wtorek, 28 lutego 2012

Autostopowicze

Kiedyś obiecałem sobie, że gdy wejdę w posiadanie własnego samochodu, będę zawsze zabierał autostopowiczów. Dziś co prawda jest to wymierający gatunek podróżników, ale gdzieniegdzie jeszcze się pojawiają. Podjęte postanowienie uzasadniałem jednym z kluczowych dla chrześcijanina fragmentów Biblii, znanym w teologii moralnej jako "złota zasada postępowania": Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! (Mt 7,12). Byłem w życiu kilkakrotnie zmuszony przez sytuację do polowania na przejeżdżające samochody i wkurzało mnie niezmiernie, że jadący w pojedynkę kierowcy nie zatrzymują się. Co im szkodzi przewieźć gościa kilka czy kilkanaście kilometrów? Oczywiście jestem w stanie zrozumieć obawy, że można trafić na jakiegoś kryminalistę, ale ja osobiście raczej nigdy nie mam takich lęków. Zatem postanowienie wdrożyłem w życie, gdy tylko stałem się posiadaczem czerwonego malucha i faktycznie zdarzyło mi się nim podwieźć kilka przypadkowych osób, nie dokonując przy tym żadnej selekcji. Jednak niestety w miarę stosowania owego postanowienia w praktyce, coraz bardziej opuszczała mnie chęć zatrzymywania się na widok machających ręką ludzi. Zdarzyło się bowiem niejednokrotnie, że do samochodu wsiadał ktoś cuchnący alkoholem (wczorajszym lub dzisiejszym), co czyniło dalece nieprzyjemnym nie tylko fakt zabrania autostopowicza, ale i całą podróż. Po kilku takich doświadczeniach zacząłem baczniej oceniać sytuację. Nie biorę więc łachmaniarzy i dresiarzy, nie biorę ludzi stojących na przystanku PKS, gdy wiem, że chwilę za mną jedzie autobus (bo wcześniej go wyprzedziłem) i nie biorę ludzi stojących w miejscach, gdzie nie da się bezpiecznie zatrzymać. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że dokonując takiej selekcji mogę pozbawić transportu kogoś, kto rzeczywiście go potrzebuje, ale w końcu autostopowicz też musi się liczyć z tym, że nie każdy go zabierze. Dziś zresztą miejsce autostopu powoli zajmuje zjawisko określane mianem carpooling, czyli oferowanie przez Internet miejsc w samochodzie w danym dniu na danej trasie. Jest to bezpieczniejsze dla obu stron, choć sprawdza się tylko na dalekich trasach. W kwestii braku transportu gdzieś na wioskach nadal pozostaje ludziom niestety stanie przy drodze z wyciągniętą ręką. Oby tylko byli porządni i trzeźwi.

