czwartek, 16 października 2014

Wyprawa do Toskanii - część trzecia (ost.)

Obudziwszy się w czwartkowy poranek od razu rozpiąłem wejście do namiotu, aby przekonać się, czy to nie sen i czy rzeczywiście znajduję się w toskańskiej bajce. Okazało się, że tak. Dopiero świtało, a ja już pełen radości wciągałem głęboko w płuca krystalicznie czyste powietrze. Ale zanim dzień rozpocznie się w pełni trzeba było jeszcze obowiązkowo odprawić poranne modlitwy i zjeść śniadanie. Następnie usiadłem na pożyczonym plastikowym krześle z kubkiem kawy w dłoni i tak wpatrywałem się w krajobraz, zupełnie na poważnie myśląc o tym, aby z tego krzesła nie ruszać się przez cały dzień. Oczywiście biorąc pod uwagę moją naturę wiercipięty nie wchodziło to absolutnie w grę, jednak picie kawy tego poranka trwało zaskakująco długo.


W końcu jednak podniosłem swoje szanowne cztery litery z krzesła, odpiąłem rower i około dziewiątej ruszyłem na wycieczkę po wzgórzach Chianti. Tym razem nie miała ona żadnego konkretnego celu. Chciałem po prostu maksymalnie nasycić się widokami i świeżym powietrzem. Okazało się, że oprócz tego zmęczyłem się porządnie jazdą pod górę, nie doceniając ukształtowania terenu, które kazało mi niemalże na samym początku wspiąć się o dwieście metrów w górę. Potem było już lepiej, ale kontuzja ścięgna zdążyła niestety dać o sobie znać. Nie zepsuło to jednak mojego dobrego nastroju - wszak w tak pięknych miejscach rzadko się bywa.






Route 2,809,741 - powered by www.bikemap.net

Wycieczka zakończyła się dość nieoczekiwanie złapaniem gumy w przednim kole - efekt uboczny podziwiania krajobrazu: zamiast patrzeć na drogę rozglądałem się ochoczo wokół siebie i nie zauważyłem rozbitej butelki, na którą najechałem tak celnie, jakbym ćwiczył godzinami. Szczęściem w nieszczęściu zdarzyło się to niedaleko przystanku autobusowego, a po dojściu do niego okazało się, że autobus do Florencji będzie za 10 minut. Niewiele się zastanawiając przypiąłem rower do pierwszego lepszego słupa i zaczekałem na autobus, który zawiózł mnie do miasta. Rozpoczynała się właśnie pora sjesty, ale akurat we Florencji nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ olbrzymi ruch turystyczny wymusza na właścicielach sklepów rezygnację z przerwy. Oczywiście dotyczy to tylko centrum miasta. Korzystając z okazji poszedłem więc zrobić zakupy, tym bardziej, że i tak musiałem długo czekać na autobus do Cerbai. W sumie cieszyłem się z takiego rozwiązania sprawy, gdyż noga dawała się już ostro we znaki i nie wiem, jak ta moja wycieczka rowerowa przebiegłaby dalej. 
Powróciwszy na kemping późnym popołudniem wziąłem prysznic i wieczór spędziłem (a jakże!) na krześle przed namiotem, gapiąc się w krajobraz i popijając zakupione we Florencji wino, aż zapadł zmrok.



Noc była okrutnie zimna - niechybny znak kończących się wakacji. Nie miałem termometru, ale jestem pewien, że temperatura spadła poniżej 10 stopni Celsjusza. Musiałem włożyć ciepłe ubranie i naciągnąć kaptur na głowę, żeby w miarę się wyspać. Gdy jednak wstało słońce, z miejsca zaczęło się robić ciepło. Po ciężkiej nocy wstawałem z ociąganiem, tym bardziej, że musiałem wyjeżdżać i chyba podświadomie przeciągałem to zwijanie maneli. Jednak w końcu około dziewiątej wszystko było zapakowane i poszedłem do właściciela uregulować rachunek. Ten miły facet chciał mnie jeszcze zatrzymać na kawę, ale powiedziałem zgodnie z prawdą, że się spieszę - obiecałem jeszcze tego wieczora być w Norymberdze. A tu jeszcze trzeba było pojechać po rower (o ile jeszcze stał tam, gdzie go zostawiłem) i na farmę Stinga po wino. Tego nie mogłem sobie odmówić będąc w Toskanii. Wszystko się udało. Rower stał tam, gdzie go wczoraj przypiąłem, a na Stingową farmę trafiłem bez problemu (choć było to nieco dalej niż mi się wydawało).




