niedziela, 28 września 2014

Wyprawa do Toskanii 2014 - część druga

Wtorkowe popołudnie w pełni, a ja w Wenecji, nieco zmęczony - w końcu ostatniej nocy mało było snu, do tego w ciężkich warunkach, poza tym podróż i pół dnia zwiedzania - zatem najwyższa pora zastanowić się nad noclegiem. Przygotowany byłem oczywiście na wariant najtańszy, czyli kemping, ale po zastanowieniu wybrałem opcję hotelową. Powodów było kilka: po pierwsze - zmęczenie i chęć regeneracji. Po drugie - pogoda (znów się zaczęło chmurzyć i dałbym sobie rękę uciąć, że będzie lało). Po trzecie - musiałem załatwić sprawę internetu. Pakiet roamingowy wykupiłem przed podróżą, ale z jakichś niewytłumaczalnych powodów nie działał. Aby coś zrobić w tej sprawie potrzebowałem jednak internetu. W hotelach takowy zawsze jest dostępny dla gości, na kempingach nie zawsze. Decyzja zatem została ostatecznie podjęta w pociągu powrotnym do Mestre, a ja zacząłem z kolei zastanawiać się, jak u licha znaleźć tani hotel nie korzystając z netu. Raczej niemożliwe. Z pomocą przyszła kafejka naprzeciwko dworca w Mestre. Napis w języku angielskim głosił: Zamów kawę, a będziesz mógł skorzystać z wifi za darmo. Nie trzeba mnie było namawiać. Potrzebowałem zarówno kawy, jak i wifi. Po półgodzinnym posiedzeniu i pozbyciu się dwóch euraków (jak na warunki włoskie można powiedzieć, że bardzo tanio) popędziłem radośnie do samochodu z wypisanym na kartce adresem hotelu w Padwie. Dlaczego w Padwie? W Wenecji hotele są okrutnie drogie, poza tym nie uśmiechało mi się znów pakować do pociągu z bagażem. Padwa jest położona niespełna 30 kilometrów od Mestre, można znaleźć dość tani (jak na warunki włoskie) hotel, a do tego odwiedzić św. Antoniego. Wybór był oczywisty.
Dojechałem późnym popołudniem, zameldowałem się, wziąłem porządny prysznic i poszedłem do sanktuarium wspomnianego świętego. Spodziewałem się - jak prawie wszędzie we Włoszech - płatnego wstępu i tłumu ludzi. Nic z tych rzeczy - wejście darmowe i tłumów nie było. Ku mojej wielkiej radości mogłem się spokojnie pomodlić. Tak nadszedł wieczór i zaczęło padać. Powróciwszy do hotelu, zasnąłem kamiennym snem w szerokim, miękkim łożu.





Rankiem deszcz jeszcze ostro dawał o sobie znać. Odprawiłem Mszę, zjadłem pyszne i obfite śniadanie (wystarczyło w zasadzie na cały dzień), po czym zająłem się sprawą mojego niedziałającego internetu. Przy pomocy wifi odnalazłem numer pomocy technicznej i po jednym telefonie udało się wszystko naprawić i włączyć. Teraz tylko pakowanie i w drogę. Aha. Jeszcze tylko trzeba ustalić dokąd. Padło na Bolonię. Jest tam pewne sanktuarium, o którego istnieniu będąc w tym mieście w zeszłym roku (właściwie przejazdem) nie miałem pojęcia. Była więc znakomita okazja, żeby owo sanktuarium nawiedzić.
Podróż do Bolonii zajęła mi trzy godziny, co na 130 km dystansu nie czyni mnie demonem szybkości, ale cały czas pamiętajcie, że nie korzystałem z autostrad, co przekładało się na konkretne oszczędności - np. na tej konkretnej trasie byłem 8,40€ do przodu. Zaparkowałem na przedmieściach Bolonii (za darmo) i w dalszą drogę udałem się rowerem. Cel: Santuario Madonna di San Luca.

 
Route 2,809,739 - powered by www.bikemap.net

Dowiedziałem się o nim z książki Johna Grishama Wielki gracz. Książka absolutnie nie religijna, ale zawiera wiarygodny opis miasta. Zaciekawiło mnie położenie sanktuarium. Rzeczywiście, znajduje się ono na wysokości ponad 300 metrów. Wybrałem więc - nie całkiem świadomie - drogę dla autobusów. Wybór ten okazał się błogosławieństwem, ponieważ zjeżdżając później z sanktuarium inną, najkrótszą drogą, nie miałem wątpliwości, że pod taką stromiznę nie podjechałbym rowerem nawet kilku metrów. Podjazd dla autobusów był dużo dalszy, za to łagodniejszy, a i tak mnie z moim nadwerężonym ścięgnem, nie przyzwyczajonemu do górskich wycieczek kolarskich, sprawiał sporo problemów. Niemniej jednak po ponad półtoragodzinnej wspinaczce udało się cel osiągnąć. Dlatego też tę wyprawę mogę z czystym sumieniem nazwać pielgrzymką, ponieważ pielgrzymka zawsze musi wiązać się z pewnym trudem i umartwieniem, a nie tylko z podróżowaniem do jakiegoś miejsca kultu. Tu był trud, pot i skwar. Po porannym deszczu nie było śladu (zresztą w Bolonii prawdopodobnie deszczu w ogóle nie było), natomiast temperatura powietrza osiągała bez mała 30 stopni. 





Zmęczony okrutnie, ale szczęśliwy, przekroczyłem bramę Santuario Madonna di San Luca. Jest to chyba jedno z mniej znanych miejsc kultu we Włoszech. Przynajmniej w polskojęzycznych przewodnikach i na polskich stronach internetowych nie znalazłem żadnych informacji na jego temat. Może dlatego od razu pokochałem to sanktuarium. Nie ma tu tłumu turystów i biletów wstępu, za to jest fantastyczna duchowa atmosfera i piękny widok na miasto. Można tu dotrzeć z miasta samochodem, autobusem miejskim lub też wejść pieszo zadaszonym, ponad 3,5-kilometrowym portykiem po schodach. Ten najdłuższy portyk na świecie składa się z 666 łuków. Liczba ta (symbol szatana) nie jest przypadkowa, ponieważ portyk - jak się dowiedziałem - ma w zamyśle architekta odzwierciedlać węża, który leży zdeptany u stóp Matki Bożej. Wszystkim wybierającym się do Bolonii polecam to miejsce gorąco.







Podróż powrotna do samochodu zajęła mi dokładnie 35 minut, czyli trzy razy krócej niż wjazd na górę. Zapakowałem rower na dach i skierowałem się w stronę Toskanii. Dzięki wreszcie działającemu internetowi znalazłem kemping niedaleko Florencji i tam też postanowiłem się udać. Droga wiodła przez malownicze wzgórza, była wąska i kręta, nie pozwalała rozwinąć jakiejkolwiek normalnej prędkości, co sprawiło, że dojechałem dopiero około dwudziestej. Jednak dla takich widoków warto było poświęcić trochę czasu (ale i oszczędzić kolejne 8,60€ na autostradach).
Kemping okazał się fantastycznie położony wśród wzgórz Chianti, jednak okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte. Powiedziałem właścicielowi, że mnie tam dużo miejsca nie potrzeba, mam mały namiot i nic więcej. Wskazał mi więc miejsce najlepsze chyba ze wszystkich, tuż obok basenu, z widokiem na toskańską krainę. Mało tego, zapłaciłem za nie połowę ceny, ponieważ nie było tam przyłącza z prądem (które do niczego nie było mi potrzebne). Pomyślałem, że to chyba robota Matki Bożej z San Luca. Coś fantastycznego.

c.d.n.







