środa, 17 kwietnia 2013

Siła modlitwy

Przeglądałem ostatnio osobiste cyfrowe archiwum i w starej wersji mojej strony znalazłem tekst zatytułowany "Siła modlitwy", który pochodzi z 2010 roku. Fragment zacytuję:

W swoim życiu ja również odczułem moc modlitwy, wielokrotnie. Przywołam tylko sytuację sprzed tygodnia. Siedzę w konfesjonale podczas Mszy św. w dzień powszedni rano. Niewielu ludzi w kościele. W okolicach Ewangelii (czyli po ok. 10 minutach od początku Eucharystii) wchodzi małżeństwo z dorosłą córką. Mimo pustki w kościele stoją pod chórem, akurat przed moim konfesjonałem. Patrzę na nich i od razu widzę "letnich katolików", którzy pewnie przyszli na Mszę w intencji jakiegoś zmarłego z rodziny. Jest już prawie "Ojcze nasz", zamierzam wyjść i udać się na śniadanie, ale coś mnie powstrzymuje i nagle pojawia się myśl: pomodlić się za tych ludzi. Zaczynam odmawiać "Zdrowaś Maryjo". W tej samej chwili kobieta odwraca się i rusza do konfesjonału. Przypadek?


Takie sytuacje jak opisana powyżej zdarzają mi się nierzadko. Dlatego pozwolę sobie do tego niezbyt wyszukanego przykładu sprzed trzech lat dołączyć zupełnie świeży przykład sprzed kilku dni.

W sobotę wieczorem pojechałem autem na próbę do Choszczna. Po drodze zabrałem kolegę gitarzystę, z którym od jakiegoś czasu jeździmy na próby razem słuchając w samochodzie Marka Knopflera. Skończyliśmy granie po 22:00 i zaczęliśmy pakować się do auta, kiedy Robert mówi do mnie: Ty! Nie mogę otworzyć drzwi! Okazało się, że mój samochód na prawym boku nosił świeży ślad uderzenia innego auta, którego niestety nie było, jak również żadnej informacji od kierowcy, który tego haniebnego czynu dokonał. Krótko mówiąc: po spowodowaniu kolizji sprawca uciekł. Żadnych rezultatów nie przyniósł również wywiad z mieszkanką domu naprzeciwko, która wyjrzała przez okno zaciekawiona naszym zgrupowaniem - istotnie z całym zespołem staliśmy przy aucie i głośno zastanawialiśmy się, co dalej robić. Owo myślenie nie doprowadziło do zbyt konstruktywnych wniosków i rozstaliśmy się. Wracałem sam - drzwi nie dało się otworzyć, więc Robert pojechał z bębniarzem. W trakcie podróży początkowe zdenerwowanie zaczęło się zmniejszać na korzyść bardziej logicznych i bardziej duchowych rozważań w stylu: Nic takiego się nie stałoto tylko rzecz nabyta; jakoś się to naprawi, no i wreszcie: Pomodlę się za tego, kto to zrobił. Tak też uczyniłem. Chodziło o pozbycie się negatywnych odczuć do tej osoby i złapanie dystansu do bądź co bądź trudnej dla mnie sytuacji, bo  naprawa powstałego uszkodzenia mocno nadszarpnęłaby mój i tak już skromny na obecną chwilę budżet. Dzięki modlitwie udało mi się wrócić do równowagi i niedzielę przeżyłem spokojnie i w miarę optymistycznie. W poniedziałek otrzymałem telefon od Macieja, który można streścić następująco: znalazł się świadek, który widział zdarzenie, dzięki temu mamy nazwisko sprawcy, jego adres i numer rejestracyjny samochodu. Sprawcą okazała się pani posiadająca prawo jazdy od tygodnia, która na widok tego, co zrobiła, spanikowała i uciekła, a przynajmniej w ten sposób się tłumaczyła. Na szczęście przeprosiła i spisała oświadczenie o spowodowaniu kolizji. Cała sprawa zakończyła się szczęśliwie.

Dlatego właśnie wierzę w siłę modlitwy i usilnie do niej zachęcam. 

3 komentarze:

  1. Wierzę,ale czy korzystam? (w odniesieniu do mnie oczywiście)

    OdpowiedzUsuń
  2. modlitwa ma ogromną moc! w swoim życiu nie raz tego doświadczyłam. zgubiłam już wiele cennych i ważnych rzeczy. zawsze po modlitwie do św. Antoniego te rzeczy się znajdowały. w dodatku w takich miejscach gdzie każdy mógł by je zabrać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w 100% podpisuję się pod postem powyżej.
    Świetny blog.
    Będziemy zaglądać
    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń