niedziela, 25 marca 2012

Barańczak na rowerze

Rower w swoim życiu odkryłem dość późno, choć jeździłem na dwóch kółkach od wczesnego dzieciństwa. Ale tak naprawdę poznałem, co to dla mnie znaczy, dopiero w wieku lat szesnastu, gdy zacząłem wypuszczać się w dłuższe trasy. Początkowo nieśmiało, po trzydzieści, czterdzieści kilometrów, potem coraz dalej i częściej, aż doszedłem do wycieczek ponad stukilometrowych. Oczywiście nie liczył się dla mnie pokonany dystans (choć można się było zawsze komuś pochwalić), ani prędkość, ani też żadne rekordy. Nigdy nie jeździłem wyczynowo i nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Wolałem pedałować spokojnie i mieć czas na podziwianie krajobrazów. Dlatego też, kiedy tylko mogłem, unikałem lasów. Las zasłania widoki, ogranicza przestrzeń, tłamsi, podobnie jak miasto (z tą różnicą, że w lesie jest czym oddychać). Co innego pola. Niczym nie skrępowane krajobrazy dawały poczucie wolności, tym większe, im bardziej oddalałem się od domu. Ponadto jeżdżąc na całodniowe wycieczki miałem czas nałapać dystansu do wszystkich codziennych spraw i problemów. Wracałem zawsze cholernie zmęczony, ale spokojny i szczęśliwy.
Potem przyszło seminarium i nie było już tyle czasu na wycieczki, nawet w czasie wakacji. Rower poszedł w odstawkę i przypominałem sobie o nim tylko od święta. Dzięki Bogu, coś drgnęło w zeszłym roku. Jakaś struna się poruszyła. Postanowiłem, że wracam na dwa kółka, i to z grubej rury. Kupiłem nowy rower, sakwy, trochę sprzętu biwakowego i w czasie urlopu wybrałem się do Danii. Okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Poczułem się dokładnie tak, jak wtedy, u progu dorosłości: wolność i przestrzeń, aktywny wypoczynek i dystans do wszystkiego. Po powrocie opisałem tę przygodę w blogu rowerowym, który założyłem specjalnie z myślą o tego typu wycieczkach, opuszczając jedynie ostatnie dni, ponieważ w zasadzie nie spędziłem ich już na rowerze, ale na zwiedzaniu i powrocie do domu (pociągiem i promem).
W miniony czwartek, korzystając z pogody, rozpocząłem nowy sezon rowerowy. Długo wahałem się, czy relacje z wycieczek opisywać w osobnym blogu, czy też wszystko przenieść tutaj, w jedno miejsce. Uznałem jednak, że "wąska specjalizacja" domaga się osobnego kawałka cyberprzestrzeni. Dlatego, jeśli kogoś interesują moje turystyczne wojaże, zapraszam do czytania "Barańczaka na rowerze". A nade wszystko polecam przejechać się na dwóch kółkach. Tak dla relaksu.



wtorek, 20 marca 2012

Z muzycznego arsenału: Øivin Fjeld G-sharp guitar

Ponieważ od tygodnia dwie najintensywniej używane przeze mnie gitary przeżywają swój renesans u lutnika, powróciłem do trochę mniej używanej gitarki elektrycznej. Nabyłem ją w zeszłym roku w Holandii jako jedyny egzemplarz dostępny w Europie. Dziś, z tego co mi wiadomo, można ją bodajże dostać w Wielkiej Brytanii, no i naturalnie w USA. Instrument nietypowy, bo rozmiarem przypomina gitarę zabawkową (z czego się wciąż śmieje mój kolega) i jest oryginalnie strojony do dźwięku gis, czyli zmniejszoną kwartę wyżej niż normalna gitara. Brzmieniem przypomina gitarę elektryczną jazzową, ale dźwięk oscyluje bardziej w kierunku akustycznym.
Gitara Øivin Fjeld została zaprojektowana w 1997 roku i początkowo używana nie do grania, ale jako wprowadzenie w tajniki budowy instrumentów dla studentów norweskiej Akademii Instrumentów Muzycznych w Sarpsborgu (chyba już nieistniejącej niestety). Studenci wykonując te gitary według zaprojektowanego wzoru używali różnych typów drewna, a następnie wysyłali do znanych muzyków na całym świecie na testy, aby poznać ich opinie i uwagi. Dzięki temu wybrano rodzaj drewna najlepiej brzmiący w tego typu konstrukcji - korpus i szyjkę wykonano z litego mahoniu, a podstrunnicę z klonu. Tak wykonany instrument zyskał na tyle dobre recenzje wśród ekspertów, że zdecydowano o jego masowej produkcji, oczywiście na Dalekim Wschodzie (bo gdzie by indziej?). Najlepiej oceniano jednocewkowy pickup, który decyduje o nietuzinkowym brzmieniu tej małej, niepozornej gitarki.
Mój Øivin Fjeld debiutował na płycie Kostka Project, opisanej przeze mnie w artykule Efekt pracy twórczej. Dzięki numerowi fabrycznemu udało mi się dotrzeć do informacji, że ten egzemplarz pochodzi z czerwca 2006 roku, zatem przeleżał pięć lat u dystrybutora i w sklepie (nie wiem gdzie dłużej), co pozwoliło mi na jego zakup w cenie bardziej niż promocyjnej. Opłacało się.


czwartek, 15 marca 2012

O celibacie

Dziś przeczytałem Świadectwo kapłana, który pokochał kobietę i przypomniała mi się kilkakrotnie ponawiana przez różnych ludzi prośba o to, bym napisał coś o celibacie. Hmm... temat bardzo trudny. Jak i sam celibat. Oczywiście celibat dla każdego księdza jest sprawą subiektywną, tzn. każdy inaczej go odczuwa. Błogosławiony Jan Paweł II przyznał się ponoć kiedyś, że z przeżywaniem celibatu nie miał nigdy problemu, że Bóg go zachował od pokus na tym tle. Ale w mojej prywatnej opinii dla większości duchownych celibat jest trudem. Co wcale nie oznacza, że należałoby go znieść. Bo przecież każdy ksiądz decyzję o kapłaństwie podejmuje samodzielnie, świadomie i dobrowolnie. A to oznacza również, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji tego wyboru. W tym kontekście ciężko mi zrozumieć pretensje księdza, który napisał artykuł zalinkowany powyżej. Przecież nikt mu nie kazał zostawać księdzem rzymskokatolickim (a jeśli by tak było, święcenia są nieważne), skoro - jak sam stwierdził - nie miał powołania do celibatu. Aczkolwiek rozumiem, iż zapewne o tym fakcie przekonał się już po święceniach - i tu jest problem. Nie chcę wkraczać w temat formacji do kapłaństwa, bo to temat rzeka i naprawdę w tym zakresie przydałyby się pewne zmiany, które pomogłyby poprawić jakość decyzji kandydata - i o kapłaństwie, i o celibacie. Znam osobiście kilku (może nawet kilkunastu) księży, którzy porzucili stan kapłański właśnie z powodu pojawienia się w ich życiu miłości do kobiety. Absolutnie ich nie oceniam ani tym bardziej nie potępiam. W życiu każdego człowieka pojawiają się sprawy, z którymi sobie nie potrafi poradzić. Wtedy trzeba podjąć radykalną decyzję, co zawsze będzie miało również przykre konsekwencje. 
A czym tak naprawdę jest celibat? Jest oddaniem się Chrystusowi, i tylko Jemu. Mimo, iż nie został on ustanowiony bezpośrednio przez Chrystusa, ale przez Kościół - najstarszy dokument pochodzi z Synodu w Elwirze ok. 300-303 r. - to jego wprowadzenie znajduje uzasadnienie w Piśmie Świętym: Chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień. Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. (...) Mówię to dla waszego pożytku, (...) po to, byście godnie i z upodobaniem trwali przy Panu (1 Kor 7, 32.35). Zadaniem celibatu jest więc zbliżenie do Chrystusa i całkowite Jemu poświęcenie. Czyli nie ma sensu celibat, jeśli jest tylko zgrzytaniem zębami i wyciem uwięzionego zwierzęcia. Kto w ten sposób to odczuwa, prędzej czy później polegnie. Jasne, że samotność jest trudna. Bywa nawet okrutna. Ale to powinno jeszcze bardziej pobudzać księdza do szukania i pogłębiania relacji z Chrystusem oraz budowania zdrowych więzi z ludźmi (parafianami, przyjaciółmi, braćmi kapłanami). W ten sposób celibat staje się czymś budującym - i o to chodzi.
A co jeśli ksiądz się zakocha? Wydaje mi się, że jeśli kapłaństwo jest dla kogoś rzeczywiście ważne, to można to przeżyć. Przykładem jest śp. ks. Jan Twardowski, znany poeta, który właśnie dzięki miłości do kobiety, miłości bardzo silnej, długotrwałej i nie mającej szans na spełnienie, popełnił wiele poruszających do głębi wierszy o samotności i cierpieniu. Dokonał pewnego wyboru i trzymał się go do końca, mimo że było to trudne i bolesne.
Trochę boli fakt, że dziś celibat się pojmuje jedynie w kategoriach wstrzemięźliwości seksualnej, jakby zupełnie niepojętym było, że można się powstrzymać od seksu. Dlatego śmieszą i denerwują mnie na przemian argumenty, że zniesienie celibatu zlikwiduje problem pedofilii wśród duchownych. To zupełnie odrębne kwestie! Przecież jest wielu pedofilów świeckich i to, że są żonaci, wcale im nie pomaga zerwać z tym okrutnym grzechem. Może takie myślenie wynika właśnie z tego, iż na ten temat wypowiadają się ludzie, którzy nie tylko nie mają pojęcia o tym, czym jest celibat, ale też nie mają tak naprawdę pojęcia o życiu w czystości. Wydaje się im, że to musi być wielka męczarnia i taki ksiądz, zakonnik czy zakonnica krążą po ulicach jak wygłodniałe wilki, wyszukując sobie nowe ofiary dla zaspokojenia swoich tłumionych seksualnych potrzeb. Nie mieści się w łepetynach, że to może być czyjś wolny wybór w imię wyższych wartości, a nawet najwyższej możliwej wartości - miłości do Chrystusa.

sobota, 10 marca 2012

Księża i koloratki

Do poruszenia tego tematu zainspirowali mnie studenci, bo na ostatnie spotkanie przynieśli książkę Raport o stanie wiary w Polsce - wywiad rzeka z abp. Michalikiem. Dyskutowaliśmy sobie na temat niektórych wyrywkowo wybranych fragmentów, między innymi takiego oto:
"Nie ma wątpliwości, że katolicka tożsamość kapłańska musi być uniwersalna. Musi przejawiać się we wszystkich elementach życia: myśleniu, mówieniu, zachowaniu, ale też w stroju duchownym. To trzeba bez przerwy przypominać świeckim i księżom. Zarazem trzeba mieć świadomość, że nie jest to wcale problem tak całkiem nowy. Już w XVI wieku Synod Łęczycki apelował do księży, by nosili strój duchowny. I ten apel trzeba stale ponawiać, bo w ten sposób pokazuje się, choćby młodym ludziom, że księdzem można być zawsze, że jest to integralny, całościowy styl życia, rozpoznawalny i będący świadectwem dla innych". 
Przeczytawszy to, niemalże natychmiast przypomniałem sobie o jednej  wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego sprzed kilku lat. Oto ona:


Jakkolwiek cenię pana Wojtka za jego bezkompromisowość i odwagę, to jednak tu się z nim nie zgadzam. Jak mówi pradawne polskie przysłowie: "Nie szata zdobi człowieka". Ksiądz nie jest księdzem po to, żeby nosił sutannę, ani nie jest księdzem dlatego, że ją nosi. Zgadzam się oczywiście, że dzięki niej jest rozpoznawalny i sam miewałem takie sytuacje, gdy ludzie widząc mnie w stroju duchownym na ulicy podchodzili i o coś pytali czy prosili, najczęściej jednak odwracali wzrok lub darzyli inwektywami. Ojcowie duchowni w seminarium mawiali, że i to dobrze, bo dla wrogo nastawionego człowieka jest to wyśmienita okazja do konfrontacji z własnym sumieniem. Trudno odmówić racji, ale też i trudno się do końca tym  kierować.
Moim zdaniem trzeba przede wszystkim żyć w zgodzie z samym sobą. Jeśli się świadomie i dobrowolnie wybiera kapłaństwo, to oczywiście niesie to ze sobą pewne konsekwencje. Ale też księdzem nie przestaje się być, gdy zdejmuje się sutannę czy koloratkę. Tak jak lekarz nie przestaje być lekarzem, gdy po pracy w szpitalu lub przychodni zdejmuje biały kitel i stetoskop. A gdy wraca do domu i widzi wypadek, biegnie na pomoc, bo przecież jest lekarzem. Wydaje mi się, że tak samo jest (powinno być) z księżmi. Pan Cejrowski używa takiego argumentu: Ja chcę takich sytuacji misyjnych, że ktoś jedzie pociągiem, nie był w kościele od wielu lat (...) i widzi w przedziale drugą osobę (...). Jak by była koloratka to ten człowiek zdałby sobie sprawę: to jest ksiądz, normalny facet, mam go blisko - może zagadnę, może wrócę, może się wyspowiadam?  To byłoby piękne. Tymczasem powiem Wam jak jest w rzeczywistości - kiedy ktoś zobaczy księdza w przedziale, woli zmienić przedział. Koloratka wywołuje raczej konsternację niż konwersację. Najczęściej (choć nie zawsze) powoduje, że moi współtowarzysze podróży czują się nieswojo i ja również. Moje doświadczenie (krótkie jeszcze, ale zawsze jakieś jest) wskazuje niezbicie, iż większe "efekty duszpasterskie" w podróży przynosi właśnie sytuacja, gdy ksiądz podróżuje incognito - bez stroju duchownego. Nawiązuje się wtedy bez przeszkód przygodna rozmowa i zazwyczaj po kilku czy kilkunastu minutach pada pytanie w rodzaju "czym pan się zajmuje" albo też w inny sposób wychodzi na jaw, że jestem księdzem. Mimo iż nadchodzi wtedy nieunikniona chwila konsternacji, to jednak rozmówcom nieporównanie łatwiej jest to przełknąć, gdyż kontakt został już nawiązany, pierwsze lody przełamane.
Według mnie o wiele ważniejsze od tego, czy ksiądz chodzi w sutannie czy bez, jest to, czy swoim życiem pokazuje wartości wypływające z Ewangelii. Czyli po prostu: czy daje przykład chrześcijaństwa. Pan Jezus nie wyróżniał się strojem spośród ludzi Jemu współczesnych. Apostołowie także. W Kościele pierwszych wieków biskupi i prezbiterzy również nie mieli żadnych specyficznych elementów w garderobie. Natomiast ich postępowanie jasno pokazywało, że różnią się od pogan. My dzisiaj odwrotnie: sutanny, koloratki, fatałaszki, duperelki, krzyże na szyi, rybki na samochodach, różańce w kieszeni, a postępowanie niekoniecznie różne od pogaństwa.

P.S. A to jest ks. Guy Gilbert, jeden z kapłanów, których szczególnie cenię i podziwiam:

niedziela, 4 marca 2012

Komentarze do katastrofy

Niby bezpośrednio mnie to nie dotyczy, ale nigdy w obliczu tragedii nie można pozostać obojętnym. Myślę o wczorajszym zderzeniu pociągów, o ofiarach śmiertelnych, o ludziach ciężko rannych i ich rodzinach przeżywających ciężkie chwile. Przecież to mogło zdarzyć się każdemu. Myślę o tym i śledzę kolejne wiadomości, aby dowiedzieć się, czy czasem liczba zabitych i rannych nie wzrosła. Im więcej wiadomości na temat tego wypadku, tym większa moja bezsilność i złość. Pytam: na jakim ja świecie żyję? Na Onecie przykuł mój wzrok nagłówek treści następującej: "Kto zawinił katastrofie? Podyskutuj". I zaraz potem szlag mnie trafił. Chciałbym porozmawiać z kretynem, który wymyślił ten temat, i nie byłaby to rozmowa przyjemna dla żadnej ze stron. Bo trzeba być totalnym idiotą, żeby szukać winnego w chwili, gdy jeszcze nic nie wiadomo. Ale oczywiście nagle zaroiło się od ekspertów ds. kolejnictwa - jak zawsze Polak na wszystkim zna się najlepiej. Była katastrofa smoleńska, to wszyscy stali się nagle znawcami lotnictwa, jest katastrofa kolejowa, to mamy samych kolejarzy w tym kraju, nie wspominając o specjalistach ds. budowy dróg i autostrad, ubezpieczeń społecznych, ekonomii, a przede wszystkim politologach, bo tych jest najwięcej w każdym czasie. Gdy czytam, co ludzie wypisują na temat wczorajszej katastrofy, nóż się w kieszeni otwiera i na domiar złego nie chce się zamknąć. Mediom się nie dziwię, bo temat jest chwytliwy i sensacyjny, więc trzeba się ścigać, żeby najświeższym odkryciem podzielić się ze społeczeństwem najszybciej. Ale ludziom komentującym katastrofę ze znawstwem co najmniej najwyższego eksperta, bezdusznie i cynicznie, a niejednokrotnie z zajadłością i nienawiścią oraz politykom i wszelkiego rodzaju "specjalistom" od siedmiu boleści mam do powiedzenia jedno: zamknijcie się. W imię zwykłego współczucia i solidarności z cierpieniem ludzi, którzy potracili bliskich albo sami zostali ranni, ZAMKNIJCIE SIĘ. Cierpienie zawsze domaga się milczenia, a nie potoku słów. A ci, którzy kogokolwiek atakują i już ferują wyroki na - ich zdaniem - winnych katastrofy, sami o sobie wydają osąd. To wstyd i żenada.
Dziś trwam w modlitwie za ofiary tego wypadku i łączę się duchowo z cierpiącymi. Modlitwa zawsze pomaga, a przy okazji uspokaja wzburzenie spowodowane natłokiem idiotów komentujących katastrofę.