sobota, 13 września 2014

Wyprawa do Toskanii 2014 - część pierwsza

Wkurzyłem się strasznie na swoją nogę. Tydzień przed planowaną tegoroczną wyprawą rowerową wybrałem się w Tatry, żeby trochę pochodzić po górach. Byłem tu już wcześniej (w lipcu), ale łażenie po wysokich górach z grupką małych dzieci było niewykonalne. Dlatego wziąłem fajnego towarzysza i pojechałem w to samo miejsce leczyć niedosyt. Nie udało się. Pogoda nie pozwalała na wyprawy w wysokie góry i choć nie poddaliśmy się codziennie pokonując jakąś górską trasę, nie było to tym, co miałem w planach. A na dodatek doznałem zapalenia ścięgna Achillesa. To spowodowało, że wyprawa rowerowa stanęła pod znakiem zapytania. Po powrocie do Szczecina było już jasne, że z takim ścięgnem codzienne przejechanie rowerem około stu kilometrów nie jest możliwe. Zatem wkurzyłem się na swoją nogę.
Jednak wkurzanie się w takich sytuacjach uważam za bezcelowe. Energię z wkurzania lepiej poświęcić na wymyślenie planu zastępczego. Myślałem więc intensywnie przez całą niedzielę, gdzie mogę pojechać, czym i po co. Gdy obudziłem się w poniedziałek rano, stwierdziłem, że nadal nie wiem, ale wyjechać trzeba. Spakowałem zatem namiot, śpiwór i inne biwakowe manatki, które zawsze zabieram na rowerowe wyprawy i zaniosłem do samochodu. Pomyślałem też, żeby zakupić trochę przetworzonej żywności w proszku i parę litrów wody - skoro jadę samochodem, ilość bagażu nie stwarza problemu, a lepiej teraz wydać złotówki niż potem euro. Mama podpowiedziała, żeby zabrać rower. Na początku myślałem, że to bez sensu, ale po rozważeniu stwierdziłem, że to nie jest głupi pomysł. Wszak nie muszę rowerem pokonywać Bóg wie jakich tras, a może się on przydać wszędzie tam, gdzie samochodem ciężko wjechać bądź zaparkować. Wziąłem.
Jakoś po trzynastej ogarnąłem się wreszcie z bambetlami i wsiadłem do auta. W ten sposób znów powrócił problem: dokąd jechać. Wiedziałem tylko, że na południe, bo tam ciepło i słonecznie. No to co? Włochy. Wpisałem w GPS "Venezia", ale zaznaczyłem też opcję "unikaj opłat". Powodów było kilka: 1) Moje wyprawy są zawsze budżetowe. Oszczędzam na wszystkim, na czym da się oszczędzić (choć bez przesady), przy czym najbardziej nie lubię (a wręcz nienawidzę) płacić za coś, co można mieć za darmo. Zatem kiedy tylko mogę, unikam płacenia za: drogi, parkingi i toalety. 2) Nigdzie się nie spieszyłem, więc płacenie za autostrady było bez sensu. 3) Jadąc do Włoch autostradą traci się najlepsze widoki, więc płacenie za brak widoków było jeszcze bardziej bez sensu.
GPS wyznaczył w przybliżeniu coś takiego. Nie będę opisywał szczegółów podróży, bo to nudne. Z widoków w zasadzie były nici, ponieważ do Austrii wjechałem już dobrze po zmroku. Dlatego wszystkim udającym się do Wenecji tą trasą polecam wyjazd wieczorem, wtedy docieramy do Austrii o świcie i podziwiamy zapierające dech w piersiach pejzaże. Ja natomiast skupiałem się na uważnym śledzeniu drogi, żeby nie wypaść poza wijące się serpentyny, tym bardziej, że zaczął padać deszcz. Przed północą dotarłem do tunelu Felbertauern, który - wbrew ustawieniom GPSu - był płatny. Przejazd pod Wysokimi Taurami kosztował mnie zatem 10. Niedługo potem przekroczyłem granicę austriacko-włoską w miejscowości Arnbach i stwierdziłem, że po dwunastu godzinach za kółkiem warto by położyć się spać. Zjechałem do pierwszej miejscowości i zaparkowałem w zacisznym miejscu w bocznej uliczce. Temperatura na dworze wynosiła ok. 6 stopni, więc trzeba było wyciągnąć śpiwór i nałożyć kaptur na głowę. Gdy tak się szykowałem do snu, odwiedził mnie patrol Carabinieri, ale po kontroli dokumentów dali mi spokój i pojechali dalej. Spałem do piątej rano. Kiedy się obudziłem (i natychmiast włączyłem ogrzewanie, żeby nie pokruszyć sobie zębów), powoli wstawał już świt i moim oczom ukazał się taki widok:

No cóż, przez tę ciemną noc (i deszcz) łatwo można było zapomnieć, że jestem w górach. Ale teraz krajobraz objawił się już w pełni, więc jechało się jeszcze raźniej.



I tak prawie do samej Wenecji, do której dotarłem około dziewiątej rano. Niestety deszcz znów zaczął padać i to dość intensywnie. Pomyślałem sobie: "Ładnie mnie witasz, Italio" i zająłem się szukaniem parkingu. I tu następuje:
GARŚĆ INFORMACJI PRAKTYCZNYCH


Jeżeli ktoś wybiera się do Wenecji samochodem, to ma do wyboru trzy parkingi, każdy ciasno napakowany i płatny (pierwsze dwie godziny to 5 euro, potem jest już tylko drożej). A jeśli ktoś wybiera się do Wenecji kamperem, wysokim autem lub z czymś dużym na dachu (podobnież jak ja), to ma tylko jeden parking, dość pustawy, za to horrendalnie drogi (16 euro za pierwsze dwie godziny, a potem... nie sprawdzałem). Dlatego wymyśliłem takie rozwiązanie: Nie wjeżdżamy do Wenecji autem, bo i tak trzeba je zostawić żeby pozwiedzać i jeszcze drogo za to płacić. Samochód parkujemy w Mestre (miasteczko po drugiej stronie mostu), można tam znaleźć miejsce nieodpłatne (niestety poza centrum) lub zaparkować w płatnej strefie blisko dworca kolejowego, ale i tak o wiele taniej niż w Wenecji. Następnie udajemy się na dworzec i kupujemy bilet do Wenecji za 2,50 w obie strony. Pociągi odchodzą co chwila, podróż trwa krócej niż kwadrans. Poza tym w pociągu można bezpłatnie skorzystać z toalety i kolejne pieniądze zostają w kieszeni.
A że do Wenecji warto zajrzeć to chyba nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać. Miasto wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju, choć w sezonie dość tłoczne (czego ja osobiście nie lubię). Przez wymyślanie genialnego rozwiązania z pociągiem straciłem sporo czasu, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: zaoszczędziłem trochę kasy, a przez ten czas wyszło słońce. Poszwendałem się więc trochę po zakamarkach Wenecji i ani się obejrzałem, a tu późne popołudnie.

c.d.n.