czwartek, 2 lutego 2012

Przychodzi ksiądz po kolędzie cz.3

Dziś świętuję zakończenie kolędy. Trochę niestety zeszło, no ale trzeba odwiedzić wszystkich, którzy sobie tego życzą. Pokuszę się o pewnego rodzaju podsumowanie, połączone z ogólnymi refleksjami dotyczącymi tego, co nazywamy wizytą duszpasterską.
Na początek tegoroczna kolęda w statystyce. Otóż odwiedziłem łącznie 657 rodzin spośród 1341 mieszkań, które miałem w "rewirze". To oznacza, że przyjęło mnie 49 procent mieszkańców. Biorąc pod uwagę, że w mojej parafii uczestnictwo we Mszy św. niedzielnej wynosi ledwie ponad dwadzieścia procent, uważam to za wynik niezły - wciąż jest wielu parafian, którzy mimo że nie chodzą do kościoła, jednak pragną przyjąć księdza w domu. Odwiedzenie tych wszystkich domów zajęło mi dokładnie 111 godzin, co pokazuje, że średni czas pobytu u jednej rodziny osiągnął nieco ponad 10 minut. Uważam to za wynik wystarczający. Oczywiście, że chciałoby się posiedzieć dłużej, poruszyć więcej tematów, ale jest to po prostu niemożliwe. Poza tym w wielu domach jest też tak, że - mówię to z ręką na sercu - widać w oczach ludzi pragnienie, aby ksiądz jak najszybciej wyszedł. Czasem to oznaka skrępowania, czasem unik przed podejmowaniem trudnych problemów, czasem nieumiejętność zachowania się...
No właśnie, chcę napisać coś o negatywnym zjawisku, jakie zauważyłem szczególnie w tym roku. Mógłbym to nazwać ostrożnie pewnymi brakami w kulturze osobistej. Bardzo często zdarza się bowiem, że przechodząc z domu do domu czy w bloku z mieszkania do mieszkania, zastaję zamknięte drzwi. I stoję pod nimi jak kretyn czekając na otwarcie, mimo że dosłownie przed chwilą był tam ministrant zapowiadając, że ksiądz za moment będzie. Uwierzcie mi, że to sytuacja bardzo częsta. Jest to zjawisko dla mnie niepojęte, być może dlatego, że mam przed oczyma obraz kolędy w moim rodzinnym domu, gdzie po zapowiedzi ministrantów mama natychmiast zapalała świece, a tata wychodził na korytarz i czekał na księdza. Natomiast po skończonej wizycie odprowadzał księdza do sąsiadów. Wyniósł ten zwyczaj ze swojego rodzinnego domu na mazowieckiej wsi, gdzie na księdza zawsze (i tak jest do dzisiaj) czekało się przy furtce, a potem odprowadzało do bramy sąsiedniej posesji. Owa jakże piękna tradycja od dziecka wydawała się dla mnie czymś zupełnie normalnym, aż do momentu, gdy sam zacząłem chodzić po kolędzie. Nigdy nie byłem ministrantem, więc odczułem dopiero jako kleryk, że jest to po prostu przykre. Żeby było jasne: nie uważam, że ksiądz to święta krowa i nie wymagam żadnego specjalnego traktowania. Nie chcę, żeby mieli drzwi otwarte na oścież i wyziębiali mieszkanie, nie chcę, żeby ktoś czekał na mnie przy furtce i sam się przeziębił, ale głupio mi stać pod drzwiami, gdy ludzie wiedzą, że za chwilę przyjdę. Po dłuższej chwili słyszę szczęk zamka, ktoś wreszcie otwiera, wchodzę i zastaję niezapalone świece, grający telewizor, dzieci chowające się po pokojach... Coś jest nie tak z naszą osobistą kulturą. Nie miałbym nikomu za złe takiej sytuacji, gdybym przychodził z zaskoczenia. Ale ludzie wiedzą, że będzie kolęda, a przede mną idzie ministrant i informuje, że ksiądz jest w tej chwili u sąsiadów i za moment przyjdzie. Nie rozumiem w czym leży problem z przygotowaniem. Podczas tegorocznej kolędy RAZ (dosłownie: JEDEN RAZ) zdarzyło się, że gospodarz domu oczekiwał mnie przy furtce i po wizycie do furtki odprowadził. Było mi niesamowicie miło, bo wcale nie musiał tego robić. Przecież tak naprawdę wystarczą tylko uchylone drzwi, albo nawet zamknięte, ale nie na zamek, i ktoś czuwający przy drzwiach, żeby otworzyć gdy tylko zobaczy mnie przez wizjer. To naprawdę niewiele i rzeczywiście wiele rodzin tak czyni. Z serca im za to dziękuję.
Czasem też zdarza się scenka, którą przeżyłem ostatnio trzy dni temu. Skończyłem swój "przydział" i pojechałem pomóc innemu księdzu, któremu zostało jeszcze sporo rodzin. Było już dość późno, około wpół do dziewiątej. Dostałem namiary na rodziny, które dzień wcześniej zadeklarowały chęć przyjęcia księdza. Wybieramy pierwsze mieszkanie, ministrant dzwoni domofonem i mówi:
- Szczęść Boże. Kolęda.
- Teraz?! - odzywa się męski głos i natychmiast  następuje szczęk rzuconej słuchawki.
Jestem w stanie zrozumieć irytację tego pana, oczekującego pewnie od szesnastej aż ksiądz łaskawie przyjdzie, ale czy naprawdę tak ciężko jest o odrobinę kultury? Czy nie można powiedzieć: "Przepraszam, jest już zbyt późno, dlatego księdza nie przyjmę". Poza tym to nie moja wina, że przyszedłem tak późno. Może ludzie myślą, że ksiądz u każdego posiedzi, naje się ciasta, wypije kawę, a może nawet coś mocniejszego, i jeszcze zgarnie za to kasę. Takiemu to dobrze! Może też tacy są, ale proponuję nie przykładać do wszystkich tej samej miarki. Tak samo z mojej strony patrząc, w wielu przypadkach ci ludzie, którzy kazali mi czekać pod drzwiami, okazują się całkiem sympatyczni, a nawet serdeczni. 
Tak czy inaczej Kolędę 2012 uważam za zamkniętą.Do zobaczenia w przyszłym roku:)

1 komentarz:

  1. jakiego zobaczenia?! u mnie ksiądz nie był! pozdrawiam... xD.

    OdpowiedzUsuń