czwartek, 16 października 2014

Wyprawa do Toskanii - część trzecia (ost.)

Obudziwszy się w czwartkowy poranek od razu rozpiąłem wejście do namiotu, aby przekonać się, czy to nie sen i czy rzeczywiście znajduję się w toskańskiej bajce. Okazało się, że tak. Dopiero świtało, a ja już pełen radości wciągałem głęboko w płuca krystalicznie czyste powietrze. Ale zanim dzień rozpocznie się w pełni trzeba było jeszcze obowiązkowo odprawić poranne modlitwy i zjeść śniadanie. Następnie usiadłem na pożyczonym plastikowym krześle z kubkiem kawy w dłoni i tak wpatrywałem się w krajobraz, zupełnie na poważnie myśląc o tym, aby z tego krzesła nie ruszać się przez cały dzień. Oczywiście biorąc pod uwagę moją naturę wiercipięty nie wchodziło to absolutnie w grę, jednak picie kawy tego poranka trwało zaskakująco długo.


W końcu jednak podniosłem swoje szanowne cztery litery z krzesła, odpiąłem rower i około dziewiątej ruszyłem na wycieczkę po wzgórzach Chianti. Tym razem nie miała ona żadnego konkretnego celu. Chciałem po prostu maksymalnie nasycić się widokami i świeżym powietrzem. Okazało się, że oprócz tego zmęczyłem się porządnie jazdą pod górę, nie doceniając ukształtowania terenu, które kazało mi niemalże na samym początku wspiąć się o dwieście metrów w górę. Potem było już lepiej, ale kontuzja ścięgna zdążyła niestety dać o sobie znać. Nie zepsuło to jednak mojego dobrego nastroju - wszak w tak pięknych miejscach rzadko się bywa.






Route 2,809,741 - powered by www.bikemap.net

Wycieczka zakończyła się dość nieoczekiwanie złapaniem gumy w przednim kole - efekt uboczny podziwiania krajobrazu: zamiast patrzeć na drogę rozglądałem się ochoczo wokół siebie i nie zauważyłem rozbitej butelki, na którą najechałem tak celnie, jakbym ćwiczył godzinami. Szczęściem w nieszczęściu zdarzyło się to niedaleko przystanku autobusowego, a po dojściu do niego okazało się, że autobus do Florencji będzie za 10 minut. Niewiele się zastanawiając przypiąłem rower do pierwszego lepszego słupa i zaczekałem na autobus, który zawiózł mnie do miasta. Rozpoczynała się właśnie pora sjesty, ale akurat we Florencji nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ olbrzymi ruch turystyczny wymusza na właścicielach sklepów rezygnację z przerwy. Oczywiście dotyczy to tylko centrum miasta. Korzystając z okazji poszedłem więc zrobić zakupy, tym bardziej, że i tak musiałem długo czekać na autobus do Cerbai. W sumie cieszyłem się z takiego rozwiązania sprawy, gdyż noga dawała się już ostro we znaki i nie wiem, jak ta moja wycieczka rowerowa przebiegłaby dalej. 
Powróciwszy na kemping późnym popołudniem wziąłem prysznic i wieczór spędziłem (a jakże!) na krześle przed namiotem, gapiąc się w krajobraz i popijając zakupione we Florencji wino, aż zapadł zmrok.



Noc była okrutnie zimna - niechybny znak kończących się wakacji. Nie miałem termometru, ale jestem pewien, że temperatura spadła poniżej 10 stopni Celsjusza. Musiałem włożyć ciepłe ubranie i naciągnąć kaptur na głowę, żeby w miarę się wyspać. Gdy jednak wstało słońce, z miejsca zaczęło się robić ciepło. Po ciężkiej nocy wstawałem z ociąganiem, tym bardziej, że musiałem wyjeżdżać i chyba podświadomie przeciągałem to zwijanie maneli. Jednak w końcu około dziewiątej wszystko było zapakowane i poszedłem do właściciela uregulować rachunek. Ten miły facet chciał mnie jeszcze zatrzymać na kawę, ale powiedziałem zgodnie z prawdą, że się spieszę - obiecałem jeszcze tego wieczora być w Norymberdze. A tu jeszcze trzeba było pojechać po rower (o ile jeszcze stał tam, gdzie go zostawiłem) i na farmę Stinga po wino. Tego nie mogłem sobie odmówić będąc w Toskanii. Wszystko się udało. Rower stał tam, gdzie go wczoraj przypiąłem, a na Stingową farmę trafiłem bez problemu (choć było to nieco dalej niż mi się wydawało).




