niedziela, 26 sierpnia 2012

Po urlopie

Zdecydowana większość z Państwa przyzna mi zapewne rację w stwierdzeniu, iż po urlopie ciężko się wraca do pracy. Zwłaszcza po dobrym urlopie. Gdyby był beznadziejny lub chociaż przeciętny, człowiek jedynie odczuwałby żal z powodu zmarnowanego czasu wypoczynku, ale do codzienności wróciłby może nawet z pewną ulgą. Jednak gdy z wypoczynkiem trafiło się w sedno, coś ciekawego się przeżyło, zwiedziło, spotkało wspaniałych ludzi, nie jest już tak prosto powrócić do tzw. szarej rzeczywistości.
Z urlopu jestem zadowolony jak nigdy. Najpierw krótki pobyt na moim Mazowszu (połączony z zastępstwem za tamtejszego proboszcza), potem kolonie z dziećmi i młodzieżą w górach (czy raczej pagórkach, ale atmosfera fantastyczna) i wreszcie gwóźdź programu: samotna wyprawa rowerowa Rotterdam-Londyn, którą zapewne w najbliższym czasie opiszę na blogu rowerowym. Wszystkie zaplanowane akcje się udały, pogoda dopisała, doświadczyłem bardzo ciekawych przeżyć, spotkań, radości - słowem: naprawdę wypocząłem. Ale każdy urlop ma swój koniec i trzeba powrócić. Wszakże w tym przypadku słowo "powrócić" niezbyt trafnie oddaje rzeczywistość, ponieważ wracałem na zupełnie nowe miejsce, w zupełnie nową rzeczywistość i towarzyszyła mi w związku z tym mieszanina różnych uczuć, która skutecznie zakłócała dobre samopoczucie, niczym niestrawności.
Pojawiłem się w nowej parafii zgodnie z wcześniej ustalonym z proboszczem terminem. Niestety, pierwsza wiadomość, jaka na mnie czekała, nie nastrajała optymistycznie. Okazało się, że ksiądz, którego zmieniam, jeszcze się nie wyprowadził. Muszę poczekać, aż wyniesie swoje klamoty, potem wkroczą malarze i dopiero  będę się mógł instalować w moim mieszkaniu. Problem leży w tym, że nie potrafię się odnaleźć w nowym miejscu, dopóki się nie zadomowię, czyli nie ustawię mebli po swojemu, nie rozłożę dywanów i nie rozpakuję swoich rzeczy aż do ostatniej szpilki. Pod tym względem więc początek jest trudny. Ale są też wrażenia pozytywne, np. wczorajsza akcja z witaniem pielgrzymów przybyłych z różnych stron (w końcu to sanktuarium), czy dzisiejszy objazd kościołów filialnych i celebrowanie Mszy św. odpustowej w sąsiedniej parafii. Jestem nieco zmęczony intensywnością tego początku mojego duszpasterzowania, ale z drugiej strony widzę, jak wiele radości doświadczam z bycia w tym miejscu, mimo że czeka mnie na pewno wiele pracy. Myślę, że będzie to owocny czas. I niech się tak stanie.

1 komentarz: