wtorek, 15 stycznia 2013

Odejście z kapłaństwa

Przyznam, że trochę głupio zaczynać wpisy w nowym roku z tak "grubej rury", ale może to i dobrze. W końcu to mój blog, więc nie powinienem się krępować by pisać o sprawach trudnych. Podejrzewam, że coraz więcej takich tematów będzie się tu pojawiało. Do napisania tego tekstu skłoniła mnie ostatecznie lektura artykułu znanego skądinąd redaktora portalu "Fronda.pl", pana Tomasza Terlikowskiego (ponieważ podpisał się skrótem redakcyjnym, musiałem trochę poszperać, aby potwierdzić jego autorstwo). Artykuł odnosi się do niedawnego medialnego newsa, jakim było odejście z kapłaństwa ojca Jacka Krzysztofowicza, dominikanina z Gdańska. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam w skrócie, że wspomniany zakonnik ogłosił swoje porzucenie stanu duchownego w formie nagrania dostępnego (teraz już chyba nie) na stronie internetowej zgromadzenia. W oświadczeniu tym wyjaśnił powody swojej decyzji. Brzmiało ono w skrócie tak:


W takiego Boga wierzę. Boga, który stoi po stronie życia i miłości, po stronie zwyczajnego ludzkiego życia i zwyczajnej ludzkiej miłości. Mam takie głębokie odczucie, że ja się wreszcie odważyłem na to żeby żyć i kochać, że nareszcie dojrzałem do miłości (...), do czegoś, czego się bardzo bałem, od czego uciekałem, przed czym chroniłem w habicie, stając za ołtarzem i nim się odgradzając się od świata i ludzi. Ja już tak więcej nie chcę, chcę inaczej. Decyzja jaką podjąłem dojrzewała we mnie od wielu lat. (...) Chciałem Wam powiedzieć, że naprawdę nie jest mi łatwo zostawić tyle ważnych dla mnie spraw i wartości, ludzi z którymi byłem i jestem związany (...) ale ja już tak nie chcę żyć. Nie chcę tak żyć, bo nie wierzę w sens życia, które przez ostatnie 25 lat prowadziłem. Postrzegam je jako odwrócenie się, ucieczkę od życia i bliskości. (...) Mam świadomość, że to co wybieram, na co się otwieram nie da się już pogodzić z byciem duchownym i dlatego muszę odejść - chcę odejść (...) 

Pan red. Terlikowski napisał natomiast artykuł pt. "Smutek, żal i niedojrzałość, czyli pseudoteologia w służbie niewierności", którego na pewno nie będę tu cytował, ale zamieszczam do niego link, aby było wiadomo, o czym mowa. Niestety trudno mi oprzeć się wrażeniu, że tekst ów jest dość ostrym osądzeniem ojca Krzysztofowicza. Osądzeniem tak niewskazanym (Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni - Mt 7,1), jak według mnie zwyczajnie niesłusznym. Ojciec Jacek był kapłanem przez dwadzieścia kilka lat, z których dużą część przepracował w gdańskiej parafii i uważam, że ludzie, którym posługiwał, mają jak najbardziej prawo poznać motywację decyzji swojego duszpasterza. Absolutnie nie zgadzam się z redaktorem Terlikowskim, że dominikanin "zrzuca habit i chwali się tym przed światem", czy też robi "show" ze swojego odejścia i tym samym "pogłębia zgorszenie, jakim jest odejście zakonnika i wprowadza zamęt w dusze i umysły wiernych". Takie stwierdzenia są dla mnie wyrazem umysłowej ciasnoty, pychy i faryzeizmu, bo to właśnie faryzeusze byli znani z wypominania innym ich grzechów, na krytykę wobec siebie natomiast zdobyć się nie umieli. Wypowiedź ojca Jacka nie nosi znamion "chwalenia się" czy choćby próby przekonywania do swoich poglądów ani tym bardziej zachęty do naśladowania jego postępowania. Jest w mojej ocenie podzieleniem się tym, do czego dojrzał, co zrozumiał i czym uzasadnia taką a nie inną decyzję. To po prostu bardzo kulturalne pożegnanie się z tymi, wśród których był i dla których pracował.
Sam miałem nieszczęście zająć w jednej parafii miejsce po księdzu, który odszedł z kapłaństwa. Jego odejście z parafii było dosłownie zniknięciem. Ani on sam, ani nikt inny nie powiedział ludziom słowa o tym, co się stało. Nieliczni wiedzieli, niektórzy się domyślali, ale bardzo wielu nie wiedziało nic, przychodzili, pytali się o niego i nie bardzo było wiadomo co mówić. Bo czy ów ksiądz sobie życzy, żeby parafianie o tym wiedzieli? Skoro sam nie zdobył się na odwagę, aby im powiedzieć, to czy ja mam prawo to czynić za niego?
Tutaj sprawa jest jasna. Ojciec Jacek sam mówi, w czym rzecz, i - co ważne - nikogo przy tym nie oskarża. Mówi tylko o sobie i swoich refleksjach. Czy zatem ma prawo go osądzać jakiś tam redaktor? Czy wie, co się dzieje w jego duszy? Przecież na pewno nie jest to dla tego człowieka decyzja łatwa. A jednak jakiegoś wyboru dokonać musiał, jeśli nie czuł się szczęśliwy w tym, co robił. Osądzać jest bardzo łatwo. Na szczęście pan Terlikowski zakończył artykuł konkluzją, "że za ojca Krzysztofowicza trzeba się modlić. Bardzo modlić. Tak jak i za wszystkich kapłanów". Tu się z nim zgadzam w zupełności. I tylko tu.