Zapakowawszy wino do bagażnika pozostało mi już tylko ruszyć prosto do Norymbergi, oczywiście unikając płatnych autostrad. Pierwszy odcinek trasy - w okolice Bolonii - przebiegał wijącą się górską drogą, więc o szybkości nie mogło być mowy. Dopiero kiedy ostatecznie zostawiłem wzgórza Toskanii za sobą, mogłem jechać trochę szybciej. Spieszyłem się bardzo, ponieważ GPS wyznaczając trasę pokazał mi dojazd na trzecią nad ranem, co mnie przeraziło. Robiłem więc wszystko, żeby zajechać prędzej. Dużo prędzej. Oczywiście można by było wskoczyć na autostradę i w ten sposób oszczędzić chociaż kawałek czasu, ale obawiałem się, że efekt może być odwrotny - przecież nie mogłem jechać autostradą cały czas (względy finansowe), a zjeżdżając z niej w jakimś nieznajomym miejscu mogłem przecież drogę wydłużyć, a nie skrócić. Postanowiłem więc jechać zgodnie z pierwotnymi wskazówkami urządzenia. Nie pożałowałem. Co prawda droga przez Włochy mi się dłużyła, lecz nie zatrzymywałem się nigdzie, bo przecież czas goni. Musiałem jednak stanąć na tankowanie. Zatrzymałem się, otworzyłem wlew paliwa i okazało się, że to jakiś dziki automat, w którym trzeba płacić kartą - a ja miałem specjalnie odłożoną na ten cel gotówkę. Wsiadłem więc wkurzony do auta i pojechałem dalej, nie orientując się zupełnie, że korek od wlewu paliwa został na stacji. Tak pokonałem kilkadziesiąt kilometrów, aż znalazłem normalną "ręczną" stację paliw. Tu dopiero zdziwiłem się brakiem korka, ale cóż mogłem zrobić - zatankowałem do pełna i pojechałem dalej bez niego. Podróżując dalej zastanawiałem się, na ile taka jazda jest niebezpieczna i doszedłem do wniosku, że tak czy inaczej trzeba jakoś zorganizować ten korek. Niedaleko Verony przejeżdżałem przez jakąś miejscowość, w której zobaczyłem serwis Renault. Od razu do niego skręciłem i ku mojej radości zobaczyłem przy warsztacie wielki magazyn z częściami do mojego auta. Wytłumaczyłem facetowi na migi, czego potrzebuję, a on odnalazł właściwy korek, sprawdził czy pasuje i zainkasował 15 euro. Mogłem wreszcie odetchnąć i spokojnie jechać dalej. 
Ponieważ zbliżałem się do Alp, droga zaczęła stawać się coraz bardziej malownicza. Ale to nic w porównaniu z tym, co czekało mnie za Bolzano. GPS poprowadził mnie w góry drogą przez Passo di Pennes (po niemiecku: Penserjoch).
PASSO DI PENNES (PENSERJOCH)


Passo di Pennes to przełęcz górska we włoskich Alpach, której szczyt znajduje się na wysokości 2211 m n.p.m. Wiedzie tam droga krajowa SS508, która powstała w latach 1936-1938 jako strategiczna trasa dla wojska. Mimo że to najkrótsza droga między włoskim Bolzano a austriackim Innsbruckiem, w żadnym wypadku nie jest drogą tranzytową z uwagi na liczne niebezpieczne wzniesienia i zakręty. Ciężarówki i autobusy obowiązuje całkowity zakaz wjazdu, natomiast dla samochodów osobowych trasa jest dostępna jedynie od lipca do października. Przez resztę roku pozostaje zamknięta z racji panujących warunków atmosferycznych. Obecnie drogą tą poruszają się w większości motocykliści i kolarze trenujący w warunkach górskich. 
Czegoś takiego się nie spodziewałem w najśmielszych snach. Wspaniała widokowa trasa, będąca jednocześnie dużym wyzwaniem dla mnie jako kierowcy i dla samochodu, który ma już swoje lata. Pomijając fakt, że do tej pory na takiej wysokości byłem tylko raz w życiu (Świnica - 2301 m), to nigdy bym nie przypuszczał, że na ponad 2200 metrów można się wspiąć własnym autem. Co prawda nadal się spieszyłem, nie mogłem jednak odmówić sobie kilku fotek w tak wyjątkowym miejscu. I to koronny argument na rzecz zrezygnowania z autostrad.







Na szczycie temperatura oczywiście spadła do sześciu stopni (czyli ponad dwadzieścia mniej niż na dole), co dodatkowo mnie pospieszało, a chętnie bym tam został. Trzeba było jednak ruszać w dół, hamując oczywiście silnikiem, żeby nie nadwyrężyć układu hamulcowego. Muszę przyznać, że była to duża przygoda. Po zjeździe na dół jeszcze tylko kawałek i już Austria. Znów górskie klimaty, choć wzniesienia już bez porównania do Penserjoch. W Innsbrucku wylądowałem o zmierzchu. 


Pięknie położone miasto. Niestety zdążyłem cyknąć tylko jedną fotkę na światłach i trzeba było jechać dalej. Kawałek za Innsbruckiem już granica niemiecka, a potem Monachium i autostrada prosto do Norymbergi. Dotarłem równo o północy, co w sumie dało kilkanaście godzin spędzonych w samochodzie. Trudno zatem mówić o braku zmęczenia, ale była to jedna z najpiękniejszych podróży w moim życiu.