Zapakowawszy wino do bagażnika pozostało mi już tylko ruszyć prosto do Norymbergi, oczywiście unikając płatnych autostrad. Pierwszy odcinek trasy - w okolice Bolonii - przebiegał wijącą się górską drogą, więc o szybkości nie mogło być mowy. Dopiero kiedy ostatecznie zostawiłem wzgórza Toskanii za sobą, mogłem jechać trochę szybciej. Spieszyłem się bardzo, ponieważ GPS wyznaczając trasę pokazał mi dojazd na trzecią nad ranem, co mnie przeraziło. Robiłem więc wszystko, żeby zajechać prędzej. Dużo prędzej. Oczywiście można by było wskoczyć na autostradę i w ten sposób oszczędzić chociaż kawałek czasu, ale obawiałem się, że efekt może być odwrotny - przecież nie mogłem jechać autostradą cały czas (względy finansowe), a zjeżdżając z niej w jakimś nieznajomym miejscu mogłem przecież drogę wydłużyć, a nie skrócić. Postanowiłem więc jechać zgodnie z pierwotnymi wskazówkami urządzenia. Nie pożałowałem. Co prawda droga przez Włochy mi się dłużyła, lecz nie zatrzymywałem się nigdzie, bo przecież czas goni. Musiałem jednak stanąć na tankowanie. Zatrzymałem się, otworzyłem wlew paliwa i okazało się, że to jakiś dziki automat, w którym trzeba płacić kartą - a ja miałem specjalnie odłożoną na ten cel gotówkę. Wsiadłem więc wkurzony do auta i pojechałem dalej, nie orientując się zupełnie, że korek od wlewu paliwa został na stacji. Tak pokonałem kilkadziesiąt kilometrów, aż znalazłem normalną "ręczną" stację paliw. Tu dopiero zdziwiłem się brakiem korka, ale cóż mogłem zrobić - zatankowałem do pełna i pojechałem dalej bez niego. Podróżując dalej zastanawiałem się, na ile taka jazda jest niebezpieczna i doszedłem do wniosku, że tak czy inaczej trzeba jakoś zorganizować ten korek. Niedaleko Verony przejeżdżałem przez jakąś miejscowość, w której zobaczyłem serwis Renault. Od razu do niego skręciłem i ku mojej radości zobaczyłem przy warsztacie wielki magazyn z częściami do mojego auta. Wytłumaczyłem facetowi na migi, czego potrzebuję, a on odnalazł właściwy korek, sprawdził czy pasuje i zainkasował 15 euro. Mogłem wreszcie odetchnąć i spokojnie jechać dalej. 
Ponieważ zbliżałem się do Alp, droga zaczęła stawać się coraz bardziej malownicza. Ale to nic w porównaniu z tym, co czekało mnie za Bolzano. GPS poprowadził mnie w góry drogą przez Passo di Pennes (po niemiecku: Penserjoch).
PASSO DI PENNES (PENSERJOCH)


Passo di Pennes to przełęcz górska we włoskich Alpach, której szczyt znajduje się na wysokości 2211 m n.p.m. Wiedzie tam droga krajowa SS508, która powstała w latach 1936-1938 jako strategiczna trasa dla wojska. Mimo że to najkrótsza droga między włoskim Bolzano a austriackim Innsbruckiem, w żadnym wypadku nie jest drogą tranzytową z uwagi na liczne niebezpieczne wzniesienia i zakręty. Ciężarówki i autobusy obowiązuje całkowity zakaz wjazdu, natomiast dla samochodów osobowych trasa jest dostępna jedynie od lipca do października. Przez resztę roku pozostaje zamknięta z racji panujących warunków atmosferycznych. Obecnie drogą tą poruszają się w większości motocykliści i kolarze trenujący w warunkach górskich. 
Czegoś takiego się nie spodziewałem w najśmielszych snach. Wspaniała widokowa trasa, będąca jednocześnie dużym wyzwaniem dla mnie jako kierowcy i dla samochodu, który ma już swoje lata. Pomijając fakt, że do tej pory na takiej wysokości byłem tylko raz w życiu (Świnica - 2301 m), to nigdy bym nie przypuszczał, że na ponad 2200 metrów można się wspiąć własnym autem. Co prawda nadal się spieszyłem, nie mogłem jednak odmówić sobie kilku fotek w tak wyjątkowym miejscu. I to koronny argument na rzecz zrezygnowania z autostrad.







Na szczycie temperatura oczywiście spadła do sześciu stopni (czyli ponad dwadzieścia mniej niż na dole), co dodatkowo mnie pospieszało, a chętnie bym tam został. Trzeba było jednak ruszać w dół, hamując oczywiście silnikiem, żeby nie nadwyrężyć układu hamulcowego. Muszę przyznać, że była to duża przygoda. Po zjeździe na dół jeszcze tylko kawałek i już Austria. Znów górskie klimaty, choć wzniesienia już bez porównania do Penserjoch. W Innsbrucku wylądowałem o zmierzchu. 


Pięknie położone miasto. Niestety zdążyłem cyknąć tylko jedną fotkę na światłach i trzeba było jechać dalej. Kawałek za Innsbruckiem już granica niemiecka, a potem Monachium i autostrada prosto do Norymbergi. Dotarłem równo o północy, co w sumie dało kilkanaście godzin spędzonych w samochodzie. Trudno zatem mówić o braku zmęczenia, ale była to jedna z najpiękniejszych podróży w moim życiu.

niedziela, 28 września 2014

Wyprawa do Toskanii 2014 - część druga

Wtorkowe popołudnie w pełni, a ja w Wenecji, nieco zmęczony - w końcu ostatniej nocy mało było snu, do tego w ciężkich warunkach, poza tym podróż i pół dnia zwiedzania - zatem najwyższa pora zastanowić się nad noclegiem. Przygotowany byłem oczywiście na wariant najtańszy, czyli kemping, ale po zastanowieniu wybrałem opcję hotelową. Powodów było kilka: po pierwsze - zmęczenie i chęć regeneracji. Po drugie - pogoda (znów się zaczęło chmurzyć i dałbym sobie rękę uciąć, że będzie lało). Po trzecie - musiałem załatwić sprawę internetu. Pakiet roamingowy wykupiłem przed podróżą, ale z jakichś niewytłumaczalnych powodów nie działał. Aby coś zrobić w tej sprawie potrzebowałem jednak internetu. W hotelach takowy zawsze jest dostępny dla gości, na kempingach nie zawsze. Decyzja zatem została ostatecznie podjęta w pociągu powrotnym do Mestre, a ja zacząłem z kolei zastanawiać się, jak u licha znaleźć tani hotel nie korzystając z netu. Raczej niemożliwe. Z pomocą przyszła kafejka naprzeciwko dworca w Mestre. Napis w języku angielskim głosił: Zamów kawę, a będziesz mógł skorzystać z wifi za darmo. Nie trzeba mnie było namawiać. Potrzebowałem zarówno kawy, jak i wifi. Po półgodzinnym posiedzeniu i pozbyciu się dwóch euraków (jak na warunki włoskie można powiedzieć, że bardzo tanio) popędziłem radośnie do samochodu z wypisanym na kartce adresem hotelu w Padwie. Dlaczego w Padwie? W Wenecji hotele są okrutnie drogie, poza tym nie uśmiechało mi się znów pakować do pociągu z bagażem. Padwa jest położona niespełna 30 kilometrów od Mestre, można znaleźć dość tani (jak na warunki włoskie) hotel, a do tego odwiedzić św. Antoniego. Wybór był oczywisty.
Dojechałem późnym popołudniem, zameldowałem się, wziąłem porządny prysznic i poszedłem do sanktuarium wspomnianego świętego. Spodziewałem się - jak prawie wszędzie we Włoszech - płatnego wstępu i tłumu ludzi. Nic z tych rzeczy - wejście darmowe i tłumów nie było. Ku mojej wielkiej radości mogłem się spokojnie pomodlić. Tak nadszedł wieczór i zaczęło padać. Powróciwszy do hotelu, zasnąłem kamiennym snem w szerokim, miękkim łożu.





Rankiem deszcz jeszcze ostro dawał o sobie znać. Odprawiłem Mszę, zjadłem pyszne i obfite śniadanie (wystarczyło w zasadzie na cały dzień), po czym zająłem się sprawą mojego niedziałającego internetu. Przy pomocy wifi odnalazłem numer pomocy technicznej i po jednym telefonie udało się wszystko naprawić i włączyć. Teraz tylko pakowanie i w drogę. Aha. Jeszcze tylko trzeba ustalić dokąd. Padło na Bolonię. Jest tam pewne sanktuarium, o którego istnieniu będąc w tym mieście w zeszłym roku (właściwie przejazdem) nie miałem pojęcia. Była więc znakomita okazja, żeby owo sanktuarium nawiedzić.
Podróż do Bolonii zajęła mi trzy godziny, co na 130 km dystansu nie czyni mnie demonem szybkości, ale cały czas pamiętajcie, że nie korzystałem z autostrad, co przekładało się na konkretne oszczędności - np. na tej konkretnej trasie byłem 8,40€ do przodu. Zaparkowałem na przedmieściach Bolonii (za darmo) i w dalszą drogę udałem się rowerem. Cel: Santuario Madonna di San Luca.

 
Route 2,809,739 - powered by www.bikemap.net

Dowiedziałem się o nim z książki Johna Grishama Wielki gracz. Książka absolutnie nie religijna, ale zawiera wiarygodny opis miasta. Zaciekawiło mnie położenie sanktuarium. Rzeczywiście, znajduje się ono na wysokości ponad 300 metrów. Wybrałem więc - nie całkiem świadomie - drogę dla autobusów. Wybór ten okazał się błogosławieństwem, ponieważ zjeżdżając później z sanktuarium inną, najkrótszą drogą, nie miałem wątpliwości, że pod taką stromiznę nie podjechałbym rowerem nawet kilku metrów. Podjazd dla autobusów był dużo dalszy, za to łagodniejszy, a i tak mnie z moim nadwerężonym ścięgnem, nie przyzwyczajonemu do górskich wycieczek kolarskich, sprawiał sporo problemów. Niemniej jednak po ponad półtoragodzinnej wspinaczce udało się cel osiągnąć. Dlatego też tę wyprawę mogę z czystym sumieniem nazwać pielgrzymką, ponieważ pielgrzymka zawsze musi wiązać się z pewnym trudem i umartwieniem, a nie tylko z podróżowaniem do jakiegoś miejsca kultu. Tu był trud, pot i skwar. Po porannym deszczu nie było śladu (zresztą w Bolonii prawdopodobnie deszczu w ogóle nie było), natomiast temperatura powietrza osiągała bez mała 30 stopni. 





Zmęczony okrutnie, ale szczęśliwy, przekroczyłem bramę Santuario Madonna di San Luca. Jest to chyba jedno z mniej znanych miejsc kultu we Włoszech. Przynajmniej w polskojęzycznych przewodnikach i na polskich stronach internetowych nie znalazłem żadnych informacji na jego temat. Może dlatego od razu pokochałem to sanktuarium. Nie ma tu tłumu turystów i biletów wstępu, za to jest fantastyczna duchowa atmosfera i piękny widok na miasto. Można tu dotrzeć z miasta samochodem, autobusem miejskim lub też wejść pieszo zadaszonym, ponad 3,5-kilometrowym portykiem po schodach. Ten najdłuższy portyk na świecie składa się z 666 łuków. Liczba ta (symbol szatana) nie jest przypadkowa, ponieważ portyk - jak się dowiedziałem - ma w zamyśle architekta odzwierciedlać węża, który leży zdeptany u stóp Matki Bożej. Wszystkim wybierającym się do Bolonii polecam to miejsce gorąco.







Podróż powrotna do samochodu zajęła mi dokładnie 35 minut, czyli trzy razy krócej niż wjazd na górę. Zapakowałem rower na dach i skierowałem się w stronę Toskanii. Dzięki wreszcie działającemu internetowi znalazłem kemping niedaleko Florencji i tam też postanowiłem się udać. Droga wiodła przez malownicze wzgórza, była wąska i kręta, nie pozwalała rozwinąć jakiejkolwiek normalnej prędkości, co sprawiło, że dojechałem dopiero około dwudziestej. Jednak dla takich widoków warto było poświęcić trochę czasu (ale i oszczędzić kolejne 8,60€ na autostradach).
Kemping okazał się fantastycznie położony wśród wzgórz Chianti, jednak okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte. Powiedziałem właścicielowi, że mnie tam dużo miejsca nie potrzeba, mam mały namiot i nic więcej. Wskazał mi więc miejsce najlepsze chyba ze wszystkich, tuż obok basenu, z widokiem na toskańską krainę. Mało tego, zapłaciłem za nie połowę ceny, ponieważ nie było tam przyłącza z prądem (które do niczego nie było mi potrzebne). Pomyślałem, że to chyba robota Matki Bożej z San Luca. Coś fantastycznego.

c.d.n.







sobota, 13 września 2014

Wyprawa do Toskanii 2014 - część pierwsza

Wkurzyłem się strasznie na swoją nogę. Tydzień przed planowaną tegoroczną wyprawą rowerową wybrałem się w Tatry, żeby trochę pochodzić po górach. Byłem tu już wcześniej (w lipcu), ale łażenie po wysokich górach z grupką małych dzieci było niewykonalne. Dlatego wziąłem fajnego towarzysza i pojechałem w to samo miejsce leczyć niedosyt. Nie udało się. Pogoda nie pozwalała na wyprawy w wysokie góry i choć nie poddaliśmy się codziennie pokonując jakąś górską trasę, nie było to tym, co miałem w planach. A na dodatek doznałem zapalenia ścięgna Achillesa. To spowodowało, że wyprawa rowerowa stanęła pod znakiem zapytania. Po powrocie do Szczecina było już jasne, że z takim ścięgnem codzienne przejechanie rowerem około stu kilometrów nie jest możliwe. Zatem wkurzyłem się na swoją nogę.
Jednak wkurzanie się w takich sytuacjach uważam za bezcelowe. Energię z wkurzania lepiej poświęcić na wymyślenie planu zastępczego. Myślałem więc intensywnie przez całą niedzielę, gdzie mogę pojechać, czym i po co. Gdy obudziłem się w poniedziałek rano, stwierdziłem, że nadal nie wiem, ale wyjechać trzeba. Spakowałem zatem namiot, śpiwór i inne biwakowe manatki, które zawsze zabieram na rowerowe wyprawy i zaniosłem do samochodu. Pomyślałem też, żeby zakupić trochę przetworzonej żywności w proszku i parę litrów wody - skoro jadę samochodem, ilość bagażu nie stwarza problemu, a lepiej teraz wydać złotówki niż potem euro. Mama podpowiedziała, żeby zabrać rower. Na początku myślałem, że to bez sensu, ale po rozważeniu stwierdziłem, że to nie jest głupi pomysł. Wszak nie muszę rowerem pokonywać Bóg wie jakich tras, a może się on przydać wszędzie tam, gdzie samochodem ciężko wjechać bądź zaparkować. Wziąłem.
Jakoś po trzynastej ogarnąłem się wreszcie z bambetlami i wsiadłem do auta. W ten sposób znów powrócił problem: dokąd jechać. Wiedziałem tylko, że na południe, bo tam ciepło i słonecznie. No to co? Włochy. Wpisałem w GPS "Venezia", ale zaznaczyłem też opcję "unikaj opłat". Powodów było kilka: 1) Moje wyprawy są zawsze budżetowe. Oszczędzam na wszystkim, na czym da się oszczędzić (choć bez przesady), przy czym najbardziej nie lubię (a wręcz nienawidzę) płacić za coś, co można mieć za darmo. Zatem kiedy tylko mogę, unikam płacenia za: drogi, parkingi i toalety. 2) Nigdzie się nie spieszyłem, więc płacenie za autostrady było bez sensu. 3) Jadąc do Włoch autostradą traci się najlepsze widoki, więc płacenie za brak widoków było jeszcze bardziej bez sensu.
GPS wyznaczył w przybliżeniu coś takiego. Nie będę opisywał szczegółów podróży, bo to nudne. Z widoków w zasadzie były nici, ponieważ do Austrii wjechałem już dobrze po zmroku. Dlatego wszystkim udającym się do Wenecji tą trasą polecam wyjazd wieczorem, wtedy docieramy do Austrii o świcie i podziwiamy zapierające dech w piersiach pejzaże. Ja natomiast skupiałem się na uważnym śledzeniu drogi, żeby nie wypaść poza wijące się serpentyny, tym bardziej, że zaczął padać deszcz. Przed północą dotarłem do tunelu Felbertauern, który - wbrew ustawieniom GPSu - był płatny. Przejazd pod Wysokimi Taurami kosztował mnie zatem 10. Niedługo potem przekroczyłem granicę austriacko-włoską w miejscowości Arnbach i stwierdziłem, że po dwunastu godzinach za kółkiem warto by położyć się spać. Zjechałem do pierwszej miejscowości i zaparkowałem w zacisznym miejscu w bocznej uliczce. Temperatura na dworze wynosiła ok. 6 stopni, więc trzeba było wyciągnąć śpiwór i nałożyć kaptur na głowę. Gdy tak się szykowałem do snu, odwiedził mnie patrol Carabinieri, ale po kontroli dokumentów dali mi spokój i pojechali dalej. Spałem do piątej rano. Kiedy się obudziłem (i natychmiast włączyłem ogrzewanie, żeby nie pokruszyć sobie zębów), powoli wstawał już świt i moim oczom ukazał się taki widok:

No cóż, przez tę ciemną noc (i deszcz) łatwo można było zapomnieć, że jestem w górach. Ale teraz krajobraz objawił się już w pełni, więc jechało się jeszcze raźniej.



I tak prawie do samej Wenecji, do której dotarłem około dziewiątej rano. Niestety deszcz znów zaczął padać i to dość intensywnie. Pomyślałem sobie: "Ładnie mnie witasz, Italio" i zająłem się szukaniem parkingu. I tu następuje:
GARŚĆ INFORMACJI PRAKTYCZNYCH


Jeżeli ktoś wybiera się do Wenecji samochodem, to ma do wyboru trzy parkingi, każdy ciasno napakowany i płatny (pierwsze dwie godziny to 5 euro, potem jest już tylko drożej). A jeśli ktoś wybiera się do Wenecji kamperem, wysokim autem lub z czymś dużym na dachu (podobnież jak ja), to ma tylko jeden parking, dość pustawy, za to horrendalnie drogi (16 euro za pierwsze dwie godziny, a potem... nie sprawdzałem). Dlatego wymyśliłem takie rozwiązanie: Nie wjeżdżamy do Wenecji autem, bo i tak trzeba je zostawić żeby pozwiedzać i jeszcze drogo za to płacić. Samochód parkujemy w Mestre (miasteczko po drugiej stronie mostu), można tam znaleźć miejsce nieodpłatne (niestety poza centrum) lub zaparkować w płatnej strefie blisko dworca kolejowego, ale i tak o wiele taniej niż w Wenecji. Następnie udajemy się na dworzec i kupujemy bilet do Wenecji za 2,50 w obie strony. Pociągi odchodzą co chwila, podróż trwa krócej niż kwadrans. Poza tym w pociągu można bezpłatnie skorzystać z toalety i kolejne pieniądze zostają w kieszeni.
A że do Wenecji warto zajrzeć to chyba nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać. Miasto wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju, choć w sezonie dość tłoczne (czego ja osobiście nie lubię). Przez wymyślanie genialnego rozwiązania z pociągiem straciłem sporo czasu, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: zaoszczędziłem trochę kasy, a przez ten czas wyszło słońce. Poszwendałem się więc trochę po zakamarkach Wenecji i ani się obejrzałem, a tu późne popołudnie.

c.d.n.










sobota, 29 marca 2014

Początek wiosny

Różne są sposoby określania czasu rozpoczęcia wiosny. Najbardziej oczywisty wydaje się termin astronomiczny, bo mniej więcej stały (z przesunięciem rzędu jedynie 24 godzin), ale z drugiej strony mało symptomatyczny. Bo jeśli chodzi o zmianę takich rzeczy jak pory roku, to ta zmiana musi być zauważalna. Nie wystarczy powiedzieć, że oto teraz coś się zaczęło, jak np. nowy rok pierwszego dnia stycznia. Jeśli mówimy: "nadeszła wiosna", to musimy ją widzieć w konkretach. Data natomiast ma znaczenie drugorzędne.
Niektórzy zatem liczą wiosnę od pierwszego przebiśniegu albo krokusa - to ci najbardziej niecierpliwi. Inni od pierwszego bociana, jeszcze inni ogłaszają wiosnę, gdy temperatura przekroczy powiedzmy 15 stopni Celsjusza, albo gdy na drzewie pojawią się pierwsze pąki, albo gdy zaczną śpiewać ptaki. Wszystkie te znaki - jakkolwiek zupełnie słusznie uznawane za symptomy wiosny - są uzależnione od kaprysów natury i trudno przewidzieć ich termin, dopóki nie nadejdą.
Dla mnie natomiast prawdziwa wiosna rozpoczyna się wraz z przejściem z czasu zimowego na czas letni. Tak pojęty termin jest zarówno przewidywalny (zawsze ostatnia niedziela marca), jak i symptomatyczny - wyraźnie wydłuża się dzień. I ten znak wiosny najbardziej lubię. Oczywiście najpierw trzeba przeżyć najkrótszą noc w roku (bo skróconą aż o godzinę), ale zaraz potem będę świętował rzecz wspaniałą - dziś słońce zachodziło o godz. 18:29, zaś jutro o 19:30! Być może to głupie, ale jestem tym faktem zachwycony. 
Zatem według mojego prywatnego kalendarza jutro świętuję pierwszy dzień wiosny. W tym roku dodatkowo pięknie się łączy z IV niedzielą Wielkiego Postu zwaną w liturgii laetare (z łac. weselić się). No to jutro od rana będę się weselił.

niedziela, 16 marca 2014

Sztuka i komercja

Dziś rano kolega Waldek napisał na facebooku takie słowa:
Dziś sprzedaje się płyty na fali, nic nieznaczące w gustach koneserów, tylko podlotków idących falą ludzkich nastrojów. Przykre to jest, że dzisiejsze społeczeństwo nie potrafi szukać klasy muzycznej w swoim życiu, a zadowala się tylko ochłapami muzycznymi. Ludziska stawiajcie na jakość i talent muzyków, a nie tylko na umiejętność schematyczną i wyuczoną. 
W tym samym czasie ja przeczytałem artykuł o odejściu znanego aktora Jerzego Treli z Teatru Starego, w którym przepracował pół wieku. A odszedł ze względu na poczynania nowego dyrektora Klaty, który wystawia sztuki kontrowersyjne, eksperymentujące, wręcz szokujące, nie mające nic wspólnego z klasyczną wizją teatru. 
Wydaje mi się, że słuszne spostrzeżenie Waldka o komercjalizacji muzyki w pewien sposób wiąże się z moją refleksją na temat artykułu, o którym napisałem. To, że żyjemy w czasach komercjalizacji sztuki, jest truizmem. Zresztą inaczej sobie nie wyobrażam funkcjonowania jakiejkolwiek dziedziny sztuki w świecie wolnego rynku. Sprzedaje się to, co lubią tłumy - i jest to oczywiste. Dziwi mnie raczej powszechne bezguście owych tłumów. Jeżeli pan Klata chce sobie wystawiać marne widowiska, to niech wystawia, ale kto na to przychodzi? Jeżeli ktoś tworzy kiepską albo średnią muzykę, to niech sobie tworzy i nagrywa płyty, czemu nie. Ale dlaczego akurat te, a nie inne płyty są kupowane w tysiącach, a nawet milionach egzemplarzy?
Nie dziwi mnie więc postawa wielu szanowanych i utalentowanych artystów (jak choćby wspomniany pan Trela), którzy nie zgadzają się na serwowanie ludziom tandety i przez swój osobisty protest zmuszają wielu do przemyśleń na temat wartości tego, co jest im podawane.
Ja osobiście cieszę się natomiast z tego, że dzięki takim wynalazkom jak internet, nie muszę słuchać tego, co mi proponują w radiowych setlistach, ale mogę sam przekopać się przez gąszcz pierdół, żeby odnaleźć to, co wartościowe, choć może rzadko słuchane. Podłączam się więc po swojemu pod Waldkowy apel: Ludziska, stawiajcie na jakość i talent artystów, a nie na jakieś pierdoły.

środa, 5 marca 2014

Środa Popielcowa

Czas pędzi nieubłaganie i ani się spostrzegłem, a tu Wielki Post. Bardzo lubię ten okres liturgiczny, który - wbrew wszelkim pozorom - nie jest wcale czasem smutnym. Dla mnie osobiście jest to czas odrodzenia. Ostatnio coś tam pisałem o porach roku, że zima jest okresem obumarcia przyrody, aby mogła odrodzić się na nowo w czasie wiosny. Można odnieść tę myśl analogicznie do życia duchowego. Wielki Post jest chwilą zatrzymania w codziennym biegu, żeby zobaczyć, co we mnie tkwi i przede wszystkim co potrzebuje zmiany. Czterdzieści dni to idealny przedział czasu na walkę ze słabościami, na ćwiczenie silnej woli, na nawracanie się ku Dobru. Nawet jeśli nie wszystko się uda (a raczej nigdy się wszystko nie udaje), warto ten wysiłek podjąć, bo zawsze pójdziemy w dobrą stronę. Choćby o centymetr, ale do przodu. 
Zatem postanowienia wielkopostne zawsze mam i staram się, żeby one nie były jedynie wyrzekaniem się czegoś, ale by tworzyły coś pozytywnego. A najlepiej jeśli łączą w sobie oba te pierwiastki: pokutę z budowaniem dobra. 
Dlatego teraz w ramach popielcowej pokuty idę sprzątać mieszkanie.

czwartek, 13 lutego 2014

Zimowy sen

Witam wszystkich po długiej przerwie. Pragnę zapewnić, że żyję i mam się dobrze, a na moim blogu i stronie internetowej wreszcie zaczną pojawiać się nowe rzeczy. Potrzebowałem trochę odpocząć od tej pisaniny, przemyśleć pewne tematy, które chciałbym poruszać i w ogóle ideę tego wirtualnego miejsca. Poza tym w ostatnim czasie mocno pochłonęła mnie muzyka, a jeden z efektów możecie obejrzeć poniżej. I o nim trochę dziś opowiem.
Zima jest według mnie niezwykłą porą roku. Z jednej strony cała roślinność zasypia przykryta białą kołdrą, w ślad za nią idą niektóre zwierzęta, a więc można by zimę nazwać porą zasypiania czy nawet obumierania. Z drugiej jednak strony, kiedy zasypiamy, dochodzi do głosu inny świat, tłumiony na co dzień przez racjonalne myślenie w tempie życia: świat podświadomości, wyobraźni, marzeń... Wydaje mi się, że ten świat może być najlepiej odkryty zimą właśnie.
Styczeń w tym sezonie był wybitnie wietrzny. Pewnego wieczora siedziałem w mieszkaniu odpoczywając po kolędzie i nie mając nic szczególnego do roboty wsłuchiwałem się w odgłosy ostro dmącego za oknem wiatru. Nigdy wcześniej nie pozwoliłem sobie na tak głębokie wsłuchanie się, wręcz wniknięcie w odgłosy przyrody. I wtedy usłyszałem tę melodię. Melodię, która niosła nadzieję. Może i dziś trudno mi sprecyzować przedmiot tej nadziei, ale słyszałem w tym wietrze - oprócz pewnej dozy melancholii - pokrzepienie. Tak jakby chciał wyszeptać: "Idzie coś nowego". Opisywanie tych wrażeń słowami skazane było z góry na niepowodzenie, wszak poezja nigdy nie była moją mocną stroną. Poza tym ulotność tego zjawiska sprawia, że jego werbalizacja mija się z celem. Postanowiłem zatem oddać moje uczucia i myśli w prostej, muzycznej, gitarowej formie. Jeśli się w nią wsłuchać, odnajdzie się zapis zimowego wiatru niosącego nadzieję. A może i tęsknotę za tymże ulotnym światem wyobraźni.