czwartek, 19 lipca 2012

Spóźnienia

Nienawidzę się spóźniać. Czasem się to niestety zdarza, choć (tu się muszę pochwalić) najczęściej są to powody niezależne ode mnie. Jednak nawet mimo tego, że czuję się usprawiedliwiony, denerwuję się bardzo. Dlaczego? Bo wczuwam się w sytuację tego kogoś, kto na mnie czeka. Oczywiście dzisiejsza technologia pozwala na poinformowanie o ewentualnym spóźnieniu, ale też zdarzają się sytuacje, kiedy przekazanie takiej informacji jest niemożliwe (np. telefon się rozładował albo nie znam numeru do tej osoby itp.). Wtedy jest to frustrujące w dwójnasób. Nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla tego, kto na mnie czeka.
Nienawidzę na kogoś czekać. Skoro umówiliśmy się - dajmy na to - na dziewiętnastą, to niech to będzie dziewiętnasta, no ewentualnie dziewiętnasta piętnaście (stara zasada kwadransa studenckiego, który notabene jest wybaczalny dla profesora, nigdy dla studenta). Kiedy ktoś się spóźnia, powstaje dość poważny problem z wykorzystaniem czasu, tak przecież cennego we współczesnym świecie. Pół biedy, jeśli umówiliśmy się w moim mieszkaniu - mogę zawsze zająć się czymś, co miałem zrobić później (tylko wkurza mnie to, że jak już się tym zajmę, wtedy ten spóźnialski właśnie przychodzi). A co zrobić, kiedy spotkanie ma miejsce gdzieś w mieście, w parku, w kawiarni? Spacerować? Rozmyślać o dupie Maryni? Oglądać wystawę sklepu, w którym i tak nigdy nic nie kupię? Jeżeli atmosfera wokół jest spokojna, to się modlę - nie dość, że czas jest dobrze wykorzystany, to jeszcze modlitwa ma to do siebie, że uspokaja. Niestety ten sposób odpada w galeriach handlowych, restauracjach, pubach itp. Wtedy pozostaje zająć czymś umysł, żeby nie koncentrować się na upływie czasu, a tym bardziej na własnym ciśnieniu krwi.
Uważam, że spóźnianie się jest pewną formą wyrażenia braku szacunku dla drugiego człowieka. Dokładniej: dla jego czasu i dla jego zdrowia. Kiedy ktoś się spóźnia pół godziny i do tego nie daje znaku życia (mimo że mógłby), to przekaz jest mniej więcej taki: "spotykam się z tobą z jakiegoś tam powodu, ale tak naprawdę mam cię w dupie". 
Są oczywiście wyjątki. Do takich kwalifikuję osoby, które dobrze znam i wiem, że "spóźnię się" to ich drugie imię. Kiedy umawiamy się na dziesiątą, w domyśle jest to dziesiąta trzydzieści i nie ma szans, żeby było wcześniej. I wtedy nie ma mowy o żadnym zdenerwowaniu czy braku wzajemnego szacunku. To raczej coś w rodzaju innej strefy czasowej. Czasem tylko się zastanawiam, jak owi ludzie radzą sobie w kontaktach przygodnych (bo nie wierzę, że się nie spóźniają). Ale to ich problem, nie mój.
Wydaje mi się, że skoro już musimy funkcjonować w czasie, to jakoś się trzeba w tym czasie odnaleźć. Mówi się co prawda, że szczęśliwi czasu nie liczą, ale to chyba nie w sensie spóźnień.

PS. Pisałem ten tekst prawie pół godziny, a ten głąb jeszcze nie przyszedł...

3 komentarze:

  1. Hihihi..Dobre kuzynie..dobre..Muszę Ci w tajemnicy napisać,że wujek Toni jest przykładem nieuleczalnego spóźnialskiego i choć jest wykształconym człowiekiem to w tej materii jest uparty jak stado osłów..Aha..Widziałam Cię dzisiaj na Lubomirskiego a właściwie na zapleczu Wyzwolenia tuż koło naszego mieszkania ale przegnałeś jak wicher i tyle Cię złapałam..:)Iza

    OdpowiedzUsuń
  2. Mimo wszystko słowo dupa spod pióra księdza drażni mnie. Chyba się starzeję.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja zawsze staram się być przed czasem, a potem się denerwuję czy godzin nie pomyliłam...

    OdpowiedzUsuń