niedziela, 11 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 3)


Dzień 3.

czwartek, 25 sierpnia 2011

JABEL – Krakow am See – Güstrow - BÜTZOW

86 km

Route 1,305,735 - powered by www.bikemap.net

Przyszło to, czego się obawiałem najbardziej. Około drugiej w nocy obudziły mnie grzmoty i deszcz bębniący o płachtę namiotu z siłą młota i gęstością karabinu maszynowego. Naturalne w takim przypadku są obawy – oczywiście nie o to, że piorun trafi w namiot, ale np. o to, że ów domek z materiału zacznie przeciekać – nie byłoby wtedy za bardzo ratunku. Całe szczęście, że wieczorem schowałem ręcznik, który suszył się na bagażniku roweru. Pod znakiem zapytania staje dzisiejszy etap, bo w tej chwili trudno przewidzieć, jaka będzie pogoda. W deszczu mogę ewentualnie jechać, choć to żadna przyjemność, ale w burzy wolałbym nie. Co prawda burza ma to do siebie, że szybciej się kończy niż zaczyna, ale potrafi też krążyć w kółko niczym mucha pod żyrandolem. Po kilkunastu minutach grzmoty się oddalają, deszcz słabnie. Zasypiam. Budzę się o świcie, gdy burza powtórnie daje o sobie znać. Jeszcze się dzień nie zaczął, a już tracę humor oraz nadzieję na miłą jazdę. Ale jeszcze nic nie przesądzone. Zawsze można wyjechać później, gdy pogoda się nieco poprawi, i mimo że etap będzie krótszy, to zawsze posunę się trochę naprzód. Tymczasem nie ma co myśleć, trzeba spać. Między siódmą a ósmą następuje przebudzenie właściwe, które oznacza, że spać już nie będę. Przez chwilę leżę i nasłuchuję. Deszczu chyba nie ma. Powstrzymuję jednak ciekawość i postanawiam rozpocząć dzień od tego, co najważniejsze: modlitwy i Eucharystii. Dopiero później wyglądam z namiotu. Hmm... Nie jest ciekawie. Burzy co prawda już chyba nie będzie, ale jezioro jest spowite mgłą i w ogóle wszystko jakby straciło barwy. Szarość, szarość, szarość. Na domiar złego rześkie powietrze ubogaca mżawka. W kontekście wyruszenia w drogę powstaje pytanie, na które na razie nie jestem w stanie odpowiedzieć: będzie lepiej czy gorzej? Z tym dylematem spożywam śniadanie, celowo się nie spiesząc, bo przez ten czas może coś się wyklaruje. Poza tym namiot jest mokry i nie wiem, czy zwijając go w takim stanie nie przemoczę go od wewnątrz. Około dziesiątej jeszcze raz bawię się w meteorologa i decyduję się jechać. Następuje dość żwawe zwijanie wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem namiotu, który dokładnie strzepuję przed spakowaniem. Oddaję w recepcji klucz do łazienki, żegnam się i wsiadam na rower. Ze zdziwieniem zauważam, że jedzie się raczej dobrze. Po wczorajszej mordędze odczuwam raczej ulgę. Ciekawe, jak będzie dalej? Szlak początkowo prowadzi wzdłuż szosy, potem zamienia się w żwirowaną drogę leśną. Przejeżdżam obok jakiejś leśniczówki, skąd znów zaczyna się asfalt. Po chwili docieram do pierwszej miejscowości: Loppin. W centralnym jej punkcie widzę skrzyżowanie w trakcie litery Y i drogowskaz dla rowerzystów informujący, że droga na Kopenhagę w lewo. Wybieram więc lewą odnogę i bez zwalniania kontynuuję jazdę. Niestety po dość krótkim czasie okazuje się, że kończy się asfalt, a zaczyna piach. Po przedarciu się przez piaszczyste koleiny wjeżdżam znów do lasu. Biorąc pod uwagę stan drogi, zaczyna mi coś tu nie grać, ale kompas wskazuje kierunek zachodni, więc w zasadzie nie ma powodu do obaw. Po kilkunastu minutach dzielnego brnięcia przez las orientuję się, że przecież od Loppin nie było ani jednego oznaczenia szlaku. Co jest? Czyżbym pomylił kierunki? Co prawda nie analizowałem dokładnie drogowskazu, ale raczej stronę lewą od prawej rozróżniam. No nic, dojadę do jakiejś szosy i wtedy zobaczę, gdzie jestem i czy faktycznie zjechałem ze szlaku. Droga przez las wybitnie się dłuży. Po trzydziestu minutach od Loppin widzę wreszcie biegnącą w poprzek szosę. Są też drogowskazy, a na nich nazwy miejscowości, które kompletnie nic mi nie mówią. Brak drogowskazów dla rowerzystów ostatecznie utwierdza mnie w przekonaniu, że się zgubiłem. Pora sięgnąć po ratunek w postaci GPSu, który zabrałem z domu zamiast mapy z myślą o takich okolicznościach jak ta. Wciskam włącznik i... okazuje się, że niczego się nie dowiem, gdyż wyładowała się bateria. Podłączam GPS to ładowarki i po chwili namysłu ruszam drogą na północ. Kilka kilometrów dalej natrafiam na skrzyżowanie w remoncie i towarzyszące mu oznaczenia objazdów, z których nic nie rozumiem. GPS się trochę podładował, więc mogę już zobaczyć gdzie jestem. Z mapy wynika, iż powinienem skręcić w lewo, ale tablice z objazdami sugerują, żeby tam raczej nie skręcać. I bądź tu człowieku mądry. Trudno, jadę dalej prosto. Cztery kilometry później ląduję w wiosce Vollrathsruhe i napotykam punkt widokowy z normalną mapą. Mapa niestety nie nastraja optymistycznie. Przede wszystkim okazuje się, że w Loppin zgubiłem szlak, bo skręcał ostro w lewo (tam musiała być jakaś zamaskowana ulica, której nie zauważyłem), a nie lekko w lewo, jak pojechałem. Dodatkowo teraz muszę zawrócić, bo ta droga prowadzi w zupełnie innym kierunku. Mógłbym oczywiście nadrobić trochę drogi, a przy okazji zwiedzić ruiny zamku, ale nie mam dziś czasu na zwiedzanie i jazdy dookoła. Co prawda nienawidzę zawracać, ale tu raczej nie ma innej opcji. Zanim podejmę ten tragiczny powrotny kierunek, wdrapuję się jeszcze na wieżę widokową i robię zdjęcie okolicy ze zbliżeniem na zamek, którego nie zwiedzę niestety.

Jadę z powrotem, uważnie pilnując skrętu w prawo, żeby znowu nie pojechać za daleko, tym razem w drugą stronę. Udaje mi się nie przegapić skrętu i po chwili kieruję się na miejscowość Glashütte. Coś mi ta nazwa mówi, chyba widziałem ją kiedyś przy granicy z Polską. Nagle przypominam sobie symbol, który widziałem na drogowskazie przy tej nazwie i doznaję olśnienia. To nie jest miejscowość, tylko huta szkła! Dlatego GPS zgłupiał, a ja nie wiedziałem, że to tu mam skręcić. Jestem na siebie zły. Zrobiłem siedem kilometrów zupełnie bez sensu, tracąc przy tym prawie godzinę. Pocieszający jest jedynie fakt, że pogoda się poprawia. Po ponad godzinie kluczenia objazdami wjeżdżam do miejscowości Linstow, gdzie spotykam się wreszcie z moim szlakiem Berlin-Copenhagen. Oczywiście tylko po to, żeby za parę kilometrów znów się z nim rozstać, bo okrąża jezioro Krakower od strony północnej, a ja pojadę drogą na wprost, dzięki czemu uda mi się nadrobić ten czas, który wcześniej straciłem. Po przecięciu autostrady numer 19 prowadzącej do Rostocku, napotykam na ładne, nowe osiedle domków. Nie byłoby w tym niczego godnego uwagi, gdyby nie fakt, że wszystkie domki są kryte strzechą.

Istotnie, Niemcy jak i Holendrzy (a może też inne nacje) powracają z upodobaniem do starej tradycji pokrywania domów trzciną. Ma to ponoć tę ważną zaletę, że trzcina daje dużo ciepła zimą, natomiast przyjemny, chłodny cień latem. W Niemczech posiadanie domu z dachem trzcinowym jest podobno wyrazem gustu, nobilitacji i nowoczesności (tak! chodzi o tendencje ekologiczne). Zupełnie inaczej niż u nas, gdzie strzecha przez lata była przejawem wieśniactwa i biedy. Dziesięć kilometrów dalej jest już Krakow am See. I dobrze, bo najwyższy czas na obiad. Znów zaskoczenie: spodziewałem się dość sporego miasta, a tu mała mieścinka nad jeziorem. Niby-kurort, który okazuje się być zadupiem. Na starówce nie ma czego szukać, dwie ulice na krzyż, zawracam więc i jadę w kierunku dworca (a raczej stacyjki). Znajduję hipermarket i kupuję coś do zjedzenia, a przy okazji robię długą przerwę. Pogoda się wyklarowała, powietrze jest dość przyjemne. Tyłek boli, a jakże, ale jestem w stanie jechać bez większych narzekań. O piętnastej trzydzieści spotykam się znowu ze swoim szlakiem i opuszczam miasto, kierując się zgodnie z oznaczeniami pod górę, w kierunku zachodnim. Od teraz ten kierunek będzie powoli ustępował na rzecz północnego, co oznacza, że zaczynam zbliżać się do morza. Pod górę jechać ciężko, zwłaszcza po jedzeniu, dlatego chętnie przystaję, żeby sfotografować pastwisko pełne owiec.

Później czeka mnie ochładzająca jazda z górki, gdzie osiągam prędkość prawie czterdziestu kilometrów na godzinę i w Alt Sammit skręcam w polną drogę wyłożoną równiutko betonowymi płytami, co daje dobry komfort jazdy. Zrobiło się już bardzo słonecznie. Jestem na kolejnym skrzyżowaniu i postanawiam skrócić sobie nieco drogę po raz kolejny rozstając się ze szlakiem. Skrót – jak się można domyślać – okazał się znów wydłużeniem drogi, ale tym razem na szczęście prawie nieznacznym. Przystaję na moment w wiosce Bellin, po czym wjeżdżam w las. Ten las należy do lasów, których wybitnie nie lubię. Ogólnie raczej nie przepadam za lasami, kojarzą mi się z ukrywaniem świata, zagubieniem i stłamszeniem. Wolę pola, a już najbardziej wzgórza z piękną panoramą. Człowiek czuje się wtedy mocnym elementem krajobrazu, a może nawet w pewnym sensie władcą przestrzeni. W każdym razie można wtedy podziwiać piękno pejzażu i zachwycać się dowolnym jego szczegółem. Las pozbawia tego typu doznań. W lesie są muchy, komary i inne latające tałatajstwo, które się tu skrywa. A szczególnie nienawidzę lasów z wilgotnym gruntem. Roślinność wtedy staje się ciemna i gęsta, słońca praktycznie nie widać, a w powietrzu unosi się specyficzny odór mokrych liści. Z takiego lasu chcę jak najprędzej wyjechać. Na szczęście droga jest asfaltowa, a szlak świetnie oznaczony.

Ten las towarzyszy mi w sumie przez osiem dość trudnych kilometrów, bo też ukształtowanie terenu nie jest zbyt życzliwe. Jednak docieram wreszcie do Mühl Rosin, skąd już tylko kilka kilometrów dzieli mnie od dużego miasta Güstrow. W Mühl Rosin robię przerwę. Tu ścieżka rowerowa ma wyraźnie inny przebieg niż droga dla samochodów, co daje poczucie ulgi i swobody.

Do Güstrow dojeżdżam około osiemnastej. Jest to dość spore miasto, więc muszę uważać na oznaczenia szlaku. Oczywiście zaraz go gubię i jadę dalej kierując się ścieżkami rowerowymi na wprost. Dzięki temu udaje mi się zobaczyć ładne stare miasto, które szlak Berlin-Copenhagen omija, biegnąc nad kanałem. Przystaję na chwilę przy rynku.

Mijam ratusz i kościół ewangelicki, wjeżdżam na deptak Pferdemarkt. Na starówce jest dość sporo ludzi. Nic dziwnego, w końcu mamy piękne, słoneczne popołudnie, aż zachęcające do spacerów. Przystaję przed zabytkowym, okazałym budynkiem poczty.

Chwilę później odnajduję szlak i napotykam na mapę. Najbliższy kemping znajduje się w Bützow, co oznacza jeszcze prawie dwadzieścia kilometrów jazdy. Szybko oceniam: kondycja jest niezła, teren już praktycznie zupełnie płaski, pogoda wspaniała – myślę, że uda się zdążyć przed zmierzchem. Ale to nie wszystko. W Bützow trzeba będzie jeszcze przecież zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Ruszam więc bezzwłocznie. Na wyjeździe czeka mnie jeszcze krótki objazd, a chwilę za miastem ścieżka skręca nad kanał i odtąd już będzie mu towarzyszyć prawie do samego Bützow. Zapach co prawda mało przyjemny, ale zostaje z nawiązką zrekompensowany przez ciszę i subtelną harmonię ścieżki z wodą, przerywaną czasem niewielkim mostkiem przerzuconym nad kanałem.

Do Bützow wjeżdżam po dziewiętnastej i zaraz na wjeździe robię szybkie zakupy. Teraz pozostaje mi znaleźć kemping, o którym wiem tylko tyle, że leży nad jeziorem gdzieś po prawej stronie drogi, którą jadę. Położenie nad jeziorem rodzi nadzieję, że będzie tak ładnie, jak na dotychczasowych miejscach noclegowych. Docieram do starej części miejscowości, gdzie znajduję plan miasta. Teraz już bez problemu docieram na kemping, gdzie melduję się za piętnaście dwudziesta. Zaczyna się zmierzchać. Wjeżdżam w bramę i już widzę, że chyba fajnie nie będzie. Kemping składa się głównie z wody. Widocznie musiało ich ostro podtopić. Na środku stoi drewniany barak (portiernia i toalety), do którego wejścia prowadzą drewniane kładki, żeby nie trzeba było brodzić w bagnie. Nieopodal widzę pół stołu i krzesła pod brudnym brezentem (czyli stołówka samoobsługowa). Gdzieniegdzie walają się odrapane łodzie, a „suchego” terenu między wodą a płotem jest naprawdę niewiele. Na szczęście namioty są tylko dwa. Szybko oceniam, że skoro te namioty tu stoją, to oznacza, że da się tu przenocować. W drzwiach wita mnie pani portier (chyba też właściciel i jedyny pracownik) tego luksusowego hotelu.
- Dobry wieczór – kłaniam się. – Chciałbym tu rozbić namiot.
W odpowiedzi słyszę potok słów, z których z trudem wyławiam tylko tyle, że nie ma problemu z noclegiem.
- Bardzo proszę wolniej, jestem z Polski – tłumaczę.
- Aha, rozumiem. – odpowiada kobieta i już wolniej tłumaczy mi, żebym najlepiej rozbił się na trawie, a nie na wodzie, i tym podobne trafne porady. Melduje mnie, inkasuje tylko pięć euro (co jest pocieszeniem po tym co tu ujrzałem) i życzy miłego pobytu. Chcę jak najszybciej rozbić namiot, ponieważ zmierzch już się rozpoczął na dobre i komary wyleciały na kolację. Problem jest w tym, żeby znaleźć w miarę suche miejsce. Chodząc po trawie słyszę pod sandałami charakterystyczne mlaskanie oznajmiające, że ziemia jest nieźle nasączona. Boję się o podłogę namiotu. Co innego gdy deszcz pada z góry, a co innego, gdy człowiek całą noc spędza na mokrym i grząskim terenie. Najbardziej suche miejsca są już oczywiście zajęte przez dwa namioty, które były tu wcześniej ode mnie, zatem rozbijam się możliwie blisko jednego z nich. Rozbijanie namiotu to dzisiaj niezła sztuka, wygląda to raczej na dziki rytualny taniec z licznymi klaśnięciami po nogach. Śledzie wchodzą w grunt jak w masło. Gdyby zerwał się silny wiatr, to nie ma szans na utrzymanie tropiku. Kończę manewry okrutnie pokąsany przez żądne krwi owady. Teraz jeszcze prysznic... Biorąc pod uwagę całokształt obserwowanej tu rzeczywistości, nie należy spodziewać się niczego dobrego. Pewnie kawał rury wystającej ze ściany i ścierka służąca za przegrodę. Mam nadzieję, że da się tam przynajmniej wejść. I tu czeka mnie miła niespodzianka. Po otwarciu drzwi na tyłach drewnianego baraku, oczom moim ukazuje się nowoczesna łazienka z kafelkami lśniącymi czystością. Z przyjemnością korzystam z kabiny prysznicowej, gdzie mimo iż kurek jest tylko jeden (co wzbudziło we mnie obawę kąpieli w zimnej wodzie), temperatura jest w sam raz. Po tej chwili przyjemności udaję się na spoczynek. Zasypiam wdychając zatęchły smród bagna przy barytonowym akompaniamencie kwakania pluskających się kilka metrów dalej kaczek. Mam nadzieję, że nie obudzę się w kałuży.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz