środa, 27 czerwca 2012

Wizyta w Pradze i koncert Stinga

Nie jest tajemnicą, że jestem zagorzałym fanem Stinga i jego twórczości. Niestety, za każdym razem, kiedy gra koncerty w Polsce, coś staje na przeszkodzie, żebym mógł się tam pojawić i posłuchać mojego idola na żywo. Podczas trasy z orkiestrą, kiedy miał zaśpiewać na otwarciu stadionu w Poznaniu, bilety rozeszły się zanim zdążyłem zareagować. Powziąłem wtedy postanowienie, że koniecznie pojawię się na koncercie w Berlinie - obowiązki mi nie pozwoliły. Dość wyraźnym pocieszeniem był fakt, iż koncert ów został nagrany i wydany na płycie DVD, którą kupiłem w dniu premiery i dość często oglądam. Po przygodzie z orkiestrą Sting powrócił do gitary basowej i rozpoczął trasę Back To Bass, podczas której znów zawitał do Polski - w lutym tego roku zagrał dwa koncerty w Warszawie. Znów nie mogłem być. W marcu był w Berlinie - nie mogłem być. Wtedy pomyślałem sobie: "Dosyć! Następnym razem, kiedy będzie w pobliżu, muszę pojechać i koniec!" Z wielką radością przyjąłem zatem doniesienia medialne, że w czerwcu Sting znów objedzie Europę. Tym razem jednak Polska nie była ujęta w trasie, pewnie ze względu na Euro. Zobaczyłem, że najbliżej mam do Pragi, do tego termin koncertu wypadał w poniedziałek, a więc w mój dzień wolny, co oznaczało, że tym razem przeszkód raczej nie będzie. I udało się.

W Pradze nigdy dotąd nie byłem, więc sama podróż niosła ze sobą duże znamiona ekscytacji. Przygotowałem się do niej solidnie, wiedząc, że na zwiedzanie będę miał zaledwie kilka godzin - sugerowało to raczej spacer po mieście niż zwiedzanie, ale dobre i to. Samochód zostawiłem na przedmieściach, tuż obok Areny O2, gdzie miał się odbyć koncert. Wsiadłem do metra i w kwadrans byłem na starówce. Muszę przyznać, że Praga olśniła mnie od razu. Ciasne uliczki Starego Miasta, piękne zabytkowe kamienice, stwarzają tak przyjazny klimat, że nie chce się tego miejsca opuszczać. Mimo braku mapy, przy pomocy jakiegoś folderu zwiniętego z informacji turystycznej trafiłem jakoś  do knajpy Havelska Koruna, którą polecali w Internecie jako taką, w której można smacznie zjeść lokalne jadło i (obowiązkowo!) napić się dobrego czeskiego piwa.  Zamówiłem na chybił-trafił potrawę morawski vrabec i nie zawiodłem się. Po obfitym obiedzie pora na spacer po mieście. Najpierw zatem most Karola z XIV wieku, będący najstarszym mostem kamiennym na świecie. Pełni dziś nie tylko funkcję przeprawy pieszej przez Wełtawę, ale także jednego wielkiego kramu z pamiątkami, obrazami i innymi duperelami. 
Po przeprawieniu się na drugi brzeg rzeki rozpocząłem wspinaczkę do Zamku Praskiego na Hradczanach. Samo podejście daje jako-takie pojęcie, jakie znaczenie miała owa siedziba czeskich władców. Była to twierdza, którą zdobyć było zapewne bardzo ciężko. Położona na dość stromym wzgórzu, nad dość szeroką rzeką, otoczona murem, nie mogła łatwo ulec najeźdźcy. Zanim jednak dotarłem do zamku, skręciłem do Ogrodów Wallensteina. To praska perełka, w której podziwiać można głównie ścianę z imitacją nacieków skalnych oraz pawia-albinosa, który spaceruje dumnie po ogrodach nic sobie nie robiąc z tłumu turystów pstrykających mu zdjęcia.
Po wejściu na teren zamku, można już tylko zachwycać się widokami Pragi.  A jest czym, bo miasto widać wspaniale i z tej perspektywy faktycznie zachwyca. Mieli Czesi dużo szczęścia, że Praga w czasie wojny bardzo nie ucierpiała. Dzięki temu zachowała swój wyjątkowy historyczny charakter. Nawet komuna nie zdołała zbyt wiele zepsuć. Miasto naprawdę zniewala swoim położeniem, architekturą, aż szkoda, że nie miałem czasu na dokładniejsze zwiedzanie.
Ale przecież czekał na mnie gwóźdź programu na Arenie O2, która szczyci się ogromną przestrzenią mogącą pomieścić do 18 tysięcy ludzi. Dlatego cieszę się, że udało mi się zająć miejsce (stojące oczywiście) zaledwie kilkanaście metrów od sceny. Ponieważ wszedłem półtorej godziny przed koncertem, trzeba było odstać swoje, zanim pojawili się artyści. Czas ten umiliła rozmowa ze spotkaną parą z Poznania. 
Widownia ogólnie stanowiła towarzystwo międzynarodowe. Przed wejściem stałem za Niemcami, już w środku trajkotały mi nad uchem Ukrainki, tuż obok Polacy itd. Ale przede wszystkim dało się odczuć tę niewidzialną więź kulturalną łączącą wszystkich. Bo mimo, że Sting bywa zaliczany do artystów popkultury (z czym się nie zgadzam), to nie słucha go byle wieśniak. A może inaczej: byle wieśniak nie zapłaci za bilet ponad tysiąca koron i nie przejedzie kilkudziesięciu czy kilkuset kilometrów, żeby go posłuchać na żywo. Zdałem sobie właśnie sprawę, że Sting jest na dzień dzisiejszy jedynym artystą, na którego koncert jestem gotów przyjechać aż tutaj. I powiem: warto było. Jestem pełen podziwu nie tylko dla jego muzyki czy tekstów, ale też dla ogólnej osobowości. Fakt, że 61-letni facet wyskakuje na scenę jak osiemnastolatek i śpiewa dwugodzinny koncert bez żadnej przerwy i zbędnego gadania, musi budzić podziw. Skład sześcioosobowy, dość oszczędny w brzmieniu, a jednocześnie jak najbardziej wystarczający. Niektórzy muzycy współpracują ze Stingiem od wielu lat, jak gitarzysta Dominic Miller, klawiszowiec David Sancious czy perkusista Vinnie Colaiuta. Natomiast australijska wokalistka Jo Lawry oraz młody skrzypek-wirtuoz z Newcastle, Peter Tickell, zostali odkryci przez Stinga kilka lat temu, podczas nagrywania płyty If On A Winter's Night.
Cieszę się, że oprócz znanych przebojów, które śpiewała cała arena, wykonał mój idol również te mniej znane, a równie piękne. Wśród nich jedną z moich ulubionych: Never Coming Home. Tego wieczoru tytuł jak najbardziej odzwierciedlał moje pragnienia.



sobota, 23 czerwca 2012

Przenosiny

Śmieję się, że wyśpiewałem sobie po raz kolejny przeprowadzkę. W istocie piosenka pt. "Przeprowadzka" autorstwa panów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego jest nieodłącznym punktem moich koncertów. Może właśnie dlatego co roku zmieniam miejsce? Podobnie jak opisał Przybora we wspomnianym utworze, jest to błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Błogosławieństwo - bo zawsze to swoiste odświeżenie, zmiana klimatu, nowi ludzie, nowe miejsce, wszystko nowe... Przekleństwo - nie tylko dlatego, że trzeba znów się pakować i przenosić górę klamotów. Przede wszystkim dlatego, że człowiek przez ten rok coś (i kogoś) poznał, coś zaplanował, rozpoczął i chciał dalej rozwijać. I w jednym momencie, decyzją biskupa, to wszystko przestaje mieć znaczenie.
Nie mam nic przeciwko przenosinom. Są one wpisane w tryb naszej duszpasterskiej posługi. Wiedziałem, w co idę, i godzę się z tym. Mam tylko jedno "ale": czy przenosiny po roku nie są bez sensu? Rozumiem - dwa lata, trzy i więcej. Ale po roku? Kiedy tak naprawdę pełny rok jest potrzebny, żeby poznać specyfikę parafii, nawiązać kontakt z ludźmi, coś rozpocząć... Pod względem duszpasterskim taki rok zakończony przeprowadzką jest stracony. Mój następca będzie musiał zaczynać od zera, podobnie jak ja w zeszłym roku (poprzedni wikariusz również był tylko przez rok). Nie jest to bez sensu?
Jednak mimo to cieszę się. Trafiam do sanktuarium Miłosierdzia Bożego,a więc do miejsca uduchowionego (jeśli można tak powiedzieć o miejscu), o szczególnej atmosferze, gdzie cały czas coś ciekawego się dzieje. Mam też związane z tym sanktuarium miłe wspomnienia z rekolekcji i dni skupienia. Pora teraz poduszpasterzować tamże. Ale to dopiero w sierpniu.
A "Przeprowadzkę" chyba przestanę śpiewać...

sobota, 16 czerwca 2012

O pisaniu bloga

Licznik odwiedzin na moim blogu niedawno przekroczył 10 tysięcy. Oznacza to, że czytelnictwo moich wypocin w ciągu pół roku wkroczyło w strefę pięciocyfrową. Niczym to jest - rzecz jasna - wobec blogów tzw. celebrytów, które wynik pięciocyfrowy potrafią osiągnąć jednego dnia (!), ale nie o liczby przecież chodzi. Zresztą system statystyczny nie informuje o tym, ile dana wizyta na stronie trwała - mogło to być przecież przypadkowe kliknięcie. W każdym razie na mnie owa pięciocyfrowa liczba podziałała motywująco i jak zwykle przy okazji przypałętała się refleksja na temat pisania blogów, którą pragnę się podzielić. Będzie to przy okazji uzasadnienie decyzji o publikowaniu swoich przemyśleń w Internecie.
No właśnie: dlaczego w Internecie, a nie w prasie katolickiej (czy niekatolickiej)? Na to pytanie akurat najłatwiej odpowiedzieć, więc od tego zacznę. Z podobnych powodów, dla których kilka miesięcy temu tak wielka rzesza ludzi wyszła na ulice protestować przeciwko ACTA. Internet daje wolność. Wolność, której nie ma w prasie. Mój blog to moja strefa, mogę sobie pisać o czym zechcę i w sposób, jaki mi się podoba, i nikomu nic do tego. Z tego, co napiszę, rozliczą mnie tylko moi czytelnicy, a nie naczelny czy wydawca. W prasie trzeba się dostosować: a to do zamówienia, a to do ogólnej tematyki numeru, a to do "profilu" gazety, a to do wielkości rubryki, a to do zdania naczelnego. Potem nie dość, że musisz bronić swojego tekstu, który ktoś chce ci przyciąć, skrócić, wyrzucić, to jeszcze musisz koniecznie zmieścić się w takim-a-takim terminie, bo jak nie, to ci nie wydrukują. Dzięki temu powstają bzdury pisane na szybko, bez wiedzy o temacie, bez ładu i składu, a nierzadko bez sensu. To nie dla mnie. Wolę pisać wtedy, gdy mam co napisać. Przy tym daję gwarancję, że wszystko, co tutaj piszę, jest zgodne z tym, co faktycznie myślę na ten temat. Dlatego też blog nosi tytuł: "Świat według Barańczaka". To jest mój świat i moja filozofia, i jeśli się to komuś nie podoba, może mi o tym napisać albo po prostu nie czytać.
A po co w ogóle publikować swoje przemyślenia? No właśnie, można powiedzieć: "Co kogo obchodzi, o czym myśli Barańczak?" Odpowiedź prosta: gdyby nie obchodziło, to by nie czytali. Gdyby zaś nie czytali, to bym nie pisał. Jednakże naprawdę chodzi pewnie o jakąś niekoniecznie uzasadnioną potrzebę wyrażenia siebie. Jeśli człowiek o czymś myśli i to mu się wydaje logiczne, a jeśli do tego jeszcze coś sensownego robi i ma to dla niego istotne znaczenie, to rzeczą naturalną jest, że chce się tym podzielić z jak najszerszym gronem osób. I chyba tylko o to chodzi w tej pisaninie. Dziękuję zatem wszystkim, którzy to czytają.

niedziela, 10 czerwca 2012

Niedziela

Dziś zupełnie niespodziewanie zostałem obdarowany wolnym popołudniem. Jako że nie pamiętam kiedy miałem ostatnie wolne popołudnie w niedzielę (ale na pewno nie w tym roku), byłem tak zaskoczony, że nie mogłem wpaść na absolutnie żaden pomysł wykorzystania tego czasu. Zatem spędziłem wolne popołudnie zastanawiając się co zrobić z wolnym popołudniem, do chwili aż przyszedł wieczór uwalniając mnie od problemu.
To z kolei zapoczątkowało refleksję na temat spędzania niedzieli, która przecież dla chrześcijan jest (a raczej: powinna być) zupełnie wyjątkowym dniem tygodnia - czytaj: diametralnie różnym od pozostałych dni. Wiele jest dokumentów na temat świętowania niedzieli, więc jest gdzie zajrzeć i nie ma potrzeby przytaczać tutaj mądrości Kościoła na ten temat (chociaż pewnie przydałoby się). Chcę tylko podzielić się pewnym niepokojem. Otóż zaobserwowałem, że coraz częściej ludzie spowiadają się z opuszczania Mszy św. niedzielnej. Oczywiście dobrze, że się spowiadają. Niepokoi mnie natomiast fakt, że grzech ów staje się bardzo powszechny. Zawsze w konfesjonale pytam się, z czego ta nieobecność wynikła - i różne rzeczy można  usłyszeć (pomijając oczywiście choroby i przeszkody obiektywne): od odwiedzin rodziny do "tak jakoś wyszło". Świat staje na głowie. Jeśli my, katolicy, nie mamy czasu dla Pana Boga to jaka jest nasza wiara? Jak możemy w ogóle mówić, że wierzymy?
Myślę, że to w dużej mierze kwestia wychowania. Ja dorastałem w domu religijnym-bez-przesady. Nie miałem może przykładu żywej i gorącej wiary, ale za to otrzymałem dobry fundament: nie było w moim domu rodzinnym niedzieli bez Mszy świętej. I za to jestem bardzo wdzięczny moim rodzicom. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nigdy - jak daleko moja pamięć sięga - dobrowolnie nie opuściłem niedzielnej Eucharystii. Trudno mi więc zrozumieć ludzi, którym dziś tak łatwo przychodzi przeżywać niedzielę bez Boga i którzy tego samego uczą swoje dzieci: że od Pana Boga ważniejsza jest ciocia, która właśnie znienacka przyszła i trzeba ją ugościć, ważniejszy jest wyjazd na plażę, ważniejsze są (o zgrozo!) zakupy w hipermarkecie czy jakieś jeszcze inne rozrywki. Przypominają mi się tu słowa Jezusa wypowiedziane do Piotra w Ogrójcu: Jednej godziny nie mogłeś czuwać? (zob. Mk 14,37). Podejrzewam, że więcej w tym było smutku niż wyrzutu.