środa, 27 marca 2013

Na koniec Wielkiego Postu

W tym roku Wielki Post minął mi wyjątkowo szybko. Prawdopodobnie zawdzięczam to wrażenie zintensyfikowanej pracy duszpasterskiej w tym okresie, a może też kalendarzowi, który w tym roku obsadził Wielkanoc wyjątkowo wcześnie. Muszę przyznać, że Wielki Post jest czasem bardzo przeze mnie lubianym i to zasadniczo z jednego powodu - bo jest to czas duchowego rozwoju. Oczywiście życzyłbym sobie (i wszystkim innym), żeby KAŻDY czas owocował rozwojem duchowym, ale wiadomo, że bywa z tym różnie. Wielki Post poniekąd "wymusza" podjęcie pewnych kroków, czasem nawet radykalnych, aby ów duchowy rozwój zaistniał (albo przyspieszył). Przeżywa się rekolekcje, drogi krzyżowe, gorzkie żale, a nawet sama liturgia słowa w tym okresie jest jakaś bardziej refleksyjna.
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która co roku w Wielkim Poście do mnie dociera. Otóż ten czas pozwala mi zaakceptować i przyjąć cierpienie. Niezależnie od tego, jakie ono jest - wszak co roku jest inne i nie ma znaczenia czy fizyczne, czy duchowe, małe czy duże. Ważne, że w Wielkim Poście zyskuje ono głęboki sens, nawet jeśli wcześniej nie było go w ogóle widać. Spoglądam na krzyż, przechodzę z Jezusem drogę krzyżową, przeżywam biczowanie, koronowanie cierniem, wyszydzenie, niesłuszne osądzenie... i stwierdzam, że skoro mój Mistrz mógł to wszystko przetrwać, to ja też mogę. Skoro On stał się Królem Cierpienia, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym Go w tym naśladował. I ta świadomość dodaje skrzydeł.
Jest taka angielska piosenka mojego ulubionego autora, której refren kończy się słowami: "Choć zawsze mam nadzieję, że zakończysz to królowanie / To jest moim przeznaczeniem, by być królem bólu". Wydaje mi się, że w pewnym stopniu oddaje ona to, o czym tu napisałem. Dlatego w tegorocznym Wielkim Poście pozwoliłem sobie ją nagrać. I nawet zabrzmiała tak, jakby mnie coś bolało:)

poniedziałek, 11 marca 2013

Pieśni tradycyjne

Muszę przyznać, że w większości przypadków sceptycznie podchodzę do wykonywania muzyki liturgicznej w kościołach. Czasem powodem owego sceptycyzmu stają się organiści, którym niebawem poświęcę osobny temat. Często jednak moje uszy więdną z powodu samego śpiewu w świątyniach, który - jak zapewne Państwo sami przyznacie - nie jest ani rytmiczny (ciągnie się jak guma do żucia), ani równy w zakresie dynamiki (zawsze ktoś się wybija i zazwyczaj nie jest to diwa operowa), ani melodyjny (zresztą dziwnym trafem fałsze zawsze słychać najgłośniej). Mimo tych wszystkich uwag i - bez cienia przesady - cierpień, które czasem przeżywam w czasie liturgii, z wielkim szacunkiem odnoszę się do pieśni tradycyjnych czy - jak kto woli - ludowych. Charakteryzujące się w znacznej większości prostotą harmonii i jeszcze większą prostotą tekstu o dziwo często nie są wcale pozbawione teologicznej głębi i emocjonalnego przekazu treści katolickiej wiary. Naturalnie trzeba do tradycyjnych pieśni podchodzić z dużą świadomością ich niejednolitości - wszak są one najczęściej produktem pobożności ludowej, więc zjawiają się nagle w tekście takie perełki, jak np.:
Zasłużyliśmy, to prawda, przez złości,
By nas Bóg karał rózgą surowości;
Lecz kiedy Ojciec rozgniewany siecze,
Szczęśliwy, kto się do Matki uciecze.
Jest to zwrotka, którą można (a nawet trzeba) spokojnie opuścić. I na szczęście tak się dzieje, bo już dawno  tego fragmentu nie słyszałem. Albo to:
Bądźże pozdrowiony, Baranku Boży;
Zbaw nas, gdy miecz Pański na złych się sroży!
Fragment co najmniej dyskusyjny. Ale pozostały tekst w porządku. W nowych wydaniach śpiewników kościelnych często niepoprawne teologicznie treści są już zrewidowane i wycięte. Czuwa nad tym sztab teologów wyłapujący wszelkie niuanse. Gorzej niestety z niepoprawnością stylistyczną albo logiczną. Ostatnio pracujemy z zespołem nad aranżacjami tradycyjnych pieśni wielkopostnych. Jest to szansa odkrycia ich piękna i głębi, ale też okazja do wykrycia w nich błędów i niejasności. Przy pracy nad utworem Dobranoc, Głowo święta zwróciłem większą uwagę na tekst tej pieśni:
Dobranoc, Głowo święta Jezusa mojego,
Któraś była zraniona do mózgu samego.
Hmm... zwrotka nieco naturalistyczna, ale jak najbardziej może być, bo pobudza wyobraźnię. Dalej refren:
Dobranoc, kwiecie różany,
Dobranoc, Jezu kochany, 
Dobranoc.
Wszystko wydaje się w porządku, gdy nagle:
Dobranoc, śliczna lilija,
Jezus, Józef i Maryja,
Dobranoc.
Dla mnie to jest jakaś pomyłka. Zresztą, szczerze powiedziawszy, te wersy wyglądają mi na coś w rodzaju późniejszego dopowiedzenia wiejskiego nieuka. Zwróćmy uwagę na pierwszą część zwrotki, w którym autor porównuje Jezusa do różanego kwiatu. Metafora jak najbardziej celna i obrazowa. W drugiej części natomiast mamy porównanie do ślicznej lilii, które jeszcze od biedy można przełknąć, ale skąd nagle Jezus, Józef i Maryja? Rozumiem, że Jezus wisi na krzyżu, Maryja stoi pod krzyżem, ale Józef? Skąd się tam wziął? Chyba że chodzi o Józefa z Arymatei, który prosił Piłata o zabranie ciała Jezusa. I co ma do tego śliczna lilija? Dla mnie to się nie trzyma kupy i drugą część refrenu uznaję za kompletnie bez sensu. Niestety nie mam możliwości sprawdzić, czy te nieszczęsne wersy znajdują się w najstarszej zachowanej wersji pieśni (która pochodzi z XVIII wieku), ale nawet jeśli tak, to z czystym sumieniem, w imię logiki i spójności treściowej, wycinam drugą część refrenu i śpiewam dwa razy pierwszą. Tak jest ładnie.
Zachęcam do odkrywania piękna tradycyjnych ludowych pieśni. One zupełnie inaczej brzmią, gdy się je zaśpiewa np. w domu, przy akompaniamencie fortepianu czy gitary. Kiedy nie słyszy się wszechobecnego buczenia piszczałek organowych i pobożnych pań w ławkach.