sobota, 14 września 2013

Donauradweg. Z Bawarii do Węgier - dzień 6

21 sierpnia 2013

MOSONMAGYARÓVÁR – Halászi – Darnózseli – Hédervár – Ásványráró – Dunaszeg – Györladamér – Györzámoly – Györújfalu – Györ -> Budapest Keleti – BUDAPEST X. KERÜLET /61km

Route 2,327,600 - powered by www.bikemap.net

Noc była chłodna. Po raz pierwszy tego lata do spania ubrałem długie spodnie. Poranek również nie zamierzał odpuścić. Co prawda nie padało, ale chmury skutecznie przesłaniały słońce, w związku z tym postanowiłem na dzień dzisiejszy ubrać dres i pełne buty zamiast zwyczajowych sandałów. Po porannych modlitwach i Mszy św. skierowałem się w stronę hotelu, w którym wykupiłem śniadanie. Było ono serwowane jak zwykle w formie bufetu szwedzkiego, więc mogłem spróbować wszystkiego: węgierski gulasz, jajecznica, grzanki oraz typowo śniadaniowe zestawy wędlin i serów. Obowiązkowo kawa. Tłok był niemiłosierny, akurat chyba wszyscy goście hotelowi zeszli o jednej porze, a że większość to Austriacy (Niemcy?), bufet znikał w tempie ekspresowym i kilka minut później stół szwedzki wyglądał jak po przejściu tajfunu. Zdążyłem się jednak najeść do syta i wróciwszy do namiotu postanowiłem przypomnieć sobie kilka węgierskich zwrotów.
Udając się do jakiegokolwiek kraju staram się zawsze nauczyć choć kilku podstawowych słów, aby umieć powiedzieć: „dzień dobry”, „do widzenia”, „dziękuję”, „przepraszam”. To wiele nie kosztuje, a znacznie poprawia odbiór mojej osoby przez tubylców. Uważam to za podstawowy objaw kultury, żeby będąc w jakimś kraju umieć przywitać się w narodowym języku. Potem można już przejść na angielski czy niemiecki, ale ważny jest ten początek. Tak czyniłem na Litwie, w Danii, Holandii, Belgii i Czechach i zawsze była to czysta przyjemność, by nauczyć się tych paru zwrotów w zupełnie obcym języku, którym operowałem pierwszy raz w życiu. Tym razem problem był większy, ponieważ węgierski jest językiem iście kosmicznym. Na przykład „dzień dobry” to Jó napot kívánok, a „do widzenia”: Viszontlátásra. Jak to zapamiętać? Z czym skojarzyć? Nie mogłem za cholerę wbić do głowy tych słów mimo kilkusetnego powtarzania. Udało mi się jedynie zapamiętać „dziękuję” (Köszönöm) i uznałem to za dobry początek.
Kwadrans po dziewiątej wyruszyłem z kempingu. Pierwszy postój był już kilkaset metrów dalej przy budce, w której postanowiłem wymienić euro na forinty. W poszukiwaniu mojego szlaku skierowałem się do centrum miasta, przy okazji zatrzymując się na drobne zakupy w markecie. I tutaj po raz pierwszy problem językowy dał o sobie znać. Nie mogłem odróżnić wody gazowanej od niegazowanej. Wczytywałem się z uwagą w te węgierskie etykiety, ale nie mogłem nic wywnioskować ani z brzmienia słów, ani z żadnych innych oznaczeń. Dałem w końcu za wygraną i wziąłem pierwszą wodę z brzegu.
Po wyjściu ze sklepu zauważyłem, że jest już prawie dziesiąta. Dość późno. Szybko zacząłem szukać szlaku kręcąc się po mieście i w końcu opuściłem Mosonmagyaróvár piękną ścieżką rowerową biegnącą wzdłuż drogi.
Mijając kolejne wioski zdałem sobie sprawę, że język węgierski jest nie tylko trudny, ale też śmieszny.
Wioski węgierskie są bardzo podobne do naszych. Zabudowa jest bardzo różnorodna – od nowych, świeżo wybudowanych willi do starych, rozpadających się domostw, mających jednak niepowtarzalny urok (zwłaszcza w połączeniu z anteną satelitarną).
Okazało się, że słońce jednak wyszło i mój dzisiejszy cieplejszy strój przestał się sprawdzać. Stanąłem więc na chwilę i przebrałem się z powrotem w krótkie spodenki i sandały. Nie musiałem się przy tym specjalnie chować, ponieważ szlaki na Węgrzech nie są zatłoczone. Podczas całej drogi do Györ minąłem zaledwie kilkoro rowerzystów. Zauważyłem też, że kempingów jest tu znacznie więcej niż w Austrii – mniej więcej co pół godziny mijałem jakiś znak z drogowskazem na kemping. Żaden z nich zapewne nie oferował takiego standardu jak ten, na którym spędziłem poprzednią noc, ale ważne, że z noclegiem nie ma tu problemu.
Droga do Györ minęła bardzo szybko. Szlak nie odłączał się nawet na chwilę od szosy, wiatr wiał w plecy, więc przed trzynastą wjeżdżałem już do miasta, mając za sobą ponad 40 kilometrów drogi.
Zatrzymałem się na chwilę na starówce
...i skorzystałem z budki z lodami. Lody były przepyszne (nie pamiętam kiedy jadłem tak dobre) i dość tanie. Potem ruszyłem dalej, uważnie szukając oznaczeń szlaku. Póki wiódł prosto, nie było problemu. Niestety na ulicy Czuczor Gergely oznaczenie wskazywało jazdę prosto, po czym ulica dochodziła do poprzecznej arterii Świętego Stefana i koniec. W prawo czy w lewo? Postanowiłem pokręcić się w kółko i wybadać różne warianty, ale nic z tego. Zacząłem więc jechać „na kompas” w kierunku południowo-wschodnim, ale wcale nie byłem pewien, czy szlak akurat tam zmierza. Wraz z powolnym opuszczaniem miasta wątpliwości rosły. Wreszcie zatrzymałem się i wyciągnąłem tablet – ostatnią deskę ratunku. Szybko odnalazłem swoją pozycję, teraz trzeba było odpalić internet i znaleźć przebieg szlaku. Poszło to dość sprawnie. Okazało się, że szlak idzie północną stroną torów kolejowych, a ja dawno je przeciąłem. Trzeba było zatem wrócić do tunelu, a potem trzymając się torów podążać wzdłuż nich na wschód. Tak też uczyniłem i odnalazłem oznaczenia szlaku na rondzie przy Fehérvári Út. Jechałem ostrożnie, rozglądając się dookoła i pilnując oznaczeń, aby znów nie zgubić szlaku. I znowu wylądowałem na dużym rondzie, a szlaku ani widu ani słychu. Chwilę zastanawiałem się, gdzie mogłem go zgubić i nagle – eureka! Przecież znowu przeciąłem tory. Skręciłem więc w lewo i dotarłem do stacji Györ-Gyárváros. Przeszedłem tunelem na drugą stronę torów i po kilkudziesięciu metrach szlak znalazłem. Jednak oznaczenia nie były już jednoznaczne, a ścieżka rowerowa zdawała się kończyć. Spojrzałem na zegarek: 14:05. A ja się kręcę po mieście jak pijana mucha. Przysiadłem na murku i zacząłem rozmyślać: „Mamy środę. Dziś już daleko nie zajadę, a do Budapesztu zostało jakieś 200 kilometrów, więc jutro też nie da rady dojechać do celu. A najpóźniej w sobotę muszę wyjechać z powrotem. Poza tym oznaczenia szlaku są już tak fatalne, że pewnie co chwila będę go gubił, co jeszcze bardziej wydłuży podróż. Czy nie lepiej skorzystać z faktu, że tu jest kolej i zakończyć wędrówkę? Wtedy będę miał dzisiejszy wieczór i jutrzejszy cały dzień na zwiedzanie Budapesztu, poza tym będę mógł wyjechać z powrotem już w piątek i dzięki temu zdążę odwiedzić przyjaciół w Norymberdze”. Wyciągnąłem tablet i zacząłem sprawdzać, o której jest najbliższy pociąg do Budapesztu. 15:31. Idealnie żeby dojechać do dworca i zdążyć kupić bilet. Decyzja podjęta. Z jednej strony szkoda kończyć wyprawę, z drugiej strony to już tradycja: w Danii nie dojechałem do Kopenhagi z powodu pogody, w Anglii nie osiągnąłem Londynu z powodu problemów technicznych, a tu po prostu wygrała żelazna logika.
Zacząłem wracać w kierunku dworca. Ponieważ jechałem szlakiem (w odwrotną stronę) mogłem odkryć ten moment, w którym wcześniej ten szlak zgubiłem. Okazało się, że na skrzyżowaniu zabrakło tabliczki informującej o skręcie w lewo. Znak sugerował wręcz jazdę prosto.
Dojechałem na dworzec, kupiłem bilet dogadując się częściowo po angielsku a częściowo na migi, odczytałem numer peronu z rozkładu jazdy i z trudem pokonując schody (niestety nie dorobili się wind) znalazłem się na peronie. Godzina odjazdu powoli nadchodziła, a pociągu nie widać. Z zapowiedzi nic nie można zrozumieć. Zaniepokojony zszedłem do tunelu i okazało się, że pociąg jest, ale na innym peronie. Znów schody (@#!$##@!!!) i… do pociągu wejść nie da rady. Podłoga znajdowała się ponad metr nad peronem, a drzwi są za wąskie, żebym przecisnął się z rowerem. Na szczęście pomogło mi dwóch facetów w żółtych kamizelkach. Słowo köszönöm, którego się tak pieczołowicie uczyłem, przydało się bardzo. Miejsca na rower w wagonie typu „bonanza” oczywiście nie było, więc postawiłem go przy drzwiach i tyle. Pociąg ruszył. Po paru minutach przyszła konduktorka i zaczęła coś do mnie nawijać po węgiersku, absolutnie nie zrażona tym, że nie rozumiem ani słowa. Równie dobrze mogłaby mówić po chińsku. Zaczęła pokazywać mi coś na bilecie - nie wiedziałem o co chodzi, bo przecież było napisane „Budapest-Keleti” więc pociąg był dobry. W końcu, kiedy pokazała mi na kalkulatorze jakąś liczbę, domyśliłem się, że trzeba dopłacić. Widocznie w kasie sprzedali mi bilet na osobowy, a to był pospieszny. Dopłaciłem i wreszcie miałem spokój. Uruchomiłem internet (jednak nieoceniona pomoc) i znalazłem tani hotel w dziesiątej dzielnicy, szybko zrobiłem rezerwację i zapisałem sobie w pamięci (mózgowej, nie komputerowej) drogę z dworca do hotelu. Na dworcu Keleti wylądowałem o 17:30. Sam dworzec nie robi dobrego wrażenia jak na europejską stolicę. Poza tym przed dworcem jest jeden wielki plac budowy, co dodatkowo potęguje wrażenie bałaganu.
Wyszedłem szybko i po chwili już prułem ścieżką rowerową w kierunku hotelu. Dzieliło mnie od niego jakieś osiem kilometrów. Droga była dość prosta, więc już bez błądzenia dotarłem na miejsce. Recepcjonista władał świetną angielszczyzną, więc dogadaliśmy się bez problemu i po chwili otrzymałem duży pokój z łazienką i lodówką. Mankamentem było to, że niestety od strony dość ruchliwej ulicy, a klimatyzacji nie było. Ale wszystkiego mieć nie można. Zwłaszcza za tak atrakcyjną cenę. Dzielnica co prawda swoim wyglądem sugerowała, że można tu dostać w mordę za nic, ale dla człowieka wychowanego w szczecińskich slumsach nie stanowi to większego problemu. Ogarnąłem się, wykąpałem, rozpakowałem i przed dwudziestą wyszedłem zwiedzać. W recepcji dostałem plan miasta, ale musiałem najpierw dostać się w pobliże centrum. Po daremnym szukaniu kiosku z biletami, postanowiłem udać się pieszo na jakąś stację metra. Najbliższa była oddalona o parę kilometrów, więc gdy tam dotarłem, było już ciemno. Kupiłem bilet na całą dobę i pojechałem nad Dunaj. Nie będę opisywał szczegółów spaceru. Mam nadzieję, że poniższe (zrobione przeze mnie) zdjęcia dość wiernie oddają mój zachwyt Budapesztem. Muszę tylko dodać – gwoli sprawiedliwości – że zachwycać się można tylko i wyłącznie tą częścią Budapesztu, która leży bezpośrednio nad Dunajem. Dalej po stronie Pesztu (prawobrzeże) jest brzydko. Nie fotografowałem tamtych miejsc, ponieważ ta część miasta nie jest zbyt fotogeniczna i zapewne nie życzy sobie, żeby robić jej zdjęcia. Chociaż też ma swój niepowtarzalny, swojski klimat. Natomiast nad rzeką jest raj. Po 21:00 spacerował tam tłum ludzi, Dunaj i jego brzegi tętniły życiem. A ja byłem szczęśliwy, że się tu znalazłem.

Donauradweg. Z Bawarii do Węgier - dzień 5

20 sierpnia 2013

HAINBURG AN DER DONAU (A) – Wolfsthal (A) – Bratislava (SK) – Rajka (H) – Bezenye (H) – MOSONMAGYARÓVÁR (H) /62km

Route 2,327,597 - powered by www.bikemap.net

Chmury burzowe mają układ „kolisty”. To oznacza, że burza nie przechodzi po prostu nad jakimś punktem i idzie dalej, tylko kilkukrotnie powraca. Tej nocy, mimo silnego wiatru, wyładowania nie były gwałtowne, za to było ich parę serii. Spałem w miarę spokojnie między kolejnymi atakami burzy, a rankiem pozostał już tylko delikatny deszcz i nadal silny wiatr. Wiedziałem więc, że z wyjazdem nie ma co się spieszyć – pogoda musi się chociaż trochę przetrzeć. Wykonałem rutynowe czynności poranne, zjadłem śniadanie, wrzuciłem na facebooka komentarz dotyczący pogody i miejsca przebywania, po czym położyłem się w namiocie i zacząłem czytać książkę na tablecie, czekając aż deszcz przestanie siąpić. Stało się tak dopiero przed dziesiątą. Wyjrzałem przed namiot i oceniwszy sytuację na niebie szybko przystąpiłem do zwijania maneli. Wiedziałem, że nie ma na co czekać, bo w każdej chwili deszcz może powrócić i lepiej, żeby zastał mnie na trasie – inaczej nigdy nie wyjadę. Ponieważ nadal było dość ciepło, ubrałem się tak samo jak zwykle – koszulka, krótkie spodenki i sandały – ale dodatkowo na wierzch włożyłem kurtkę z kapturem. Oddałem klucze i o godzinie 10:25 wyruszyłem w drogę.
Pogoda miała dwie zalety: po pierwsze można było wreszcie odpocząć po niemiłosiernych upałach, po drugie zaś silny wiatr wiał generalnie w tym kierunku, w którym jechałem. Nawet początkowa wspinaczka pod górę przy wyjeździe z Hainburga nie była więc bardzo męcząca. Chwilę później mijałem już górę zamkową.
Zamek wybudowany został przez księcia bawarskiego Henryka III Salickiego w XI wieku, później wielokrotnie rozbudowywany i umacniany stał się prawdziwą fortecą. Ciekawostką jest też fakt, że Hainburg jest pozostałością po starożytnym mieście Carnuntum, stolicy rzymskiej prowincji Panonii, gdzie swego czasu przebywał Marek Aureliusz.
Zaczęło znów padać, więc kurtka się przydała. Deszcz nie był zbyt intensywny i można było spokojnie jechać dalej, zresztą zaraz ustał. Mając wiatr w plecy dość sprawnie pokonywałem kolejne kilometry i tuż po jedenastej zobaczyłem z dala zabudowania Bratysławy.
Kwadrans później przekroczyłem granicę austriacko-słowacką.
To jest jedno z tych miejsc, gdzie wyraźnie daje się odczuć przebieg dawnej „żelaznej kurtyny”. Zmienia się architektura, wszystko staje się jakby brzydsze i znika austriacki porządek. Dla mnie natomiast w tym momencie liczyło się to, jak będą wyglądać ścieżki rowerowe i czy nadal będą obecne oznaczenia szlaku. Pod tym względem wszystko okazało się być w najlepszym porządku. Powoli zbliżałem się do stolicy.
Oznaczenia prowadziły bezbłędnie, a ścieżka rowerowa miejscami wykazywała zdecydowanie lepszy standard niż w Polsce.
W pewnym momencie musiałem rozstać się z moim szlakiem. Wiódł on dalej południowym brzegiem Dunaju, nie wstępując do Bratysławy. A ja oczywiście nie mogłem odmówić sobie pobieżnego zwiedzenia stolicy. Pogoda pasowała do tego idealnie, ponieważ w mieście jest gdzie w razie czego schronić się przed deszczem. Skręciłem zatem na most…
… i przejechawszy nad Dunajem znalazłem się wprost na starówce, nieopodal katedry Świętego Marcina.
Przystanąłem akurat obok informacji turystycznej, przed wejściem do której leżały sobie bezpłatne folderki z poglądowym planem miasta i zaznaczonymi co fajniejszymi miejscami do zobaczenia. Wziąłem jeden z nich i rozpocząłem prywatny Tour de Bratislava.
Stare Miasto było gwarne i pełne ludzi, musiałem często zsiadać z roweru, żeby nikogo nie uszkodzić. Uliczka Prepoštská pięknie ukazywała zamek, do którego postanowiłem jednak się nie wspinać.
Pojechałem pod górkę w trochę innym kierunku, aby dotrzeć do Bramy Michalskiej.
Jest to jedyna zachowana brama miejska w Bratysławie, zbudowana w XIV wieku, a na jej szczycie znajduje się rzeźba Michała Anioła. Dalej mijałem kościół farny Najświętszej Trójcy
oraz eklektyczny kościół Wniebowzięcia NMP, zwany po słowacku „Blumentálsky kostol” od dawnej dzielnicy Bratysławy Kvetná dolina, po niemiecku Blumenthal.
Przy ulicy Imricha Karvaša, róg Mýtnej, znajduje się ciekawy architektonicznie budynek słowackiego radia.
Ma on kształt odwróconej piramidy i jest oryginalną pozostałością po socrealizmie. Ponoć w środku, w sali koncertowej, znajdują się największe organy na Słowacji.
Zaczął padać deszcz, tym razem intensywnie. Postanowiłem schować się pod szerokim balkonem jednego z budynków. Szkoda, że nie było tu akurat żadnego sklepu, wykorzystałbym ten czas na zakupy. Ale możliwe, że korzystniej będzie zrobić zakupy już na Węgrzech, i tak będę się musiał się zatrzymać zaraz za granicą, żeby wymienić walutę. Przerwa jednak się przedłużała, deszcz nie chciał przestać padać, a ja z nudów zjadłem ostatnie zapasy owoców. Jedyną rozrywkę stanowiła krótka rozmowa z Chińczykami, którzy zapytali mnie o drogę do zamku. Mając pobieżny plan miasta mogłem im to bez trudu wyjaśnić (po angielsku oczywiście, nie po chińsku). Kiedy deszcz trochę się uspokoił (choć nie przestał zupełnie), wkurzony długą, ponad czterdziestominutową bezczynnością, postanowiłem ruszyć dalej. Niebo i tak nie zapowiadało żadnych zmian w najbliższym czasie, więc nie ma na co czekać. Pojechałem wzdłuż Námestie slobody, aby obejrzeć budynek słowackiej Rady Ministrów.
To renesansowa budowla, powstała w XVII wieku jako letnia rezydencja biskupów. Potem pełniła funkcję szpitala wojskowego, była siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wreszcie rządu.
Nieco dalej, na placu Hodžovo znajduje się okazały Pałac Prezydencki.
Deszcz się wzmagał, więc postanowiłem poszukać schronienia, a jednocześnie coś zjeść. Wybór padł na McDonald’s przy ulicy Obchodnej, głównej alei starówki. Lepiej oczywiście byłoby zjeść coś typowo lokalnego, ale: po pierwsze zawsze w nieznanej knajpie jest ryzyko, że podadzą coś niedobrego, po drugie zaś potrzebowałem w tej chwili darmowego wifi. Musiałem poszukać jakiejś alternatywy, gdyby nie przestało padać. Całkiem poważnie rozważałem możliwość pozostania w Bratysławie do jutra i noclegu w jakimś tanim hotelu. Co prawda taka opcja nie nastrajała mnie optymistycznie, ponieważ zrobiłem dziś dopiero dwadzieścia kilometrów, czyli tyle co nic. Zajadając niezdrowego burgera odszukałem w internecie niedrogi hotel znajdujący się kilka domów dalej. Okazało się jednak, że w międzyczasie pogoda się poprawiła. Deszcz zniknął, a stan nieba pozwalał mieć nadzieję na przynajmniej kilkugodzinną przerwę w opadach. Porzuciłem więc plany pozostania w Bratysławie i zacząłem szybko wyjeżdżać z miasta.
Znalazłem się nad Dunajem, zmierzając w kierunku mostu.
Po drodze minąłem jeszcze nowoczesny budynek opery…
… i wjechawszy na Most Apollo opuściłem miasto. Za mostem od razu odnalazłem mój szlak i bez żadnych problemów ruszyłem żwawo przed siebie. Szlak wiódł wałem wzdłuż Dunaju, nawierzchnię stanowił równiutki asfalt, wiatr wiał w plecy, chmury ostatecznie się rozpierzchły i znów było super.
Bratysławę opuściłem po czternastej, a już godzinę później przekraczałem węgierską granicę, wjeżdżając do kraju, w którym nigdy jeszcze nie byłem, nawet przejazdem. To dodało mi jeszcze skrzydeł.
Pół godziny później wjeżdżałem do pierwszej węgierskiej wioski Rajka.
Wbrew obawom oznaczenia szlaku nadal były obecne, a ścieżka rowerowa świeżo wybudowana.
Niepokój się pojawił, gdy zacząłem się rozglądać za sklepem i/lub kantorem. Wioska wyglądała na wymarłą – wszystko pozamykane. Na budynkach flagi… Święto państwowe? Niemożliwe! A jednak, wszystko na to wskazywało. Tym razem miałem pecha. Przypomniała mi się sytuacja z dzieciństwa, kiedy to z ciotką wybraliśmy się na zakupy do Niemiec dokładnie w dzień ich święta państwowego. Wróciliśmy z kwitkiem, wydając przy okazji fortunę na bilety kolejowe. Teraz co prawda żadnych strat nie miałem, ale obawiałem się o zaopatrzenie. Nie miałem żadnych zapasów jedzenia, woda się kończyła, a jeśli na kempingu nie będę mógł zapłacić w euro, to już w ogóle kaplica. Pozostawała jedynie nadzieja, że dojadę do jakiegoś miasta, w którym będzie chociaż jakiś czynny bankomat. Tymczasem szlak wiódł wzdłuż drogi nr 150, a z przodu, nieco po prawej, powoli nadchodziła bardzo ciemna chmura. Nie zatrzymywałem się już nigdzie, chcąc dojechać do pierwszego możliwego kempingu i tam zostać. Nawet jeśli ta chmura szybko by przeszła, to i tak nie było już sensu ryzykować dalszej jazdy. Około 16:20 wjechałem do miasta Mosonmagyaróvár – nie miałem pojęcia, jak to się wymawia. Miasto sprawiało wrażenie dość sporego, więc wiedziałem, że tu będę mógł się zatrzymać. Jeśli nawet nie uda się znaleźć kempingu, to na pewno bez problemu trafi się jakiś pokój gościnny lub pensjonat. Przecież ceny są tu znacznie niższe niż w Austrii. Zresztą wyobrażenie o kempingach na Węgrzech miałem podobne jak o polskich: jakiś ogrodzony kawałek trawy, barak z kiblem i zimną wodą i pewnie tyle.
Szybko znalazłem drogowskaz na kemping i dojechałem… do hotelu. Okazało się, że kemping mieści się na terenie sporego obiektu o nazwie Aqua Hotel Termál. Wszedłem więc do recepcji aby zapytać o nocleg. Wrażenie było od razu pozytywne. Recepcjonistka gadająca po angielsku, ceny w euro, wszystko pięknie. Zacząłem wypełniać formularz meldunkowy, a pani wręczyła mi jakiś kartonik tłumacząc:
- Obok hotelu są termy i spa. Z tym karnetem ma pan wstęp na baseny i sauny za darmo do jutra do godziny 16.
Prawie krzyknąłem z wrażenia! Po raz pierwszy nocowałem w takich warunkach. A biorąc pod uwagę fakt, że było jeszcze dość dużo czasu do wieczora, mogłem sobie spokojnie pozwolić na taki relaks. Widząc, że wszystko idzie w jak najlepszą stronę, postanowiłem pójść za ciosem i spytałem, czy mogę rano zjeść śniadanie w hotelu.
- Oczywiście, za dopłatą 3 euro.
W tym momencie już byłem w niebie. Nie musiałem już dziś szukać żadnego sklepu, bankomatu ani nic z tych rzeczy, wszystko było zapewnione. Nie miałem co prawda nic na kolację, ale jeżeli będę bardzo głodny, to znajdę jakiś bufet albo pizzerię. Szybko rozbiłem namiot, wziąłem ręcznik, kąpielówki i poszedłem na basen. Sauny mnie nie interesowały – od czterech dni przeżywałem właściwie nieustającą naturalną saunę i miałem szczerze dosyć wysokich temperatur. Natomiast baseny z różnego rodzaju gadżetami do masażu, z borowinami itp. jak najbardziej mi odpowiadały. Co prawda towarzystwo było mało atrakcyjne – głównie Austriacy (albo Niemcy) po sześćdziesiątce, trochę Słowaków w tym samym wieku, postanowiłem się więc skupić na odpoczynku i rozluźnieniu. Zaczął znów padać deszcz, co ostatecznie utwierdziło mnie w słuszności zakończenia dzisiejszego odcinka właśnie tutaj. Zresztą lepiej trafić nie mogłem. Po wyjściu z szatni znalazłem bufet, w którym kupiłem sobie kolację i coś do picia, i całkowicie zrelaksowany wróciłem do namiotu. Przed snem postanowiłem przy pomocy tabletu nauczyć się kilku słów po węgiersku. To bardzo dziwny język. Niepodobny do niczego. Słowa są bardzo trudne i z niczym się nie kojarzące. Po kilku próbach zapamiętania chociażby „dzień dobry” dałem za wygraną i poszedłem spać.

piątek, 13 września 2013

Donauradweg. Z Bawarii do Węgier - dzień 4

19 sierpnia 2013

TULLN – Greifenstein – Höflein an der Donau – Kritzendorf – Klosterneuburg – Wien – Schönau an der Donau – Stopfenreuth – HAINBURG AN DER DONAU /103km

Route 2,327,594 - powered by www.bikemap.net

Dzień zapowiadał się wybitnie ekscytująco. Byłem już przecież niedaleko stolicy, zatem czekała mnie dziś “odsiecz wiedeńska” i oczywiście triumfalny przejazd po centrum, bo tego nie mogłem sobie odmówić. Nie mogłem zaplanować zwiedzania w dosłownym tego słowa znaczeniu z racji oczywistych: brak czasu. Gdybym chciał choć w części zwiedzić Wiedeń, musiałbym tam zostać na noc, a wtedy cała wyprawa by się posypała i nici z dotarcia do Budapesztu. Poza tym na drzwiach recepcji kempingu, w którym spędziłem noc, wisiała kartka z niezbyt optymistyczną prognozą pogody. Nawet na dziś przewidywane były przelotne opady, a kolejne dni miały być już deszczowo-burzowe. Na razie jednak na niebie nic tego nie zapowiadało. Przyszykowałem się więc do wyjazdu i parę minut po dziewiątej byłem już w drodze.
Początkowe kilkanaście kilometrów było monotonną jazdą wałem wzdłuż Dunaju. W miejscowości Greifenstein minąłem przystanie z różnej maści łodziami oraz jachtami i już po godzinie od wyjazdu napotkałem niechybny znak zbliżania się do stolicy.
Nie spodziewałem się, że jestem aż tak blisko. Ale wiedziałem też, że drogowskazy rowerowe (w odróżnieniu od samochodowych) pokazują dystans do granicy miejscowości, a nie do jej centrum. Zatem do tych dziesięciu kilometrów namalowanych na tablicy swobodnie można było dodać drugie tyle. Mimo to świadomość bliskości Wiednia dodała mi skrzydeł, co miało swoje konkretne odzwierciedlenie w zwiększeniu prędkości jazdy. W kolejnej miejscowości jednak zaczęły się schody. Znak informował o objeździe z powodu robót na szlaku. Objazd był oznaczony tablicami, ale tylko do pewnego momentu. Potem trzeba się było domyśleć, gdzie jechać, choć co prawda powrót nad Dunaj nie był zbyt trudny i znalazłem drogę intuicyjnie, bez żadnej omyłki. Około 10:30 wjeżdżałem do Kritzendorf i… napotkałem kolejny objazd. Tym razem znak nakazywał jazdę wzdłuż drogi L118, co sugerowało, że raczej żadnych następnych znaków nie będzie. Ponadto objazd niefortunnie zaczynał się od stromego podjazdu pod górę, co mocno zniechęcało. Ale skoro trzeba, to trzeba. Przed górką postanowiłem jednak skorzystać ze sklepu. Było już bardzo gorąco, brakowało płynów, poza tym warto też zaopatrzyć się w coś do jedzenia. Wypiłem cudownie zimny napój izotoniczny i mogłem już ruszyć pod górę. Oczywiście pieszo, bo przecież prawe kolano nie uciągnie ciężaru, a to praktycznie początek dzisiejszego etapu. Na szczęście więcej górek już nie było i po chwili dotarłem do Klosterneuburga. Nazwę miejscowości wyjaśniał okazały klasztor górujący nad miasteczkiem. Niestety nie znalazłem dogodnej pozycji do zrobienia zdjęcia. W mieście trochę się zakręciłem, ponieważ – jak przewidywałem – oznaczeń rowerowych nie było żadnych (wszak to tylko objazd), a drogowskazy samochodowe na Wiedeń kierowały ruch w stronę autostrady. Korzystając więc z kompasu i częściowo z intuicji wyjechałem na drogę numer 14 prowadzącą do Wiednia. Po drugiej stronie szosy przebiegała linia kolejowa, a za nią prawdopodobnie musiał się znajdować mój szlak, do którego chciałem powrócić. Na razie jednak trzymałem się tej szosy i w ten sposób o godz. 11:25 wjechałem w granice administracyjne Wiednia. To był jedyny moment, w którym ucieszyłem się z objazdu, ponieważ mogłem zrobić sobie triumfalne zdjęcie przy tablicy z nazwą miejscowości.
Znak pod spodem zakazywał używania sygnałów dźwiękowych, więc nie krzyczałem z radości, ale był to moment szczególny. Pierwsza z trzech stolic na założonej trasie została osiągnięta. Do drugiej (Bratysławy) pozostało około stu kilometrów. A potem już Węgry. Odniosłem w tym miejscu wrażenie, jakby cała wyprawa nagle radykalnie przyspieszyła swój bieg. Ze śpiewem na ustach wjeżdżałem więc do miasta, które powoli wynurzało się zza horyzontu.
Otwartą pozostała jedynie kwestia powrotu na szlak. Mógłbym co prawda już go nie szukać, tylko wjechać do miasta drogami, ale byłem ciekaw, jak mój szlak przebiega przez miasto. Oczywiście byłem pewien, że do centrum nie wjeżdża, ale w zasadzie w każdej chwili mogłem się od niego odłączyć, żeby zawitać do śródmieścia. Tymczasem cały czas podążałem wzdłuż drogi i szukałem okazji, żeby ją przeciąć, co nie było wcale takie proste.
Okazja nadarzyła się dopiero przy stacji Wien Nuβdorf. Szosa dwujezdniowa odeszła wiaduktem gdzieś na bok, jechałem więc zwykłą ulicą wzdłuż torów i wykorzystałem tunel pod stacją (na szczęście pozbawiony schodów) aby przejechać na drugą stronę. W ten sposób znalazłem się znów na moim szlaku nad Dunajem. To znaczy: myślałem, że to jest Dunaj. Jadąc drogą przeoczyłem moment, kiedy Dunaj rozdzielił się na dwie części (Dunaj i Nowy Dunaj), a następnie w południową stronę odłączył się wąski Donaukanal i to wzdłuż niego teraz jechałem. Patrząc na mapę wydaje się, że Wiedeń jest położony bezpośrednio nad Dunajem. Administracyjnie jest to jak najbardziej prawda, ale kiedy się jest fizycznie w mieście, to wygląda to zupełnie inaczej. Właściwa część miasta, z centrum włącznie, leży nad Donaukanal. Między nim a właściwym Dunajem leżą dzielnice Brigittenau i Leopoldstadt. Natomiast północną stronę Dunaju zajmuje Donaustadt – największa dzielnica miasta, oraz Floridsdorf, wyglądająca na najbardziej nowoczesną.
Szlak wzdłuż Donaukanal jest mało atrakcyjny, ponieważ oprócz kanału i paru budynków po przeciwnej stronie nic więcej nie widać. Ulica, wzdłuż której się jedzie, położona jest dużo wyżej i wszystko zasłania. Co jakiś czas mijałem mosty, przed którymi można zjechać ze szlaku i „wynurzyć się” z kanału, ale szukałem odpowiedniego momentu. Nadszedł on, gdy zobaczyłem drogowskaz z napisem „Ring-Rund Radweg”, co natychmiast skojarzyło mi się z rundką po centrum. Postanowiłem skorzystać z tego szlaku, mając nadzieję, że przeprowadzi mnie przez to, co w Wiedniu najlepsze. Przy moście Augartenbrücke rozstałem się więc z Donauradweg i podążyłem ulicą Schottenring do centrum.
Wiedeń zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wyczuwa się od razu, że to miasto ma klasę, nosi w sobie pewien majestat. Widać to chociażby w architekturze, w panującym tu porządku.
Przy Rooseveltplatz dostrzegłem kościół wyglądający na katedrę.
Nie była to jednak katedra, ale tzw. Kościół Wotywny (Votivkirche), neogotycka świątynia z XIX wieku, wzorowana na francuskich trzynastowiecznych kościołach gotyckich. Skręciłem w Universitätsring i minąłem z lewej strony Teatr Zamkowy,
z prawej zaś ratusz, pełniący do dziś nieprzerwanie swoją funkcję.
Nieco dalej uwagę przykuwa okazały budynek parlamentu Austrii.
Choć został wybudowany w XIX wieku, to jego styl przywodzi na myśl starożytną Grecję, jako kolebkę demokracji.
Następnie przejeżdżałem obok Maria-Theresien-Platz. Mieści się tam Muzeum Historii Naturalnej
oraz Muzeum Historii Sztuki.
Pośrodku placu zaś okazały pomnik cesarzowej Marii Teresy autorstwa Kaspara von Zumbuscha.
Dalej po lewej brama zamkowa upamiętniająca cesarza Franciszka Józefa I oraz bohaterskich żołnierzy.
Ponieważ minęło już dawno południe, zatrzymałem się na chwilę w ogrodach zamkowych (Burggarten) i posiliłem się gruszkami. Po chwili znów jechałem ringiem, żeby obejrzeć słynną Operę Wiedeńską.
Ciekawostką jest, że neorenesansowy budynek opery nie został pozytywnie odebrany przez mieszkańców Wiednia, a jego architekci popełnili samobójstwo. Opera obroniła się jednak dzięki dziełom w niej wystawianym, pisanym przez najlepszych twórców: Mozarta, Straussa i Beethovena.
Następnie przystanąłem przy bramie parku miejskiego
i – zmierzając już ku kanałowi – przy ładnie zdobionym gmachu Ministerstwa Gospodarki.
Wyjechałem wprost na most Aspernbrücke
gdzie moją uwagę przykuł przycumowany przy nabrzeżu kanału statek-restauracja z basenem. Ciekawy pomysł.
Było już dobrze po trzynastej, należało więc powoli wyjeżdżać z miasta. Zwiedzanie zajęło mi w sumie niewiele ponad godzinę, zatem trudno to właściwie nazwać zwiedzaniem, ale doliczając do tego czas potrzebny na wyjazd z miasta, uznałem, że już późno. Zacząłem szukać oznaczeń szlaku, ale nigdzie ich nie było. Widocznie szlak przekroczył kanał. Przejechałem na drugą stronę, ale tu też nic. Jechałem więc przez chwilę północnym brzegiem kanału, aż ścieżka rowerowa definitywnie się skończyła. Znalazłem sklep, zakupiłem parę drobiazgów do jedzenia i picia (to już chyba ostatnia szansa) i intuicyjnie udałem się na północ, w kierunku parku Prater. Jest to duży park położony w dzielnicy Leopoldstadt, między Kanałem Dunajskim a Dunajem, będący pozostałością po terenach łowieckich Habsburgów. Teraz prawdopodobnie ulubione miejsce relaksu dla wiedeńczyków. Coś na kształt Hyde Parku w Londynie. Przy wjeździe do parku odnalazłem tablicę z planem okolicy i już wiedziałem, że muszę podążać w kierunku stadionu, a następnie na most Praterbrücke.
Z mostu nad Dunajem jeszcze szybki rzut oka na stadion i Leopldstadt,
potem przejazd na następny most nad Neue Donau. Oczywiście – jak to w Austrii – wszystkie mosty pokonuje się bezkolizyjnie.
Teraz czekała mnie spokojna jazda północnym brzegiem rzeki. Licząc od wkroczenia w obszar administracyjny miasta, cały przejazd przez Wiedeń zajął mi trzy godziny, czyli mniej więcej tak, jak planowałem. Jechałem sobie wałem, a po prawej mijałem plażowiczów zalegających tłumnie nad rzeką. Ale zaraz, coś tu nie gra… oni są… nadzy! No tak, plaża nudystów. Właściwie pierwsza plaża nudystów, jaką w życiu widziałem na własne oczy. Nie rozumiem tej idei. Obiło mi się o uszy tłumaczenie, że chodzi o równomierne opalenie całego ciała, bez białych plam tu i ówdzie. Obserwując tę plażę na opłotkach Wiednia, tłumaczenie to do mnie nie przemawia, albowiem większość nudystów leżała w cieniu. Nie miało to również żadnego waloru estetycznego. Prawie wszyscy to przedział wiekowy 60+, więc marny materiał do eksponowania.
Tak obserwując i rozmyślając nie zauważyłem, kiedy zniknęły oznaczenia szlaku. Ale parłem uparcie dalej wzdłuż rzeki, bo przecież gdzie indziej? Aż dotarłem na puste betonowe nabrzeże, a po dotarciu na jego koniec, okazało się, że to… koniec drogi. Nie było innego wyjścia – trzeba było zawrócić (nie cierpię tego!). Jechałem więc z powrotem uważnie rozglądając się za oznaczeniami szlaku. Okazało się, że musiałem wracać ponad trzy kilometry, czyli nadłożyłem w sumie prawie siedem. Szlak skręcał w lewo w momencie, gdy byłem pochłonięty patrzeniem w prawo, na nudystów. Śmiałem się potem z siebie, że zachciało mi się oglądać golasów i mam za swoje. A szlak skręcał, ponieważ musiał ominąć port barkowy.
Tymczasem pogoda zaczęła się zmieniać. Za sobą zobaczyłem ciemną chmurę, na szczęście niewielkich rozmiarów i raczej nie podążającą w moim kierunku. Ale widziałem wyraźnie, że z niej pada deszcz, a od czasu do czasu słychać też było grzmoty. Choć trudno było to odróżnić od silników lądujących samolotów, których ścieżka podejścia znajdowała się dokładnie nade mną i przelatywały dość nisko. Miałem natomiast inne zmartwienie, ponieważ rozpoczęły się niebezpieczne perturbacje w jelitach, prawdopodobnie za przyczyną zjedzonych w Wiedniu gruszek. Jechałem więc przygotowany do natychmiastowego skoku w krzaki, co nie uśmiechało mi się o tyle, że strasznie dużo tu było komarów. Na szczęście po jakimś czasie sytuacja się unormowała i alarm został odwołany. Napotkałem pierwszą tablicę pokazującą dystans do Bratysławy.
Po minięciu miejscowości Schönau ścieżka stała się żwirowa (po raz pierwszy w czasie tej wyprawy) i idealnie prosta. Żwir był jednak profesjonalnie ubity i nie spowalniał zbytnio. Na horyzoncie widać było wzgórze, które – jak podejrzewałem – powinno się znajdować już na terenie Słowacji.
Droga była strasznie nużąca. Cały czas prosto i nic się nie zmieniało. Do tego jak zwykle po południu nikogo nie było na szlaku. W takim stanie minąłem dziewięćdziesiąty kilometr nie mając zielonego pojęcia, czy gdzieś jest tu kemping. Co prawda wcześniej minąłem jakąś tabliczkę, która wskazywała na kemping za dwadzieścia kilometrów, ale jechałem już chyba z dziesięć i żadnej informacji. Na wysokości wioski Stopfenreuth przejechałem przez zbiornik retencyjny
i znalazłem drogowskaz na kemping, niestety pokazujący tylko kierunek, bez dystansu. Ale póki nadal jadę szlakiem, to wszystko jest ok. Byłem już mocno zmęczony, mimo opaski bolało mnie kolano, coraz bardziej psuła się pogoda i chciałem, żeby ten kemping jak najszybciej się znalazł. Tak dotarłem do mostu nad Dunajem.
Po zjeździe z mostu odnalazłem znów tabliczkę z namiotem, ale umieszczoną tak niejednoznacznie, że nie miałem pojęcia, który kierunek pokazuje. Po chwili zastanowienia postawiłem zatem wszystko na jedną kartę i ruszyłem dalej moim szlakiem. Przejechałem cztery kilometry i wylądowałem w miejscowości Hainburg an der Donau, a tu kempingu ani widu ani słychu. Znalazłem tablicę z mapą okolicy, z której wynikało, że ów kemping był jednak w drugą stronę. Musiałbym więc wrócić do mostu, a następnie jechać jeszcze siedem kilometrów na zachód, czyli w kierunku dokładnie przeciwnym niż ten, w którym cały czas jadę. To rozwiązanie absolutnie nie wchodziło w grę. Mogłem też jechać dalej, do Bratysławy, ale to jeszcze ponad 20 kilometrów, a tu kolano mnie boli, wiatr się wzmaga i zaraz pewnie zacznie padać. Postanowiłem więc zajechać do pierwszego Gasthausu i zapytać się, czy nie wiedzą, gdzie tu jest jakiś kemping, ewentualnie może przenocować wyjątkowo w Gasthausie, tym bardziej, że zbiera się na burzę. Pierwszy gościniec zobaczyłem tuż nad Dunajem i zaraz przy wejściu natknąłem się na kelnerkę, którą zapytałem po niemiecku:
- Nie wie pani, czy gdzieś tu jest plac kempingowy?
Odpowiedziała pytaniem, tak szybko, że nic nie zrozumiałem, więc powiedziałem:
- Nie bardzo rozumiem, ponieważ jestem z Polski.
- To dobrze, bo ja też jestem z Polski – odpowiedziała ku mojemu zdziwieniu po polsku i dalej konwersacja toczyła się już w naszym ojczystym języku. To frajda po czterech dniach na obczyźnie spotkać kogoś, kto gada po polsku. Okazało się, że w tym Gasthausie mają swój plac kempingowy, położony idealnie, bo osłonięty wysokim murem, więc silny wiatr nie był już zagrożeniem. Pani dała mi klucz od łazienki i pomieszczenia, w którym mogłem schować rower – znów wielki plus, bo nie musiałem go zostawiać na deszczu.
- To z Polski pan tak jedzie? – spytała.
- Nie, z Bawarii – odparłem.
- Ale jedzie pan do Polski?
- Nie, do Budapesztu .– Tu ze śmiechem machnęła ręką, więc wyjaśniłem, na czym moja wyprawa polega. Przyznała mi rację, że Donauradweg jest pięknym szlakiem i bardzo bezpiecznym, więc taka jazda to przyjemność.
Kiedy rozbiłem namiot, było już po dziewiętnastej, ale poszedłem jeszcze na spacer do miasta. Nie zapuszczałem się daleko, ponieważ lada moment mogło zacząć padać, ale znalazłem przynajmniej otwartą budkę z lodami i tam kupiłem sobie zimny napój. Kiedy wracałem, zerwał się już bardzo silny wiatr, ale usiadłem jeszcze na ławeczce nad Dunajem i patrzyłem na przepływające statki. Jeden z nich miał już wyraźne problemy, żeby płynąć pod wiatr. W pewnym momencie nawet zaczął się cofać. Widać było wyraźnie, że z tą rzeką nie ma żartów. Niby taka spokojna, a przy silnym wietrze nagle nabrała ostrego charakteru. Facet w łódce przemknął bez wiosłowania i chyba miał nawet problem z utrzymaniem kierunku, ale widać było, że jest wprawiony. Wodolot do Budapesztu również sprawnie przeleciał z prądem i za chwilę zniknął za zakrętem. A ten turystyczny biedak męczył się nadal pod prąd. Zaczął kropić deszcz, więc uciekłem do namiotu. Zaraz potem nadeszła burza.