piątek, 31 sierpnia 2012

Z Holandii do Anglii na rowerze. Prolog

Był to czternasty dzień sierpnia. W Szczecinie co prawda słońce, ale ciepło umiarkowane. Bez szału. Pożegnałem się z rodzicami i prawie idealnie w południe wsiadłem do samochodu unoszącego na dachu majestatyczną sylwetkę roweru. Uniosłem wzrok. "Już jutro będziemy jednym organizmem" - pomyślałem z uśmiechem przekręcając kluczyk w stacyjce. Jeszcze tylko tankowanie do pełna na pobliskiej stacji paliw i jazda na zachód. Natychmiast po zjeździe na "berlinkę" rozpocząłem modlitwę. Anioł Pański, Pod Twoją obronę i wezwania świętych: Krzysztofa i Michała popłynęły wartkim nurtem. Przekroczywszy polsko-niemiecką granicę włączyłem Stinga i zająłem myśli analizą wziętego bagażu. I tak pewnie już bym nie zawrócił, ale zawsze warto upewnić się, że mam wszystko, co potrzebne do tygodniowej wyprawy rowerowej. Tym bardziej, że pakowanie odbywało się "na szybkiego", ponieważ poprzedniego dnia wieczorem dopiero co powróciłem z kolonii. Przygody w podróży (zepsucia i opóźnienia pociągów) spowodowały, że nie dość, iż wylądowałem u rodziców cztery godziny później niż zamierzałem, to jeszcze w stanie dość dużego zmęczenia. Pakowanie, zakupy i inne sprawy przełożyłem więc na poranek tuż przed wyjazdem. Dobrze, że udało się wyruszyć koło południa.
Jechałem dość żwawo w kierunku Berlina, mając wyraźny zamiar dotarcia do Holandii przed zmierzchem. Zadanie to ułatwiał fakt, iż słońce tam zachodzi później niż w Polsce. Z drugiej strony z rowerem na dachu za bardzo się nie popędzi. "Ale na niemieckich autostradach nie powinno być jakichkolwiek problemów, które mogłyby mnie opóźnić" - pomyślałem. Jak bardzo się myliłem, przekonałem się już przed Berlinem. Zjeżdżając na tzw. ring utkwiłem w kilkusetmetrowym korku spowodowanym poważnym remontem węzła drogowego w tym miejscu. To opóźniło mnie o mniej-więcej dwadzieścia minut. Uwolniwszy się ze sznura pojazdów odetchnąłem z ulgą i rozpocząłem wyścig z czasem chcąc nadrobić opóźnienie. Ku mojemu zaskoczeniu niemiecka autostrada A2 - mimo swoich trzech pasów w jednym kierunku - była dość zatłoczona. Musiałem prowadzić auto z dużym skupieniem, żeby utrzymać tempo a jednocześnie nie tarasować innym drogi. Sytuację pogarszały tu i ówdzie prowadzone remonty - zwężenia i ograniczenia prędkości nawet do 60 km/h, co na autostradzie jest praktycznie staniem w miejscu. Wielkie tablice z napisami: Wir bauen für Sie. Vielen Dank für Ihr Verständnis nie były w stanie poprawić samopoczucia.
Na wysokości Hannoveru zacząłem myśleć o odpoczynku (to już około czterech godzin jazdy), a tu niespodzianka: kolejny korek. Wyglądało to na tyle poważnie, że z żalem wyłączyłem Stinga, który od samego początku umilał mi podróż, i nastawiłem radio na pierwszą z brzegu niemiecką stację, aby posłuchać wiadomości. Niewiele z tego zrozumiałem, ale informacja o korku była. W dodatku niezbyt optymistyczna. Wynikało z tego (na ile mogłem uchwycić), że korek ciągnie się co najmniej kilka kilometrów. Wystarczyła jedynie chwila analizy, żeby zdecydować się na zjazd z autostrady i próbę ominięcia tych kilkuset pojazdów. Było to trudniejsze niż stanie w korku (co chwila światła, kontrolowanie trasy, ograniczenia, skrzyżowania), ale przynajmniej posuwałem się naprzód. W pewnym momencie prowadzące mnie urządzenie GPS zawiesiło się i chyba zgłupiało, nie mogąc się odnaleźć. Postanowiłem więc jechać "na słońce", jednocześnie podejmując próby resetowania systemu i ponownego wprowadzenia danych trasy. Po kilku minutach te zabiegi się udały i kontynuowałem krążenie po wiejsko-miejskich drogach Niemiec, aby dotrzeć na tę samą autostradę, z której zjechałem, ale (na szczęście!) już za korkiem. Jednak cała ta operacja spowodowała, że na dotarcie do Rotterdamu przed zmierzchem już straciłem szanse. Właściwie to zaczynało zmierzchać, gdy przekroczyłem granicę Holandii. A tu przecież jeszcze ponad 130 kilometrów. Blisko Apeldoorn zrobiłem w końcu przerwę na jedzenie, rozprostowanie kości i tankowanie, po czym już bez przeszkód (i wreszcie bez remontów!) dotarłem do Rotterdamu. Po dwudziestej pierwszej wpadłem do hotelu w dzielnicy Delfshaven, gdzie bez przeszkód dostałem pokój. Temperatura na zewnątrz mimo późnej pory dochodziła do 28 stopni, więc nabrałem ochoty na wieczorny (a właściwie już nocny) spacer po mieście. Tak jak przypuszczałem, to miasto w nocy jest piękne. Może nie jakieś olśniewające, ale piękne. I tętni życiem. Co rusz mijałem rowerzystów, knajpki zapełnione do ostatniego stolika, spacerujące nabrzeżem pary i siedzące na trawie grupki młodzieży w Het Park. Poczułem ogromną radość, że tu jestem. Potęgowała się ona dodatkowo myślą o jutrzejszym początku wyprawy. Zatoczywszy dość spore koło postanowiłem wracać do hotelu, aby spróbować się wyspać przed kolejnym (zapewne solidnie męczącym) dniem - pierwszym dniem rowerowej wyprawy do Anglii.






niedziela, 26 sierpnia 2012

Po urlopie

Zdecydowana większość z Państwa przyzna mi zapewne rację w stwierdzeniu, iż po urlopie ciężko się wraca do pracy. Zwłaszcza po dobrym urlopie. Gdyby był beznadziejny lub chociaż przeciętny, człowiek jedynie odczuwałby żal z powodu zmarnowanego czasu wypoczynku, ale do codzienności wróciłby może nawet z pewną ulgą. Jednak gdy z wypoczynkiem trafiło się w sedno, coś ciekawego się przeżyło, zwiedziło, spotkało wspaniałych ludzi, nie jest już tak prosto powrócić do tzw. szarej rzeczywistości.
Z urlopu jestem zadowolony jak nigdy. Najpierw krótki pobyt na moim Mazowszu (połączony z zastępstwem za tamtejszego proboszcza), potem kolonie z dziećmi i młodzieżą w górach (czy raczej pagórkach, ale atmosfera fantastyczna) i wreszcie gwóźdź programu: samotna wyprawa rowerowa Rotterdam-Londyn, którą zapewne w najbliższym czasie opiszę na blogu rowerowym. Wszystkie zaplanowane akcje się udały, pogoda dopisała, doświadczyłem bardzo ciekawych przeżyć, spotkań, radości - słowem: naprawdę wypocząłem. Ale każdy urlop ma swój koniec i trzeba powrócić. Wszakże w tym przypadku słowo "powrócić" niezbyt trafnie oddaje rzeczywistość, ponieważ wracałem na zupełnie nowe miejsce, w zupełnie nową rzeczywistość i towarzyszyła mi w związku z tym mieszanina różnych uczuć, która skutecznie zakłócała dobre samopoczucie, niczym niestrawności.
Pojawiłem się w nowej parafii zgodnie z wcześniej ustalonym z proboszczem terminem. Niestety, pierwsza wiadomość, jaka na mnie czekała, nie nastrajała optymistycznie. Okazało się, że ksiądz, którego zmieniam, jeszcze się nie wyprowadził. Muszę poczekać, aż wyniesie swoje klamoty, potem wkroczą malarze i dopiero  będę się mógł instalować w moim mieszkaniu. Problem leży w tym, że nie potrafię się odnaleźć w nowym miejscu, dopóki się nie zadomowię, czyli nie ustawię mebli po swojemu, nie rozłożę dywanów i nie rozpakuję swoich rzeczy aż do ostatniej szpilki. Pod tym względem więc początek jest trudny. Ale są też wrażenia pozytywne, np. wczorajsza akcja z witaniem pielgrzymów przybyłych z różnych stron (w końcu to sanktuarium), czy dzisiejszy objazd kościołów filialnych i celebrowanie Mszy św. odpustowej w sąsiedniej parafii. Jestem nieco zmęczony intensywnością tego początku mojego duszpasterzowania, ale z drugiej strony widzę, jak wiele radości doświadczam z bycia w tym miejscu, mimo że czeka mnie na pewno wiele pracy. Myślę, że będzie to owocny czas. I niech się tak stanie.

sobota, 4 sierpnia 2012

Chamstwo

Właściwie dziwię się, że wcześniej nie podjąłem tego tematu. Być może jest zbyt oczywisty - zawsze najciemniej pod latarnią. Ale różne wydarzenia w moim życiu powodują na szczęście (?), że niektóre tematy się ponownie odkrywa, przeżywa i wreszcie pozostawia pewien ślad w formie pisanej.
Chamstwo - jak definiuje Słownik Języka Polskiego - to "ogół cech właściwych chamowi; zachowanie charakterystyczne dla chama; ordynarność, grubiaństwo, nieokrzesanie". Chamem nazywa się człowieka ordynarnego, czyli wulgarnego i prostackiego. Trudno się oprzeć wrażeniu, że takich ludzi jest coraz więcej. A może inaczej: są coraz bardziej widoczni. Mógłbym godzinami opisywać różne autentyczne wydarzenia, których bohaterowie wykazywali się daleko idącym brakiem kultury, nie traktując wszakże swojego zachowania wstydliwie, ale jeszcze się nim szczycąc. Okazuje się bowiem, że dziś chamstwo jest w modzie. Przybiera ono co prawda różne formy, ale dla człowieka, który posiada odrobinę kultury i obycia, jest do wychwycenia natychmiast. Przede wszystkim objawia się w braku szacunku dla drugiego człowieka - obojętnie kim by nie był. Brak szacunku dzieci wobec rodziców, brak szacunku do starszych w ogóle (bo "co on mi może"?), brak szacunku dla osób publicznych, brak szacunku dla bliskich. Najważniejsze jest własne JA.
Kiedy byłem katechetą w gimnazjum, z chamstwem miałem do czynienia na co dzień. I nie chodzi tylko o brak szacunku i lekceważenie, ale o czasem znacznie gorsze rzeczy, których nie będę opisywał, bo promocji debilizmu w mediach jest wystarczająco dużo. W każdym razie przyznam się, iż będąc w codziennym kontakcie z chamstwem, nie przywiązywałem do tego zjawiska szczególnej wagi. Zauważałem je, owszem, zastanawiałem się co z nim zrobić, reagowałem, dyskutowałem itd., ale po powrocie do domu te sprawy najczęściej pozostawały poza mną, mimo tego, że przecież czasem dotykały mnie osobiście. Był odpowiedni dystans do chamstwa i raczej się z tego cieszę. Zresztą podobnie jest w przypadku chamstwa spotykanego przygodnie na ulicy, w sklepie i w wielu innych miejscach. Mimo tego, że razi, to jednak nie pozostaje na dłużej w pamięci i nie zakłóca równowagi emocjonalnej.
Gorzej jest - i myślę, że Państwo się z tym zgodzicie - w przypadku chamstwa doświadczanego od osoby bliskiej lub od takiej, którą do tej pory odbieraliśmy jako przynajmniej w miarę kulturalną. Wtedy chamstwo nie tylko razi, ale staje się bolesne, czasem nawet bardzo. Bo na chamstwo lekarstwa nie ma. Cham (nawet będąc osobą bliską) najczęściej pozostaje głuchy na uwagi i prośby. Właściwie główną charakterystyczną cechą chamów, jest to, że nie potrafią powiedzieć: "Przepraszam". Są do tego stopnia przekonani o słuszności swojego prostackiego postępowania, że to słowo nie przechodzi im przez gardło. Rana zadana w ten sposób od osoby bliskiej (małżonka, przyjaciela, kogoś na kim nam zależy) jest podwójnie bolesna. Przypominają mi się słowa Psalmu 55:

Gdybyż to lżył mnie nieprzyjaciel, 
z pewnością bym to znosił; 
gdybyż przeciw mnie powstawał ten, który mnie nienawidzi, 
ukryłbym się przed nim. 
Lecz jesteś nim ty, równy ze mną, 
przyjaciel, mój zaufany, 
z którym żyłem w słodkiej zażyłości (Ps 55,13-15a)

Tak, możemy przyzwyczaić się do chamstwa w świecie, możemy nabrać do niego dystansu, ale chamstwo doświadczane ze strony kogoś, kto nie jest nam obojętny, boli mocno i boleć będzie. Trudno mi powiedzieć, czy chamstwo można powiązać ze zwyczajnym brakiem wrażliwości, czy też należy doszukiwać się głębszych przyczyn. Ale wydaje mi się ważne, żeby nie być na chamstwo obojętnym. Nie zawsze musimy reagować wprost (nie zawsze jest też to wskazane), ale trzeba je dostrzegać i piętnować, żeby stworzyć przeciwwagę dla promowanych dziś wzorców postępowania, które chcą wmówić, że chamski żart to dobry żart, że im człowiek bardziej wulgarny, tym bardziej szanowany i lubiany, że kultura osobista to przeżytek. Pozwolę sobie zacytować mistrza Kobuszewskiego z kultowego skeczu kabaretu Dudek: "Chamstwu w życiu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom".

czwartek, 2 sierpnia 2012

Rocznica Powstania i koncert Madonny

Dużo było szumu na ten temat. A kiedy jest dużo szumu, wtedy zazwyczaj na dany temat się nie wypowiadam, żeby tego szumu nie zwiększać. Ponieważ jednak zostałem poproszony o komentarz, wpis ten publikuję celowo post factum. 
Pierwszy dzień sierpnia jest i powinien być ważną datą dla Polaków. Bez względu na ocenę historyczną (pytania w rodzaju: czy Powstanie Warszawskie było potrzebne? Czy coś by to zmieniło gdyby go nie było? Czy się opłacało? itd.). Fakt pozostaje faktem - Powstanie się wydarzyło i było pięknym ucieleśnieniem tego, z czego Polacy zawsze mogą być dumni: niezłomnej walki o wolność. Bo o wolność tu chodziło. Ten sam cel przyświecał wszystkim wcześniejszym powstaniom, ten sam cel przyświecał i później, w latach  komunizmu, wszystkim podejmowanym strajkom i zawiązaniu Solidarności. Nie jesteśmy narodem, który daje się zakuć w kajdany. I w każdym przypadku braku wolności, zawsze będziemy szukać sposobów na jej odzyskanie. Tak powinno być.
Jak się do tego wszystkiego ma koncert Madonny, który odbył się wczoraj w Warszawie? Moim zdaniem nijak. Niech sobie będzie. W końcu Powstańcy walczyli o wolność, a więc również - mam nadzieję - o taką sytuację, gdy każdy artysta może sobie wystąpić gdzie chce i kiedy chce, i nikt mu tego nie ma prawa zabronić "bo nie pasuje do jakiejś idei". Jeśli są ludzie, którzy na to czekają i którzy kupią cholernie drogie bilety, żeby tej pani posłuchać, to nie ma powodu, żeby zabraniać jej występów. A że niefortunna data? Owszem, tu się po części zgodzę, tym bardziej, że termin jej koncertu już drugi raz dziwnie zbiega się z ważną uroczystością (tym razem państwową, wcześniej kościelną). Wydaje mi się, że organizatorom zależało na rozgłosie, stąd taka data. Nic dziwnego - każdy chce zarobić. W tym przypadku kampania reklamowa odbyła się we wszystkich mediach praktycznie za darmo, więc dzięki "dziwnemu zbiegowi okoliczności" z datą koncertu, oszczędności były pewnie ogromne. Innym argumentem podnoszonym przez krytyków (a może raczej zaciekłych przeciwników) koncertu, było to, że wspomniana gwiazda wyśmiewa symbole religijne i wiarę katolicką. Na ten temat się nie wypowiadam - nie oglądałem jej show, nie słuchałem tekstów, widziałem tylko jedno kontrowersyjne zdjęcie, ale ono jakoś mnie nie uraziło. Kościół katolicki - z tego co mi wiadomo - nie zajął oficjalnego stanowiska ani w sprawie koncertu, ani w sprawie samej Madonny. A to znaczy, że kwestia decyzji o ewentualnym uczestnictwie w tym wydarzeniu, należy do sumienia poszczególnego człowieka. Dla mnie ten fakt zamyka dyskusję na temat "czy należy zakazać/odwołać/zbojkotować koncert". Nie należy i nawet nie można. To jest impreza całkowicie komercyjna, a więc dostępna dla tych, którzy specjalnie za to płacą. Można by było mieć wątpliwości w przypadku, gdyby koncert był organizowany z pieniędzy publicznych lub gdyby w telewizji publicznej go transmitowano. W tym przypadku jednak tak nie było, więc nie ma o czym rozmawiać. 
Był jednak głośny sprzeciw ludzi, którym pani Madonna się nie podoba. I też mają do tego prawo. Sam nie przepadam za wspomnianą gwiazdą, nie znam jej twórczości (oprócz tej, którą puszczają non stop rozgłośnie radiowe), nie interesuje mnie jej życie prywatne, ale nie przeszkadza mi, że znalazły się tysiące ludzi, którzy chcą posłuchać jej występu, i tym bardziej nie przeszkadza mi, że w ogóle koncertowała w naszym kraju. W Kościele istniał niegdyś tzw. indeks ksiąg zakazanych, który współcześnie zachował swoją wartość jedynie jako ostrzeżenie przed treściami szkodzącymi wierze. Kościół ma zatem prawo ostrzegać, że to czy tamto może szkodzić, ale wybór należy do konkretnego człowieka. I na tym polega wolność. O to walczyli nasi przodkowie, o to będę walczył i ja.

PS. Zawsze pozostają niedomówienia, więc żeby nie było niejasności: W sprawach fundamentalnych (np. obrona życia ludzkiego) Kościół wypowiada się twardo i zdecydowanie, i ma do tego prawo, a nawet  święty obowiązek powiedzieć non possumus! Jednak koncert jakiejś tam gwiazdy nie jest kwestią być albo nie być, wierzyć lub nie wierzyć. I słusznie.