poniedziałek, 9 września 2013

Rowerem z Bawarii do Węgier - prolog

Piętnastego sierpnia rankiem odprawiłem Mszę św. w pobliskim kościele, po czym rozpocząłem walkę z włączeniem roamingu w blueconnect, co okazało się dość trudne, do dzisiaj nie wiem dlaczego. Pomyślałem, że w zasadzie internet nie jest mi niezbędny na rowerowej wyprawie, w poprzednich latach obywałem się jakoś bez niego, ale jeśli coś może w jakikolwiek sposób pomóc, to czemu nie skorzystać? Zaparłem się więc i po kilkudziesięciu minutach walki (myślałem, że zajmie to najwyżej pięć minut) usługa Travel&Surf zapewniająca tygodniową łączność w całej UE została aktywowana. Teraz już tylko śniadanie z rodzicami, zapakowanie bagażu i roweru na samochód, i w drogę.
W tym roku wybór trasy przyszedł mi wyjątkowo ciężko. Pomysł, z którym oswajałem się właściwie od początku wiosny i którego realizacji byłem pewien, ostatecznie nie wypalił z powodów organizacyjnych. Jadąc na wyprawę trzeba zgrać ze sobą wiele różnych czynników, wziąć pod uwagę sporo szczegółów, których w pobieżnych planach nie widać, a które mogą się okazać decydujące dla całej wyprawy. Kiedy w lipcu w końcu usiadłem do szczegółowej analizy mojego pomysłu, okazało się, że niestety jest on niemożliwy do realizacji w tym kształcie. Zacząłem więc szukać jakiejś alternatywy, myśleć o innych wariantach, jednak w każdym z nich ostatecznie znajdowało się coś, co psuło cały pomysł. Tak trwało to cały miesiąc, aż w końcu okazało się, że wyjazd za tydzień, a ja nie wiem jeszcze, dokąd pojadę. Aż wreszcie pomysł przyszedł zupełnie spontanicznie. Natrafiłem w internecie na euforyczne wręcz opinie o szlaku wzdłuż Dunaju. Pomyślałem: "To jest to!". Pozostało tylko ustalić punkt startowy i miejsce, do którego uda się dojechać w tydzień. Padło na odcinek Pasawa-Budapeszt. Wedle odszukanych danych miał liczyć niecałe 700 kilometrów i przebiegać łącznie przez cztery kraje: Niemcy, Austrię, Słowację i Węgry. Bardzo mi się to spodobało, choć brakło już czasu na dokładniejszą analizę trasy i powrotu z niej. Musiałem tylko podjąć kluczową decyzję, czy do Pasawy udać się pociągiem i w ten sam sposób wracać z Budapesztu do Polski, czy też samochodem i potem jechać po niego z powrotem. Wybrałem drugą opcję ze względu na horrendalne ceny pociągów i niezbyt udane połączenie ze Szczecina do Passau.
Wyjeżdżając z Polski jak zwykle myślałem o tym, czego mogłem zapomnieć. Analiza wypadła pomyślnie: nie powinno brakować niczego. Prułem więc berlinką w radosnym nastroju, gdy nagle przychodzi sms o treści: Proszę być w niedzielę na zastępstwie w Chojnie. Autor: kuria. Podobne słowo na "k" wyrwało mi się w tym momencie i totalnie zdenerwowany przy najbliższej okazji zjechałem na postój, aby to wyjaśnić. Na moje szczęście po wymianie kilku smsów cała sprawa okazała się być pomyłką - chodziło nie o mnie. Jednak przeżyty stres nie opadał tak wolno, jak bym sobie tego życzył, więc na powrót radości musiałem trochę poczekać. W końcu wróciła, a ja już niczym nie skrępowany jechałem na południe. Po przekroczeniu niemiecko-czeskiej granicy GPS poprowadził mnie nad Łabę, drogą numer 30 wijącą się wzdłuż wspomnianej rzeki. Zaczęła działać wyobraźnia i myślami wybiegłem naprzód: jak to będzie jechać przez tydzień wzdłuż Dunaju, trzymając się rzeki niczym liny wytyczającej drogę. W Pradze natknąłem się na sporawy korek, który zmęczył mnie na tyle, że zatrzymałem się na obiad. Po tym chwilowym oddechu i uzupełnieniu sił, jechałem już bez żadnych postojów w stronę Bawarii. Przy granicy droga zrobiła się typowo górska: węże, ostre, niemalże 180-stopniowe zakręty i strome wzniesienia, by w ostatnim etapie zjeżdżać już tylko w dół i w ten sposób wjechać do Pasawy. Gdy minąłem tablicę z nazwą miasta, zacząłem z ciekawością rozglądać się na boki. Szukałem tego, o czym czytałem w opiniach internautów zachwycających się pięknem tego miasta. A tu po lewej stronie normalne budynki, po prawej wartko płynąca rzeczka, która Dunaju nawet nie przypomina, jednym słowem nic godnego zachwytu, w związku z tym mój entuzjazm powoli opadał, a jego miejsce zaczynał zajmować zawód: "To jest niby takie piękne miasto? To chyba jakaś ściema". Ulica po pewnym czasie wpadała w ostry zakręt w tunelu, z którego wyjechawszy... opadła mi szczęka. Za tunelem wyłonił się natychmiast Dunaj z widokiem na przepiękną starówkę. Efekt piorunujący. Potem cieszyłem się, że wjeżdżałem do Passau od strony Czech, drogą numer 12, gdyż wjazdy do miasta z innych kierunków tak potężnego efektu nie zapewniają. To było jak olśnienie. Całe zmęczenie drogą natychmiast prysło, a ja szybko odnalazłem hotel, w którym miałem się zatrzymać - położony w świetnym miejscu starówki, z tarasem gwarantującym genialny widok na Dunaj. Nic więcej tego dnia do szczęścia nie potrzebowałem. Pani z recepcji co prawda nieco zbyt szybko (jak na moją niemiecczyznę) usiłowała dać mi wykład o tym co, gdzie i kiedy, ale dostrzegając zapewne na twarzy zakłopotanie, zaproponowała, że powie to samo jeszcze raz po angielsku i już byliśmy w domu. Moje pozytywne zdziwienie wzbudził fakt, że recepcjonistka nie zażądała ode mnie ani opłaty z góry, ani żadnego dokumentu. To dość nietypowe zaufanie hotelu do gościa, o którym wiadomo tylko tyle, ile sam o sobie napisał w formularzu rezerwacyjnym. Nie wiem czy jest to standardowa procedura, czy też jednorazowe przeoczenie. Nieważne. W każdym razie bagaże przyniosłem, odmówiłem modlitwę dziękczynną i poszedłem na spacer po mieście. 
Czułem się świetnie przechadzając się po ulicach miasta pamiętającego jeszcze czasy starożytne. Na odnotowanie zasługuje fakt, że Pasawę w czerwcu tego roku dotknęła dość poważna powódź. Zdjęcie wiszące w hotelowym korytarzu przedstawiało ów hotel z dwiema najniższymi kondygnacjami pod wodą. A zarówno w samym hotelu, jak i w ogóle w mieście nie zauważyłem ani jednego najmniejszego śladu po powodzi. Tak też będzie (wyprzedzając nieco fakty) na całej trasie, którą przejechałem wzdłuż Dunaju. Żeby zobrazować skalę zjawiska, pozwolę sobie przytoczyć artykuł ze zdjęciami: 
Dziś miasto wyglądało kwitnąco, a liczne knajpki tętniły wieczornymi rozmowami mieszkańców i turystów. Długo spacerowałem wąskimi uliczkami, a uczucie szczęścia potęgowała brzmiąca w uszach piosenka And Yet, która miała mi towarzyszyć przez całą podróż do Budapesztu.

PS. Większość zdjęć z Passau niestety przepadła z przyczyn technicznych. Bardzo żałuję, że nie mogę pokazać tego piękna, które widziałem i czułem. Wrzucam tę mizerię, która się ostała.






1 komentarz:

  1. http://rowerem-za-grosze.blogspot.com/13 grudnia 2013 19:09

    Przejechałem odcinek Pasawa Wiedeń w to lato. Fajnie poczytać i popatrzeć na to samo z innej perspektywy. Nawet chyba tym samym "promikiem" się przeprawialiśmy na drugą stronę Dunaju. Pozdrawiam - Paweł

    OdpowiedzUsuń