czwartek, 12 września 2013

Donauradweg. Z Bawarii do Węgier - dzień 3

18 sierpnia 2013

GRANZ – Emmersdorf a. d. Donau – Groisbach – Willendorf in der Wachau – Schwallenbach – Spitz – Sankt Michael – Wösendorf in der Wachau – Weiβenkirchen – Dümstein – Unterloiben – Stein an der Donau – Krems an der Donau – Pischelsdorf – TULLN /96km

Route 2,327,592 - powered by www.bikemap.net

Szósta rano, pora wstawać. Jak zwykle wykonałem rutynowe poranne czynności w namiocie, po czym wyszedłem sprawdzić, jak tam koszulka. I tu przeżyłem dramat. Wczoraj z braku odpowiedniejszego miejsca powiesiłem upraną koszulkę na metalowym płotku odgradzającym teren kempingu od ścieżki spacerowej nad Dunajem. Okazało się, że ów płotek był zardzewiały. Nie muszę chyba wyjaśniać, jak wyglądała koszulka po całej nocy spędzonej na rdzy. Przeklinając własną głupotę próbowałem uprać materiał choć trochę, ale wiadomo było, że plamy z rdzy tak łatwo nie puszczą. No nic, kariera koszulki Adidasa na tym wyjeździe dobiegła końca. Szkoda, ale są przecież ważniejsze problemy. Na przykład taki, że nie mam wody ani zapasów jedzenia na cały dzień, a jest niedziela. I szukaj tu sklepu. Tu jednak miałem szczęście. Okazało się, że ten sam sklep, który wczoraj wieczorem był zamknięty, dziś dziwnym trafem zapraszał do środka. Zrobiłem więc zakupy na cały dzień, przy okazji kupując również odplamiacz (może jeszcze temat koszulki da się uratować) i w drogę. Dzień od początku zapowiadał się wybitnie gorący. Z kempingu co prawda ruszyłem dokładnie o dziewiątej, ale postój na zakupy opóźnił właściwy wyjazd o pół godziny. Nie był to jednak żaden powód do zmartwienia, cieszyłem się, że nie muszę cały dzień szukać sklepu i nie umrę z pragnienia. Po godzinie jazdy przeżyłem po raz pierwszy podczas tej wyprawy moment niepewności. Oznaczenia nie były jednoznaczne i nie wiedziałem, gdzie mam jechać. Mapa rozwiązałaby ten problem w kilka sekund, a tak znów trzeba było się kierować intuicją. Nie zawiodła mnie tym razem. Wybrałem asfaltową ścieżkę w prawo, która mimo że kierowała się w stronę przeciwną do zasadniczego kierunku jazdy, wyglądała najsolidniej i budziła największe zaufanie. Po kilkuset metrach odnalazłem oznaczenie szlaku i odetchnąłem z ulgą. Od tej chwili szlak rozstał się z Dunajem i podążał wzdłuż szosy numer 3. Czasem jednak rozstawał się z nią, aby prowadzić bocznymi, wiejskimi drogami.
Miało to tę zaletę, że można było z przydrożnych drzew nazrywać trochę gruszek na przekąskę. Dochodziła już jedenasta i słońce zaczęło dawać czadu. Nasmarowałem się kremem z filtrem, na głowę włożyłem czapkę i ruszyłem dalej. Szlak miał przez cały czas dokładnie taki sam przebieg. To łączył się z szosą nr 3, to znów się od niej oddalał, pozwalając odetchnąć świeższym powietrzem i podziwiać pagórkowate krajobrazy. Zaczynała się kraina sadów brzoskwiniowych, a w oddali widać już było zarysy winnic.
Pagórkowaty krajobraz zaczął mnie tymczasem dotykać bezpośrednio. Płaska dotąd jak stół droga przechodziła w coraz liczniejsze podjazdy i zjazdy. Nie były one jeszcze strasznie męczące, ale przy upalnej temperaturze dawały się we znaki. Dziś jechałem już z opaskami stabilizującymi na obu kolanach, żeby nie trzeba było przedwcześnie wycieczki zakończyć. Kiedy minęło południe, wjechałem do pięknie położonej miejscowości Spitz. Miasteczko na tle winnic prezentowało się cudownie. Bardzo lubię, kiedy kościół góruje nad miastem – od razu wiadomo, kto tu jest szefem.
Kwadrans później mijałem wioskę, której nazwa wywołała uśmiech na mojej twarzy.
Przypomniała mi, że mam przecież silnego Patrona, który mnie strzeże również w trakcie tej podróży.
Właściwie wszystkie miejscowości, które dziś mijałem, miały ten specyficzny, południowy klimat, który uwielbiam. Kamienne, wąskie uliczki, niska i ciągła zabudowa i małe, ale oblężone kafejki.
Niedługo potem znów spotkałem się z rzeką. Droga tymczasem wspinała się ostro pod górę i musiałem rower podprowadzić. Na szczycie wzniesienia można było Dunaj obejrzeć z góry.
Minęła trzynasta, a ja miałem za sobą 44 kilometry dzisiejszego odcinka. Nie miałem wątpliwości, że do Wiednia dziś nie dojadę, ale chciałem się możliwie do niego zbliżyć, by jutro mieć chociaż chwilę na pobieżne zobaczenie stolicy. Przecież grzechem byłoby przejeżdżać przez Wiedeń i choć trochę go nie obejrzeć.
Przed czternastą wjeżdżałem do sporego miasteczka Krems an der Donau. Tu postanowiłem poszukać jakiegoś sklepu i chwilę odpocząć. Miałem co prawda jakieś zapasy, ale skwar sprawiał, że pragnąłem czegoś zdecydowanie zimnego. Wiedziałem oczywiście, że szanse są marne (przecież niedziela), ale liczyłem chociażby na jakąś lodziarnię czy kiosk z napojami. Niestety, przejechałem prawie całe miasto i nic. Szlak tymczasem pokazywał skręt w prawo, ale nie precyzował jednoznacznie, czy ma to nastąpić teraz czy na następnym skrzyżowaniu. Chwilę musiałem się pokręcić, żeby odkryć prawdę, ale odnalazłem właściwy przebieg. Doprowadziło mnie to na stację paliw Shella. Wiedziałem, że tu mogę kupić coś zimnego i chwilę odpocząć. Zimny napój i lodowy przysmak orzeźwiły mnie na tyle, że odzyskałem wigor i mogłem jechać dalej. Szlak wyprowadzał mnie z miasta w mało sympatycznej dzielnicy przemysłowej.
Ruch na szlaku praktycznie przestał istnieć. To mnie właśnie fascynowało od początku wyprawy. Właściwie każdego dnia po południu na szlaku nie spotykałem nawet jednej dziesiątej z liczby turystów, która towarzyszyła mi od rana. Bardzo długi czas jechałem sam, a pojedynczy turyści mijali mnie może raz czy dwa razy w ciągu godziny. To powodowało, że czułem się trochę nieswojo. Kiedy człowiek po porannym ruchu nagle zostaje sam, to zaczyna myśleć, że coś jest nie tak. Może jadę nie tym szlakiem? Może jest jakiś objazd i ja o tym nie wiem? Ale w końcu wszystko okazywało się być w porządku. Wytłumaczenia na to zjawisko mam dwa: po pierwsze może być tak, że turyści zatrzymują się gdzieś po drodze na obiad i długą poobiednią sjestę, a dalej ruszają gdzieś około 17-18, kiedy ja już w zasadzie ląduję na kempingu. Po drugie, szlak – jak wspominałem w poprzedniej części – wiedzie w dużej części obiema stronami Dunaju. Turyści zorientowani w temacie mogą wybierać ciekawsze odcinki na przeciwległym brzegu i dlatego jadę sam.
Słońce nadal paliło, ale byłoby z pewnością o wiele bardziej dokuczliwe, gdyby nie wiatr, który (na nieszczęście jednak) wiał mi w twarz. Potęgowało to zmęczenie, ale przynajmniej dawało jako taką ulgę od słońca. W głowie grała mi muzyka, wpadłem właśnie na pomysł fajnego zaaranżowania jednego utworu, więc kolejne 30 kilometrów zleciało mi bardzo szybko i tuż przed szesnastą znalazłem się na śluzie, po której przeprawiłem się na drugą stronę.
Tam zatrzymałem się na chwilę przy krzakach z jeżynami i południową stroną Dunaju podążyłem dalej. Powoli zbliżał się czas szukania kempingu. Jeden co prawda już znalazłem, ale postanowiłem jechać jeszcze dalej. Po drodze minąłem plażę – jedyne jak dotąd legalne (choć niestrzeżone) kąpielisko na Dunaju. Gdybym skręcił do tamtego kempingu, mógłbym po rozbiciu namiotu przyjść sobie tutaj i się wykąpać. Ale wtedy ze zwiedzaniem Wiednia musiałbym się definitywnie pożegnać. Niestety jednak jechało się już coraz ciężej. Upalna pogoda i wcześniejsze pagórki dały się we znaki. Zaczynało też brakować wody. Miałem tylko nadzieję, że w następnym dużym mieście – Tulln – będzie jakiś kemping. Szlak oddalił się znów od Dunaju, zaczął kluczyć między łąkami i w ten sposób doprowadził mnie na rogatki Tulln, gdzie po przekroczeniu kanału ujrzałem wielką planszę z planem miasta. Z żywiej bijącym sercem zacząłem szybko go przeglądać i… jest kemping! Zapisałem to miejsce w pamięci i w euforycznym usposobieniu udałem się dalej szlakiem w stronę centrum, znajdując się znowu na brzegu Dunaju.
Chwilę potem znalazłem drogowskaz na kemping i za kwadrans szósta stanąłem przy recepcji. Kemping był bardzo rozległy. Nie przepadam za takimi, bo jest na nich tłoczno i gwarno, ale miejsce pod namiot znalazłem bez problemu, nawet trochę na uboczu od innych namiotów, co gwarantowało spokojny odpoczynek. Niestety, chwilę później na placu wylądowała cała wycieczka Włochów i wszystkie puste przestrzenie zostały zajęte przez ich namioty. Duże kempingi mają tę jedną zaletę, że posiadają własną restaurację. Nie korzystam co prawda z takich miejsc (są drogie), ale tym razem byłem do tego zmuszony. Wyszedłem bowiem na długi spacer w poszukiwaniu wody do picia, ale nic nie znalazłem. Udałem się zatem do kempingowej restauracji, w której o miejscu do siedzenia można było tylko pomarzyć – wszystkie były zajęte przez biesiadujących mieszkańców kempingu, a obsługa uwijała się w takim tempie, że miałem przez chwilę wrażenie, iż oglądam przewijanie taśmy filmowej w przód. Stanąłem więc przy barze i zagaiłem barmankę, która właśnie jedną ręką myła kufel, a drugą robiła jakiegoś drinka, aby podała mi dużą szklankę zimnej wody. Ponieważ nie posiadała trzeciej ręki, musiałem chwilę poczekać, a potem wychyliłem tę szklankę jednym haustem i poprosiłem o jeszcze jedną. Zapłaciłem za tę przyjemność 4,40 euro, co pobiło poprzedni rekord, więc to tu właśnie wypiłem najdroższą wodę w swoim życiu.
Duży kemping ma również tę wadę, że strasznie śmierdzi w toalecie. Ludzie najpierw biesiadują w restauracji napełniając żołądki do oporu ciężkostrawnymi potrawami, a potem godzinami przesiadują w kiblach generując taki odór, że wejść tam nie można bez odruchu wymiotnego. Prysznice na szczęście były w osobnym pomieszczeniu, więc przynajmniej można się było spokojnie umyć. Niewątpliwą zaletą austriackich kempingów jest to, że prysznice są wolne od wszelkiego rodzaju automatów wrzutowych – żeby się porządnie umyć nie potrzeba żadnych żetonów ani eurocentów, tak jak to spotykałem w Niemczech, Holandii, Belgii czy Anglii. Tu można pluskać się do woli. Za każdym razem nocując w Austrii budziłem lekkie zdziwienie w recepcji pytając się, czy muszę mieć jakieś żetony do obsługi prysznica. A zadawałem to pytanie, ponieważ cały czas trudno mi było odróżnić Austrię od Niemiec, gdzie taka sytuacja jest normą. Tutaj jednak norma jest mniej oszczędnościowa, a bardziej cywilizowana.
Próbowałem jeszcze przed snem uprać tę nieszczęsną koszulkę za pomocą zakupionego rano odplamiacza, ale nic z tego. W ręku nie dało rady, może w pralce by puściło. Trudno, koszulka poszła w odstawkę do końca wyprawy, a ja poszedłem spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz