnaleźć w nowej rzeczywistości: „Mój Boże, rzeczywiście jestem w Danii!”. Gedser okazuje się być małą wioską. Nie mogę tu znaleźć nawet sklepu, nie mówiąc o kantorze, czy banku. Miejscowość wydaje mi się też dziwnie wyludniona. Na ulicach nie ma żywego ducha. Jest dziewiętnasta, czuć rześkie, wieczorne powietrze, które ostrzega, że zmierzch już blisko. Trzeba szybko szukać kempingu. Znajduję informację turystyczną – co prawda jest zamknięta, ale przy drzwiach wisi stojak z mnóstwem folderów. Wybieram dwa: jeden to plan Kopenhagi (przyda się w przyszłości), drugi to mapy Danii z podziałem na regiony i zaznaczeniem kempingów (przyda się natychmiast). Mapy co prawda są bardzo niedokładne, ale dają jako taką orientację w terenie. Orientuję się więc, że w Gedser na pewno kempingu nie ma, trzeba jechać dalej na północ (zresztą w innym kierunku się nie da). Fotografuję coś, co przypomina wieżę, i spadam.

Szlak do Kopenhagi jest oznaczony, ale trochę inaczej niż w Niemczech. Tam szlaki miały swoje symbole, tu mają numery. Orientuję się zatem, że mój szlak ma numer dziewięć i pozostaje teraz tylko tego pilnować. Ścieżka rowerowa biegnie wzdłuż drogi i jest wydzielona. Potem jednak skręca w lewo i łączy się z boczną drogą, mało uczęszczaną, bo główna droga poszła prosto. Pejzaż wydaje mi się typowo wyspiarski.

W każdym razie zupełnie inny niż do tej pory, co wzmaga poczucie radości z doświadczania czegoś nowego. Ale jest też niepokój o nocleg. Muszę dotrzeć do kempingu, a tu nic nie ma. Mijam wioskę Skelby, gdzie nie ma żywego ducha na ulicy, żadnego sklepu ani innego punktu informacyjnego. Kilka kilometrów dalej kolejna wieś: Marrebæk. Mapa podaje, że mógłbym tu skręcić w prawo i gdzieś nad morzem jest kemping, ale to wszystko jest tak nieprecyzyjne, że wolę jechać prosto. Znów łączę się z główną szosą, a ścieżka rowerowa znów jest wydzielona. Teraz czuję się jak na autostradzie dla rowerów.

Docieram do następnej miejscowości – Væggerløse. Jest już dwadzieścia po ósmej, prawie ciemno, a tu znów żadnej informacji o kempingu. Jedynym pewnikiem pozostaje miasto Nykøbing, do którego mam jeszcze około siedmiu kilometrów. Nie mam wyboru. Jadę szybko. O twarz obijają mi się komary i muszki, które chyba nie umieją trafić do domu. Wreszcie docieram do miasta, gdzie znajduję upragniony drogowskaz na kemping. Wpadam na portiernię tuż przed dziewiątą.
- Dobry wieczór. Mówi pan po angielsku? – zwracam się po angielsku do portiera.
- Mówię w wielu językach – odpowiada.
- A po polsku? – pytam po polsku.
- ??
- Nieważne – śmieję się. - Chciałbym przenocować z namiotem i rowerem.
- Oczywiście. Za recepcją ma pan pole namiotowe, prysznice są tam – pokazuje ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Zapłaci pan jutro, bo dziś już mam kasę wyłączoną. – dodaje, co jest mi niesamowicie na rękę, bo nadal nie mam tutejszej waluty.
- Super. Może mi pan dać żeton do prysznica? – pytam nauczony doświadczeniem z Niemiec.
- Nie potrzeba. Prysznice są za darmo.
Noo! Spodobało mi się w tej Danii! Pożegnałem się wylewnie i udałem się na eleganckie pole namiotowe, gdzie się rozłożyłem - znów po ciemku i znów w towarzystwie komarów, choć na pewno było ich zdecydowanie mniej niż ostatnio. Dziękując Bogu za szczęśliwe dotarcie na wyspę Falster, szybko zasnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz