wtorek, 29 maja 2012

O brewiarzu i modlitwie

Zostawiłem brewiarz w zakrystii. Ten drobny, nienadzwyczajny epizod zdarzający się od czasu do czasu ze względu na moje skłonności ku sklerozie, wywołał falę refleksji na temat tego, czym jest dla mnie brewiarz. 
Na początek dla niewtajemniczonych: brewiarz, którego właściwa nazwa brzmi Liturgia Godzin to modlitwa mająca na celu uświęcenie dnia. Jest podzielona na kilka części, z których każda ma swoją określoną porę w ciągu doby. Liturgię Godzin odprawiają obowiązkowo duchowni i osoby konsekrowane, ale Kościół zaleca ją także ludziom świeckim.
I ja właśnie jako jeszcze świecki spotkałem się z brewiarzem. Miałem osiemnaście lat i nawet przez myśl mi nie przeszło, że istnieje coś takiego jak Liturgia Godzin. A modlitwa w ogóle nie przychodziła mi łatwo. Zastanawiałem się więc, co zrobić, żeby przestała być tylko "klepaniem paciorka". Z pomocą przyszedł ksiądz z duszpasterstwa młodzieży, do którego należałem. Zaczął odprawiać dla nas w tygodniu Mszę św. z Nieszporami, a czasem też i same Nieszpory. Wtedy poznałem ten rodzaj modlitwy i z serca pokochałem. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Czułem się, jakbym odkrył wreszcie więź z Bogiem. Albo lepiej: jakbym nagle nauczył się z Nim rozmawiać. Ponieważ Liturgia Godzin to dialog. Człowiek nie tylko "klepie" określone formuły, ale też (a raczej: przede wszystkim) słucha Słowa Bożego - bo modli się tekstami Pisma Św.: psalmami, hymnami, pieśniami. Dlatego modlę się brewiarzem już trzynasty rok i mimo jego nieuchronnej powtarzalności ciągle odkrywam coś nowego. Bo Słowo Boże ma to do siebie, że jest żywe. Można by dodać za Listem do Hebrajczyków: "i skuteczne" (por. Hbr 4,12), ale ta skuteczność zależy też od mojego osobistego otwarcia na Słowo. W związku z tym trochę obawiałem się chwili, kiedy brewiarz stanie się codziennym obowiązkiem, co nastąpiło wraz ze święceniami diakonatu, w czerwcu 2008 roku. Istotnie, czasem zdarza się, że Liturgię Godzin sprawuję "na szybko", żeby tylko zdążyć. Nie ma wtedy szans na głębszą refleksję nad Słowem, które czytam. Ale są też momenty, gdy to Słowo mocno przemawia. Zwłaszcza wtedy, gdy mój stan ducha współgra z tekstem określonego psalmu czy pieśni. Wtedy czuję się, jakbym rozmawiał z Panem o tym, co przeżywam. A On odpowiada, co mam robić.
To refleksja bardzo osobista. Stwierdziłem jednak, że na tyle ważna, aby się nią podzielić. Uważam bowiem, że każdy praktykujący katolik powinien przede wszystkim odkryć "swoją" modlitwę. Taką, która faktycznie daje poczucie tego, czym jest: rozmowy z Bogiem, umacniania relacji z Nim. A wiem, że bardzo wielu wiernych ma spore problemy z modlitwą, dlatego zachęcam do poszukiwania i odkrywania nowych form, które będą owocne. Ja swoją odkryłem.

wtorek, 22 maja 2012

Świat z lotu ptaka oczyma Barańczaka

Średnio raz w miesiącu wybieram się do stolicy załatwiać różne sprawy. Ponieważ są to RÓŻNE sprawy, a najczęściej nie dysponuję większą ilością czasu niż jeden dzień, dobieram taki środek transportu, aby można było te kwestie pozałatwiać jak najdogodniej. Przykładowo: jeśli mam przywieźć ciężką paczkę, to wiadomo, że nie wybiorę się pociągiem, ponieważ trzeba tę paczkę przytaszczyć do pociągu i potem jeszcze na miejscu z dworca wieźć ją przez pół miasta. W takich przypadkach, jak i wtedy, gdy trzeba załatwić wiele spraw w różnych miejscach (a często jeszcze po drodze), wybieram samochód. Z bólem serca. Bo nie dość, że wychodzi strasznie drogo, to jeszcze umęczy się człowiek za cały miesiąc. Wiem, o czym mówię, ponieważ w tym roku już dwa razy pojechałem do Warszawy autem. Droga jak droga - niczego sobie (tym bardziej w nocy) - ale wjazd do miasta to jakaś masakra. Próbowałem i od strony zachodniej (legendarna A2), i od północnej (krajowa "dziesiątka" i "siódemka"), za każdym razem natrafiając na gigantyczny korek, przez co w obu przypadkach spóźniłem się na umówione spotkania, mimo że zakładałem dotarcie na miejsce godzinę przed nimi. Wypity dwukrotnie koktajl złożony z nerwów, zmęczenia i pustki w portfelu zniechęcił mnie do takich eskapad. Dlatego też przy następnej okazji zacząłem szukać innej formy podróży - zwłaszcza, że tym razem sprawy nie wymagały użycia samochodu.
Reklamowały się intensywnie w radiu i Internecie linie lotnicze OLT Express, oferujące przelot na liniach krajowych za 99 złotych. Pomyślałem: czemu nie? To szybciej, wygodniej i taniej niż Intercity. Dołożywszy do tego wygodne godziny (rano zdążę odprawić Mszę świętą i wrócę wieczorem jeszcze tego samego dnia) można powiedzieć, że same plusy. Znalazłem w powyższej cenie bilety na powrót, ale na przelot do stolicy już tych najtańszych nie było, co mnie nieco zmartwiło. I wtedy postanowiłem z ciekawości sprawdzić, ile za bilet życzyłby sobie nasz stary narodowy przewoźnik ("przelotnik"?) LOT. Spojrzałem i opadła mi szczęka - cena biletu ze Szczecina do Warszawy o 8:45 wynosiła dokładnie 65 złotych 88 groszy. Zanim kliknąłem "rezerwuj" wykonałem jeszcze w myślach krótką analizę czy odprawiając Mszę o 7:00 mam szansę zdążyć do Goleniowa przed zamknięciem bramki. Było niewielkie ryzyko, ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie żyje.
Miałem zatem okazję porównać usługi dwóch polskich linii lotniczych. LOT (a właściwie Eurolot, który jest podwykonawcą LOTu na tej trasie) podstawił samolot turbośmigłowy ATR-42, ciasne maleństwo o niemalże klaustrofobicznym wnętrzu (komplet pasażerów dopełniał tego wrażenia) i ze względu na śmigła również trochę głośne. Ale do podróży nie mam zastrzeżeń. Była cudna pogoda - temperatura rankiem ok. 20 stopni (na ziemi, bo na wysokości przelotowej -23 stopnie) i klarowne niebo, patrzyłem więc przez okno podziwiając na żywo widoki identyczne internetowym obrazom satelity Google Maps. Próbowałem bawić się w "Zgadnij co to za miejscowość", ale niestety dużych miast na trasie nie było, a z siedmiu tysięcy metrów ciężko dostrzec jakieś charakterystyczne punkty mniejszych miejscowości. Dopiero gdy ujrzałem Wisłę, mogłem ocenić, gdzie się znajduję. Rozpoznałem Włocławek i za chwilę wyraźnie widoczny Płock - miasto, w którym mogłem już  odszukać i nazwać dzielnice, charakterystyczne miejsca, a nawet niektóre ulice. Pierwszy raz (z nieskrywaną radością) oglądałem moją ziemię mazowiecką z lotu ptaka. Bardzo żałowałem, że aparat fotograficzny został w schowku. Kiedy wysiadałem na Okęciu, czułem się, jakbym wyszedł z domu do sklepu - rześki, wypoczęty, żadnego zmęczenia podróżą (raczej trudno się zmęczyć w ciągu godziny spokojnego lotu). Zmęczył mnie dopiero autobus do centrum.
Powrót linią OLT Express o 21:00. Na terminalu byłem dość wcześnie, żeby zrobić kilka zdjęć samolotom stojącym na płycie. Najpierw ATR-42 Eurolotu (dokładnie taki, jak ten, którym przyleciałem):


Potem Airbus A320 przygotowujący się do odlotu w kierunku Gdańska:


Następnie Embraer 190, jeden z najnowszych nabytków PLL LOT. Rozpoczyna kołowanie, aby zaraz odlecieć do Brukseli.


I już z okna samolotu widok terminalu, a najbliżej stojący to Boeing 737 czeskich linii czarterowych Travel Service odlatujący z kompletem pasażerów (widziałem tę ciągnącą się w nieskończoność kolejkę do odprawy) na Maltę.


Tym razem lecę odrzutowym Airbusem A320 i niezwykle łatwo przychodzi zauważyć różnicę w stosunku do turbośmigłowego ATRa. Przede wszystkim samolot jest większy (co za tym idzie jest więcej przestrzeni w środku), bardziej komfortowy i odczuwalnie szybszy. Ma to swoje negatywne strony, ponieważ wzbił się w powietrze tak szybko, że na zdjęciu Warszawy, które zdążyłem zrobić, niewiele już można zobaczyć oprócz wyraźnie zarysowanego przebiegu nowo budowanej drogi.


Lot przebiegł w takim tempie, że ledwo zdążyłem odmówić Nieszpory (oczywiście nie licząc czasu na start, lądowanie oraz poczęstunek składający się z ciastka i napoju do wyboru). Powietrze nadal było dość klarowne, choć już na Pomorzu na nasze powitanie rozwinięto piękny dywan z chmur, przez który od czasu do czasu przebijały światła miasteczek.


Uchwyciłem jeszcze jedną różnicę między LOTem, a OLT Express. W pierwszym samolocie dominowała tzw. biznes-klasa (poważni panowie w nienagannie skrojonych garniturach pod krawatami) oraz transfery (czyli podróżni udający się poza granice kraju, przesiadający się w Warszawie). W drugim zaś pasażerów można było swobodnie określić mianem "wszyscy" - emeryci, studenci, rodziny z małymi dziećmi itd. To by oznaczało, że firma OLT Express spełniła swoje zamiary przestawienia ludzi z innych środków transportu na samoloty. Nie zamierzam tu nikogo reklamować, a jedynie zwrócić uwagę na to, że podróżowanie na trasach krajowych w powietrzu przestało być już "ekskluzywne", "dostępne dla nielicznych", "poza zasięgiem portfela" itd. Samolot stał się poważną konkurencją dla pociągu, o samochodach nawet nie wspominając. Polecam zwłaszcza męczącym się w podróżach.

sobota, 12 maja 2012

Barańczakovery

W chwili obecnej dziękuję Bogu, że jeszcze na tyle dysponuję czasem, aby pozwolić sobie na realizowanie swojej pasji, którą jest muzyka. Stąd też pojawił się pomysł "barańczakoverów" - czyli własnych wykonań (tzw. coverów) piosenek znanych artystów.
Zacząłem to robić już dawno temu, kiedy jako kilkunastoletni chłopiec otrzymałem od rodziców dość zaawansowany technologicznie (jak na tamte czasy) instrument firmy Yamaha. Pozwalał mi on na nagranie szesnastu ścieżek w utworze, co oznaczało (dla niezorientowanych w temacie), że mogłem sobie nagrywać piosenki, w których gra jednocześnie do szesnastu instrumentów. Skwapliwie z tego korzystałem, nagrywając dla własnej przyjemności podkłady muzyczne do piosenek moich ulubionych artystów i potem śpiewając je sobie przy nagranym akompaniamencie. W zasadzie służyło to tylko dla relaksu i ewentualnie doskonalenia słuchu czy też techniki grania.
Teraz mamy XXI wiek. Technika poszła tak do przodu, że dla zwykłego przeciętnego laika jest w zasadzie dostępny sprzęt, który w tamtych czasach był osiągalny jedynie dla profesjonalnych studiów nagraniowych. Nie mógłbym nie wykorzystać tej szansy. Dlatego zaaranżowałem sobie w domu amatorskie studio nagrań składające się z komputera, kilku ważnych sprzętów studyjnych (nie będę się wdawał w szczegóły), paneli akustycznych wykonanych własnoręcznie (niezbędnych dla wytłumienia pogłosu) oraz oczywiście mikrofonów, słuchawek i instrumentów. Pomijam już kilometry różnego rodzaju przewodów ciągnących się po całym mieszkaniu, spośród których nigdy nie mogę znaleźć tego właściwego, który akurat jest potrzebny. 
Nadszedł zatem czas, aby wymieniony wyżej arsenał w sposób twórczy wykorzystać. Postanowiłem zacząć od coverów, bo to najprzyjemniejsza praca. Bo wybieram sobie utwory, które uwielbiam, i po prostu je nagrywam, wykorzystując różne instrumentarium. Mój emocjonalny stosunek do tych piosenek powoduje, że mam zapał do tej pracy, czego niestety nie doświadczam pracując nad własnymi utworami.
Zatem pora na prezentację. Na początek dwa utwory Stinga, czyli mojego muzycznego idola - człowieka, którego szanuję za wspaniałą twórczość i za to, co przez nią wniósł w moje życie. Przyznam, że mam z nim pewien problem - chodzi o to, że mógłbym nagrywać covery tylko i wyłącznie jego utworów, bo je po prostu uwielbiam. A takie działanie nie byłoby słuszne, gdyż moje wykonania nigdy nie dorównają oryginałom, a poza tym nie jest to praca rozwijająca - Sting aranżuje swoje utwory perfekcyjnie i absolutnie zgodnie z moją wrażliwością muzyczną, więc mogę te piosenki wykonywać jedynie odtwórczo, bez większych zmian. Stąd następny barańczakover będzie na pewno poświęcony innemu artyście. Ale do Stinga jeszcze na pewno wrócę. Tymczasem jego dwie piosenki w moim wykonaniu (dostępne również na moim kanale YouTube).





wtorek, 8 maja 2012

Powtórka z matury

Maturę zdawałem na przełomie wieków, dokładnie w 2000 roku. Rządziła się wtedy jeszcze zupełnie innymi zasadami, np. taką, że matematyka nie miała statusu przedmiotu obowiązkowego. Budziło to moje oburzenie, bo zawsze był to mój ulubiony przedmiot, z którym nie miałem najmniejszych kłopotów, i nie potrafiłem pojąć, jak ktoś może tego nie rozumieć. Przecież w matematyce wszystko zawsze jest logiczne i wynika jedno z drugiego, a nie tak jak w przypadku np. historii, gdzie jeden zupełnie nielogicznie działający wariat przewraca do góry nogami cały porządek w Europie, a potem biedny uczeń ślęczy nad książką usiłując to wszystko uporządkować w swojej głowie. A potem i tak kolejny przywódca jakiegoś kraju to wszystko rozwali. W matematyce wszystko ma swój początek i koniec (oprócz nieskończoności), co gwarantuje dojście do wyniku. A gdyby okazał się błędny, wystarczy wrócić do początku i cały schemat przebiec na nowo, aż błąd zostanie wykryty.
Mimo nieukrywanego zamiłowania do tego przedmiotu, na maturze pisemnej nie dostałem jednak oceny celującej. Dlatego, że nie chciało mi się sprawdzić jednego wzoru w tablicach matematycznych leżących na biurku komisji. Droga w sumie nie była daleka, ale uważałem za głupie zdobywać szóstkę za podejście do biurka. Poprzestałem na piątce i to mi wystarczyło.
Potem życie potoczyło się tak, że z matematyką nie miałem do czynienia przez ponad dekadę. Z jednym wyjątkiem. Pamiętam, jak pewnego razu w seminarium ksiądz profesor biblista przyniósł na zajęcia równanie kwadratowe i orzekł, że kto mu to rozwiąże, dostanie dodatkowe punkty (liczące się rzecz jasna do oceny końcowej). Byłem jedynym, który się w ogóle za to zabrał. Biedziłem się nad nieszczęsnym równaniem dobre kilkanaście minut, bo za nic nie mogłem sobie przypomnieć wzoru na deltę. W końcu za pomocą metody prób i błędów doszedłem do rozwiązania, które z dumą przedstawiłem na forum grupy, inkasując punkty. Był to w ciągu lat kleryckich jedyny epizod, kiedy miałem do czynienia z matematyką.
Postanowiłem zatem zrobić sobie małą powtórkę, a przy okazji zobaczyć, z jakim wynikiem zdałbym maturę z matmy dzisiaj. Oczywiście na poziomie podstawowym, ponieważ po tak długiej przerwie poziom rozszerzony mógłby mnie nieco przygwoździć. Z radością stwierdziłem, że nie jest aż tak źle: otrzymałem 43 punkty na 50, popełniając dwa błędy typowo rachunkowe i rezygnując z rozwiązania dwóch zadań (związanych z rachunkiem prawdopodobieństwa, którego za cholerę nie pamiętam). Przy czym zaznaczam, że całość matury napisałem w niecałą godzinę, nie korzystając z żadnych pomocy (oprócz własnej pamięci) i tylko raz używając kalkulatora (kiedy trzeba było obliczyć pierwiastek z 20736, co trochę przerosło moje zdolności rachunkowe). Ktoś spyta: po co to zrobiłem? Z dwóch powodów. Po pierwsze: dla rozrywki (jest jeszcze coś takiego jak rozrywka umysłowa, JEST!). Po drugie: warto się czasem przekonać, że nauka nie idzie w las.

niedziela, 6 maja 2012

Dni Młodych

Bardzo nie lubię imprez masowych. Właściwie nie wiem dlaczego, ale wszędzie tam, gdzie jest tłum, raczej trudno mnie znaleźć. Unikam takich miejsc i sytuacji, bo po prostu źle się czuję w tłumie. Moja mama czasem wspomina, że jako niemowlak darłem się wniebogłosy, gdy tylko stawała ze mną w kolejce do sklepu (a w tamtych czasach kolejki były powszechne). To by wskazywało, że mam do czynienia raczej z wrodzonym wstrętem do tłumów.
Dlatego unikam jak mogę wszelakich imprez masowych, gdzie spędza się setki czy tysiące ludzi nawet w szczytnym celu (jak chociażby "Marsz dla życia"). To nie moje klimaty. Ze sceptycyzmem podszedłem więc do wyjazdu na Dni Młodych do Gryfic. Oczywiście, że nie mam nic przeciwko temu przedsięwzięciu. Oczywiście, że chcę, aby młodzież się spotykała, radowała i modliła. Ale czemu ja mam tam jechać? No nic, trudno. W kapłaństwie można łatwo przywyknąć do robienia rzeczy nie-po-mojej-myśli. Na szczęście często się okazuje, że to, co było nie-po-mojej-myśli, staje się czymś pięknym, twórczym i owocnym.
Tak też było w przypadku Dni Młodych. Okazały się bardzo dobrym (i potrzebnym!) czasem, choć potrzeba było znieść wiele trudów. Chociażby nocleg na szkolnej sali gimnastycznej razem z setką młodzieży, której nie za bardzo chciało się spać i która nie miała żadnych oporów, żeby się z tym głośno afiszować. Łatwo też zgadnąć, że tego typu miejsce noclegowe nie gwarantowało dostępu do prysznica, mimo że takowe fizycznie istniały. To był chyba największy mankament. W drugim dniu pobytu stałem się już tak zdesperowany, że byłem gotów pójść do hotelu i zapłacić za nocleg - nie po to, żeby tam spać, ale po to, by się wykąpać. Na szczęście przed tym desperackim krokiem uratował mnie mój kolega - miejscowy wikariusz, który udostępnił mi swoją łazienkę na pół godziny, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny. 
Nie będę opisywał atmosfery Dni Młodych, bo tego się opisać nie da. Zresztą było różnie. Raz wesoło, raz refleksyjnie. Raz entuzjastycznie, raz śpiąco. Raz interesująco, raz nudno. Ale ogólnie wielki plus. Przecież rzadko można spotkać taki "twórczy bałagan" - i nie chodzi wcale o bałagan organizacyjny, bo organizacja była na dość wysokim poziomie. Chodzi o to, że w jednym miasteczku zjawia się nagle półtora tysiąca młodzieży: rozśpiewanej, roześmianej, modlącej się, pozytywnie nastawionej do życia. To musi wywołać szok. I widziałem ten szok niejednokrotnie w oczach mieszkańców Gryfic, którzy z zainteresowaniem podpatrywali to, co działo się w czasie tych dni. 
Dlatego chcę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tej niepowtarzalnej atmosfery, a także mojej nie za dużej grupie młodzieży z parafii, niesamowicie zdyscyplinowanej i niesprawiającej nawet najdrobniejszego kłopotu, dzięki czemu ten piękny czas upłynął także spokojnie. Mogę zatem z ręką na sercu polecić Dni Młodych wszystkim. Nawet tym, którzy nie lubią tłumów.