wtorek, 30 października 2012

Halołin, Bal Świętych czy Dzień Owoca?

Dziś siedzę sobie spokojnie na fotelu w salonie fryzjerskim, miła pani ciacha mnie profesjonalnie maszynką, a tu nagle za plecami słyszę oburzoną klientkę, która skarży się tymi oto słowy: "Mojemu dziecku w szkole odwołali bal na Halloween, bo ksiądz powiedział, że to naśmiewanie się ze zmarłych". Zdanie zapadło mi w pamięć tylko dlatego, że ucieszyłem się w tym momencie ze skuteczności listu mojego arcybiskupa, który był odczytany w kościołach w niedzielę. List moim zdaniem słuszny i potrzebny, aczkolwiek spóźniony co najmniej o kilka lat. Niestety, tak to już jest w tym naszym kochanym Kościele. Patrząc bowiem od strony przeciętnego katolika wygląda to zapewne jakoś tak: Kiedy pojawia się zjawisko moralnie wątpliwe lub wręcz szkodliwe dla wiary, biskupi nie wiedzieć czemu milczą, a po kilku latach, gdy ludzie zdążą się już do owego zjawiska przyzwyczaić i wpiszą je nawet w swój roczny kalendarz, słyszą w świątyni tyradę, że nie wolno. Trudno się dziwić, że są wtedy wkurzeni. Ale przynajmniej znają oficjalne stanowisko Kościoła.
Na tym zakończyłem rozważanie na temat problemów wspomnianej pani i jej dziecka, ale gdy wróciłem do domu przeczytałem na Facebooku o wiele bardziej intrygujące zdanie na temat Halloween autorstwa mojego przyjaciela-basisty, Pawła Rozmarynowskiego. Pozwolił cytować, więc cytuję:

O co chodzi z tym halołin? Bez sensu...  No bo że te dzieci, poprzebierane za nie wiadomo co, trochę niby straszą, niby nie, bo same nie wiedzą, ale cukierka czasem ktoś da, to chodzą, bo inni też chodzą. I w tv mówią, że to taki dzień, że się tak chodzi. Jest tego powód jakiś? Głupkowate to przecież. Czemu to nie są np. owoce, dzień owoca. Sam bym się wtedy za taką dynię przebrał.

W tej wypowiedzi we właściwy sobie sposób uchwycił moim zdaniem istotę zjawiska: otóż zdecydowana większość z tych, którzy się w to bawią, nie wiedzą w co się bawią i dlaczego to wszystko. Dzieciom pewnie chodzi o cukierka, przebieranie i "że będzie fajnie", i to chyba najprościej mi zrozumieć, ale starsza młodzież i dorośli? Po co? Podejrzewam, że w 99% przypadków argumentem jest to, że "każdy powód jest dobry, żeby się zabawić". I już nie zawracają sobie głowy myśleniem, w co się tak naprawdę bawią i co z tego wynika. A potem jeszcze zgłaszają pretensje, że "Kościół zabrania im się bawić". Chcę więc z całą mocą oznajmić: Kościół nie zabrania nikomu się bawić tej akurat nocy. Tylko czemu akurat halołin? Zróbcie sobie Bal Świętych, albo - co proponował kolega - Dzień Owoca, dajcie dzieciom cukierki, świeczki, dynie, arbuzy, co chcecie. Po co od razu wracać do pogaństwa? Po co przywoływać moce ciemności? Szkoda duchowa może być zbyt duża jak na jedną noc zabawy. Myślę, że jesteśmy w stanie bawić się w przemyślany sposób, a nie ściągać bezmyślnie amerykańskie trendy, nie interesując się źródłem ich pochodzenia i skutkami dla własnej duszy.

środa, 24 października 2012

Wynurzenia autora: Piosenka o wątpliwościach

Jesienią 2008 roku znalazłem się w nowej i dość trudnej dla siebie sytuacji. Nie będę jej opisywał szczegółowo, bo nie jest to zbyt istotne, a nie chcę przynudzać. Dość powiedzieć, że byłem świeżo po święceniach w stopniu diakona, a rzeczywistość, w której się znalazłem po wakacjach przebijała kilkukrotnie znane mi dotychczas poziomy absurdu. Zacząłem wtedy snuć długie rozmyślania nad swoim życiem, miejscem w świecie, nad decyzjami, które jako człowiek podejmuję i które wiążą się z takimi a nie innymi konsekwencjami, nad bałaganem, jaki wszędzie panuje, następnie nad Opatrznością, która nad tym całym bałaganem czuwa i co z tego wszystkiego wynika. Miałem wiele wątpliwości i jakoś ciężko mi było sobie z nimi poradzić. Uporządkować te przemyślenia pomogły mi dopiero rekolekcje w seminarium. Ojciec rekolekcjonista podejmowaną tematyką wstrzelił się idealnie w moje potrzeby (jest to niewątpliwie działanie Ducha Świętego) i już wiedziałem, gdzie należy szukać odpowiedzi. Tak powstała Piosenka o wątpliwościach będąca praktycznie skrótowym zapisem moich przemyśleń z jesieni 2008 roku i jednocześnie owocem rekolekcji. Dziś, po kilku latach, wciąż pozostaje utworem, z którym się najbardziej utożsamiam jako autor. Może dlatego, że wciąż miewam wątpliwości (któż ich nie ma?) i wciąż zapominam, gdzie należy szukać na nie odpowiedzi...

P.S. Żeby było wiadomo, o czym mowa, Piosenki o wątpliwościach w autorskiej wersji studyjnej można posłuchać tutaj.

środa, 17 października 2012

Różaniec - modlitwa trudna

Minęła połowa października (jak szybko!), co bezsprzecznie przypomina, że nie napisałem jeszcze nic o różańcu. Zresztą długo zastanawiałem się czy o tym pisać, ponieważ o wiele lepiej wypadłby tekst o różańcu spod pióra kogoś, kto tę modlitwę ukochał i codziennie praktykuje. Pamiętam kilka wypowiedzi bł. Jana Pawła II, m. in. tę oto:

Różaniec, to moja ulubiona modlitwa! Taka wspaniała modlitwa! Wspaniała w jej prostocie i jej głębi. W tej modlitwie powtarzamy po wielokroć słowa, które Dziewica Maryja usłyszała od Archanioła i od swej kuzynki, Elżbiety. Na tle słów: "Zdrowaś Maryjo" dusza uzmysławia sobie zasadnicze wydarzenia (Tajemnice) z życia Jezusa Chrystusa… Modlitwa tak prosta i tak bogata. Z głębi mojego serca zachęcam wszystkich do jej odmawiania.

Ja natomiast zawsze twierdziłem, że różaniec to "wyższa szkoła jazdy". Chodzi oczywiście o poziom trudności. Wielka wartość tej modlitwy polega na medytacji tajemnic Nowego Testamentu, a żeby przeprowadzić taką medytację potrzebny jest (przynajmniej dla mnie) specyficzny czas i miejsce. Ponieważ jednak (niestety) większość katolików spotyka się z różańcem po raz pierwszy w kościele, gdzie kilkanaście czy kilkadziesiąt osób odmawia go bardzo sztywno i niestarannie, później tak właśnie tę modlitwę kojarzy - jako "klepanie zdrowasiek" - i niechętnie do niej wraca. Myślę tu zwłaszcza o młodzieży, którą do różańca ciężko przekonać (i wcale się nie dziwię). Powiem szczerze: nigdy, ale to nigdy, nie przeżyłem tej modlitwy głęboko podczas wspólnotowego odmawiania. I nawet nie wiem, czy to jest możliwe. Nie chcę tu oczywiście być niczyim sędzią, bo nigdy nie poznam co dzieje się w sercach ludzi, ale mnie osobiście różaniec w modlitwie wspólnotowej nie odpowiada. Ilekroć chcę go odmówić z potrzeby serca, absolutnie nie szukam do tego towarzystwa, ponieważ ono zawsze wytrąca mnie z medytacji tajemnic. Szukam raczej ustronnego miejsca (najczęściej podczas spaceru) i naturalnej ciszy, aby móc maksymalnie zagłębić się w tę modlitwę. Różaniec wymaga bowiem od naszego mózgu dwóch czynności jednocześnie: dziesięciokrotnego odmawiania "Zdrowaś Maryjo" i w tym samym czasie rozważania jednej z tajemnic. Dla mnie było to zawsze trudne (a już specjalistom pozostawiam kwestię, czy w różaniec zaangażowana jest jedna półkula mózgowa czy obie). Nie zgadzam się więc z powyższym twierdzeniem błogosławionego Papieża, że ta modlitwa jest "tak prosta". Dla mnie nigdy taka nie była - przy czym podkreślam, że jest to odczucie subiektywne. Natomiast stuprocentowo potwierdzam, że jest to modlitwa bogata i na pewno warto ją odmawiać. 
Jeżeli dla kogoś, podobnie jak dla mnie, różaniec jest trudny, mogę tylko (na podstawie własnego doświadczenia) zachęcić do szukania swojej "przestrzeni" dla tej modlitwy - swojego miejsca, czasu i sposobu. Warto przy tej okazji przytoczyć tzw. metodę dominikańską, która może być pewną zachętą do prawdziwego wgłębiania się w tę modlitwę. Dokładny opis tej metody można znaleźć np. tutaj

wtorek, 9 października 2012

Podróże

Kocham podróżować. Nie wiem skąd to się bierze, ale zaobserwowałem tę pasję u siebie będąc jeszcze dzieckiem. Oczywiście podróżowałem wtedy niewiele, ponieważ moi rodzice byli uwiązani pracą, a ustrój polityczny i stan majątkowy nie pozwalał na jakieś dalekie eskapady. Podróżowanie moje w wieku dziecinnym ograniczało się więc do wyjazdu na rodzinne Mazowsze dwa razy do roku (sporadycznie w jakieś inne miejsce, w którym mieszkała moja rodzina), niemniej jednak zawsze to uwielbiałem i czekałem niecierpliwie na moment, kiedy wezmę torbę lub plecak i wyruszę na dworzec. Fascynowały mnie wszelkie środki transportu z pociągami na czele, ponieważ to właśnie koleją podróżowałem najczęściej (jak większość ludzi w tamtych czasach). Po wielu latach zdałem sobie sprawę, że chyba bardziej liczyła się dla mnie sama podróż niż miejsce docelowe. W pamięci zachowały się fragmenty z kilku kolejowych podróży, które odbyłem mając zaledwie cztery czy pięć lat - to chyba dowodzi, że każda podróż zawsze była dla mnie Wielką Przygodą. Pamiętam bezbłędnie nawet zapachy dymów parowozowych i smoły na kolejowych podkładach - tego nie da się pomylić z niczym innym. Pamiętam piec kaflowy w poczekalni na stacji Kutno, którego przyjemne ciepło rekompensowało zimową porą trud oczekiwania na pociąg zwiększający stopniowo opóźnienie do 200, 240 i wreszcie 300 minut. To wspomnienia, których nie zamieniłbym na żadne inne.
Mogę powiedzieć, że mimo upływu wielu lat i mimo wielu zmian w sposobie podróżowania, coś z tamtych przeżyć pozostaje aktualne. Może niekoniecznie każda podróż jest dziś dla mnie Wielką Przygodą, ale podróżować uwielbiam i z podobną co w dzieciństwie niecierpliwością czekam na kolejną wyprawę gdziekolwiek. Co prawda dziś podróżuję inaczej, najczęściej samochodem, rzadziej pociągiem (niestety komunikacją publiczną nie da się już teraz w wiele miejsc dotrzeć), zdarza się, że samolotem czy też rowerem. Lubię wynajdywać nowe trasy i inne sposoby pokonywania drogi do tego samego celu. To chyba jakiś drzemiący we mnie homo viator każe mi wciąż na nowo przeżywać radość z podróży. Stąd się też pewnie biorą pomysły w stylu "z Rotterdamu do Londynu na rowerze". Kiedy mam gdzieś jechać, zastanawiam się jak tę drogę pokonać w sposób niestandardowy, inny niż dotychczas, mniej (albo bardziej!) męczący czy też po prostu oryginalny. Czasem takie rozwiązania podsuwają też okoliczności, które każą być gdzieś tam o-tej-i-o-tej godzinie, a potem zaraz kilkaset kilometrów dalej, więc człowiek jest zmuszony wybrać taki sposób podróży i taką trasę, żeby to wszystko jakoś pogodzić.
Dziś więc jestem na Mazowszu. Przybyłem tu o piątej rano, ponieważ jechałem prosto z próby w Drawnie. Wracać do domu na noc się nie opłacało, bliżej również nie bardzo miałem gdzie się zatrzymać, więc postanowiłem jechać nocą. Nocne podróżowanie autem bardzo lubię, choć praktykuję je raczej w przypadkach koniecznych, gdyż nie jest zbyt bezpieczne - zawsze jest obawa, że zmęczenie organizmu wygra ze skupieniem i wolą przetrwania. Komfort takiej podróży jest jednak moim zdaniem o wiele lepszy niż za dnia: puste drogi, bezstresowe wyprzedzanie, stała prędkość oraz możliwość spokojnego i szybkiego przejazdu przez duże miasta, takie jak Bydgoszcz i Toruń. Oczywiście muszę zaznaczyć, że komfort jest lepszy niż za dnia pod warunkiem dobrej pogody. W czasie deszczu lub mgły czar pryska - widoczność spada dramatycznie i wzrok się o wiele szybciej męczy. Tej nocy jednak pogoda mnie nie zawiodła i podróż zaliczam do bardzo komfortowych. Pora na kolejną Wielką Przygodę:)