wtorek, 8 maja 2012

Powtórka z matury

Maturę zdawałem na przełomie wieków, dokładnie w 2000 roku. Rządziła się wtedy jeszcze zupełnie innymi zasadami, np. taką, że matematyka nie miała statusu przedmiotu obowiązkowego. Budziło to moje oburzenie, bo zawsze był to mój ulubiony przedmiot, z którym nie miałem najmniejszych kłopotów, i nie potrafiłem pojąć, jak ktoś może tego nie rozumieć. Przecież w matematyce wszystko zawsze jest logiczne i wynika jedno z drugiego, a nie tak jak w przypadku np. historii, gdzie jeden zupełnie nielogicznie działający wariat przewraca do góry nogami cały porządek w Europie, a potem biedny uczeń ślęczy nad książką usiłując to wszystko uporządkować w swojej głowie. A potem i tak kolejny przywódca jakiegoś kraju to wszystko rozwali. W matematyce wszystko ma swój początek i koniec (oprócz nieskończoności), co gwarantuje dojście do wyniku. A gdyby okazał się błędny, wystarczy wrócić do początku i cały schemat przebiec na nowo, aż błąd zostanie wykryty.
Mimo nieukrywanego zamiłowania do tego przedmiotu, na maturze pisemnej nie dostałem jednak oceny celującej. Dlatego, że nie chciało mi się sprawdzić jednego wzoru w tablicach matematycznych leżących na biurku komisji. Droga w sumie nie była daleka, ale uważałem za głupie zdobywać szóstkę za podejście do biurka. Poprzestałem na piątce i to mi wystarczyło.
Potem życie potoczyło się tak, że z matematyką nie miałem do czynienia przez ponad dekadę. Z jednym wyjątkiem. Pamiętam, jak pewnego razu w seminarium ksiądz profesor biblista przyniósł na zajęcia równanie kwadratowe i orzekł, że kto mu to rozwiąże, dostanie dodatkowe punkty (liczące się rzecz jasna do oceny końcowej). Byłem jedynym, który się w ogóle za to zabrał. Biedziłem się nad nieszczęsnym równaniem dobre kilkanaście minut, bo za nic nie mogłem sobie przypomnieć wzoru na deltę. W końcu za pomocą metody prób i błędów doszedłem do rozwiązania, które z dumą przedstawiłem na forum grupy, inkasując punkty. Był to w ciągu lat kleryckich jedyny epizod, kiedy miałem do czynienia z matematyką.
Postanowiłem zatem zrobić sobie małą powtórkę, a przy okazji zobaczyć, z jakim wynikiem zdałbym maturę z matmy dzisiaj. Oczywiście na poziomie podstawowym, ponieważ po tak długiej przerwie poziom rozszerzony mógłby mnie nieco przygwoździć. Z radością stwierdziłem, że nie jest aż tak źle: otrzymałem 43 punkty na 50, popełniając dwa błędy typowo rachunkowe i rezygnując z rozwiązania dwóch zadań (związanych z rachunkiem prawdopodobieństwa, którego za cholerę nie pamiętam). Przy czym zaznaczam, że całość matury napisałem w niecałą godzinę, nie korzystając z żadnych pomocy (oprócz własnej pamięci) i tylko raz używając kalkulatora (kiedy trzeba było obliczyć pierwiastek z 20736, co trochę przerosło moje zdolności rachunkowe). Ktoś spyta: po co to zrobiłem? Z dwóch powodów. Po pierwsze: dla rozrywki (jest jeszcze coś takiego jak rozrywka umysłowa, JEST!). Po drugie: warto się czasem przekonać, że nauka nie idzie w las.

1 komentarz:

  1. Elegancko. Tylko pogratulować i w razie problemów na korki do Księdza się udać. A niech ludziska w parafii się dowiedzą, to kolejka dzieciaków gwarantowana.

    OdpowiedzUsuń