czwartek, 23 lutego 2012

Młodzież i Sakrament Bierzmowania

W chwili obecnej zajmuję się intensywnie przygotowaniem młodzieży do bierzmowania. Zostaliśmy wszyscy nieco zaskoczeni bliskością terminu, ale biskup ma tego sporo, więc trzeba się dostosować. Nie będę pisał o samym przygotowaniu, bo co parafia to obyczaj, sam zresztą testuję jeszcze różne formy i powoli kształtuje mi się jakiś tam optymalny obraz tego, co można zrobić, żeby młodzież wiedziała "co to i po co".
No właśnie. A dlaczego w ogóle młodzież? Myślę, że to jest podstawowe pytanie - czemu Sakrament Bierzmowania ma się odbywać w tym a nie innym wieku kandydata? Wszyscy przecież wiedzą, że to jest porażka - kandydaci są niedojrzali, nierzadko w ogóle nie wiedzą co to jest, a dwa dominujące argumenty, dla których lecą do bierzmowania jak pszczoły do miodu są następujące: "bo rodzice kazali" oraz "bo mi to potrzebne do ślubu". Poza tym czują się w pewnym sensie przymuszeni, gdyż do sakramentu idzie prawie cała wataha z klasy czy z podwórka, stąd też głupio by było, gdyby któryś nie poszedł. A efekty są takie, że po bierzmowaniu nie zobaczymy już ich w kościele. Nawet mówi się gorzkim żartem, że "biskup wybierzmował ich z kościoła".
Dlatego moja prywatna opinia jest następująca: Sakrament Bierzmowania powinien być kompletnie oddzielony od wieku. Czyli nie powinien odbywać się na zasadzie Pierwszej Komunii Świętej, gdzie idą całe drugie klasy z podstawówki, ale raczej na zasadzie Sakramentu Małżeństwa - chcę, jestem przekonany, więc zgłaszam się do proboszcza i rozpoczynam przygotowanie, które odbywałoby się w takim wypadku na wzór kursów przedmałżeńskich z jakąś określoną częstotliwością. W takiej opinii utwierdzają mnie rozmowy z kandydatami "starszymi", czyli takimi, którzy w gimnazjum zbuntowali się i nie poszli, a po paru latach stwierdzili, że jednak by chcieli i sami się zgłosili. Oni mówią, że dobrze się stało, ponieważ mają okazję przyjąć ten sakrament bardziej świadomie i dojrzale. I o to chodzi. Co prawda - jak głosi teologia scholastyczna (św. Tomasz z Akwinu i in.) - sakrament jest skuteczny ex opere operato, czyli przez sam fakt jego udzielenia, ale jego owocność zależy od dyspozycji przyjmującego. Przekładając to z teologicznego na nasze: im bardziej świadomie i otwarcie podejdę do sakramentu, tym większe owoce przyniesie on dla mojej wiary. Czas więc skończyć z masówką i dążyć do normalności, inaczej będzie można to wszystko o kant dupy rozbić.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Walka karnawału z postem

Ojojoj, jak ten czas szybko leci - myśl tyleż odkrywcza, co oryginalna. Jesteśmy u końca karnawału, a już Wielki Post czai się za rogiem i właśnie tego momentu wybitnie nie lubię. Człowiek przeżywa coś w rodzaju rozdarcia - po jednej stronie stoi chęć wykorzystania do cna tych ostatnich dni zabawy, a po przeciwnej racjonalna raczej myśl o wyciszeniu i przygotowaniu się na czas pokuty. Przypomina to do bólu obraz Pietera Breugla pt. Walka karnawału z postem:


Niespecjalnie interesuję się malarstwem, ale niektóre dzieła jako wybitne i ponadczasowe szczególnie do mnie przemawiają. To, co akurat w tym obrazie mnie zafascynowało, to wielki bajzel. Jestem przekonany, że był on zamierzony przez autora, aby pokazać uniwersalność walki karnawału z postem. To odwieczny spór o religijność i wizję świata, który powoduje totalny bałagan. Jeżeli przystawimy ten obraz (namalowany przecież w 1559 roku) do naszych czasów, otrzymamy świetny opis rzeczywistości. Patrząc na to, co się dzieje w naszym kraju czy na świecie, na pierwszym planie widzimy bajzel, chaos. Gdy przypatrzymy się wyraźniej, możemy dostrzec z czego on wynika - z walki dwóch przeciwnych (skrajnych?) filozofii. Ale to nie jest walka jakichś niezidentyfikowanych sił ale walka, która odbywa się w każdym człowieku i jest związana z konkretnymi wyborami, których ten czy tamten człowiek dokonuje.
Nie będę się nad tym rozpisywał, bo nudzą mnie zbyt długie filozoficzne wywody, raczej chciałbym tu postawić pewien punkt wyjścia do refleksji na temat filozofii życia, wizji świata, religijności, zabawy, postu, whatever. A przede wszystkim wyborów, jakich w tym całym bajzlu dokonuję ja.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Requiem dla Whitney

Daleki jestem od pisania peanów na cześć zmarłych celebrytów, ale Whitney Houston należy się ode mnie specjalne wspomnienie. Odeszła nagle i niespodziewanie, co powoduje w świecie wiele skrajnych opinii. Gorliwi fani dramatycznie szlochają, że odszedł najlepszy głos wszechczasów, zwolennicy teorii spiskowych doszukują się przyczyn śmierci, a ci najmniej życzliwi powiedzą: "ma za swoje" - taki tryb życia musiał skończyć się nieszczęściem (vide zeszłoroczne odejście Amy Winehouse). Owszem, łatwo jest osądzać osobę, która niewątpliwie była gwiazdą w najszerszym tego słowa znaczeniu, czyli z maksymalną dawką popularności, pieniędzy, ale i talentu. Bo mimo że swojej pozycji raczej nie osiągnęła ciężką pracą od zera, to na pewno nie można zarzucić Whitney, że do sukcesu doszła będąc wokalistką przeciętną. Mieliśmy bez cienia wątpliwości do czynienia z głosem wybitnym. Co prawda osobiście nie posunąłbym się aż tak daleko, jak Edyta Górniak, która stwierdziła, że "straciliśmy najpiękniejszy głos świata i takiego Ziemia już nie urodzi", ale przecież było w jej głosie coś magicznego. Bóg obdarował ją niezwykłym talentem.
Chociaż kochała śpiewać i było widać, że w wykonywanie piosenki wkładała całą siebie, przerosła ją niestety własna sława. Tak właśnie odczytuję śmierć Whitney Houston: stała się ofiarą własnej popularności. Wielu ludzi nie potrafi tego zrozumieć i stąd się może biorą pochopne osądy gwiazd, które zatracają się w swoich nałogach. A przecież musi być straszne, gdy traci się bezpowrotnie prawo do prywatności, gdy na każdym kroku jest się śledzonym i ocenianym, kiedy nie ma już innego sposobu odreagowania emocji, jak tylko odpłynięcie w świat alternatywnych doznań. Innym może się wydawać, że pani Houston maksymalnie korzystała z życia ale ja rozumiem i domyślam się, jak bardzo musiała się męczyć na tym świecie. Jej śmierć pozostaje przesłaniem dla ludzi, że chociaż można osiągnąć wszystko na tym świecie i być "kimś", to jednak człowiek zawsze pozostaje istotą kruchą, nie zawsze potrafiącą unieść bagaż tego, co osiągnął.
Natomiast ja pozostaję przy modlitwie i dziękuję Bogu za to, że po takich ludziach pozostawia nam przynajmniej ślad w postaci pięknych piosenek, jak ta na przykład:

niedziela, 12 lutego 2012

Nowoczesność powoduje kalectwo

Kiedy byłem na pierwszym roku seminarium duchownego, ksiądz rektor opowiedział mojemu rocznikowi autentyczną historię mającą zapewne nam, nieopierzonym jeszcze i niezaznajomionym z seminaryjną rzeczywistością, zilustrować fakt, że pochodzimy z różnych środowisk i to, co dla jednego jest zupełnie oczywiste i naturalne, dla drugiego takim być nie musi. Chodziło o to, że przed laty pojawił się na pierwszym roku chłopak, którego zasadniczą wadą był brak higieny osobistej. Czyli po prostu się nie mył. Oczywiście taki stan rzeczy długo utrzymać się nie mógł, ponieważ nikt w seminarium nie mieszka sam, a poza tym człowiek jest i tak skazany na intensywne życie wspólnotowe. A wspólnota - jak to wspólnota - na różne sposoby reaguje na to, z czym się zgodzić nie może. Zatem ów chłopak najpierw doświadczał delikatnych aluzji w postaci np. ręcznika i mydła położonych na biurku z kartką o treści "Stęskniliśmy się za tobą", potem z kolei różnego rodzaju słownych przytyków i drwin, aż wreszcie po kilku dniach wylądował w rektoracie na rozmowie z najwyższym przełożonym, mającej wyjaśnić przyczyny arcyprzykrej woni roztaczającej się wokół delikwenta. Przyczyna ta okazała się tak banalna, że nikt by na to nie wpadł. Otóż tenże młody kleryk pochodził z małej, zapyziałej wioski na krańcu diecezji, gdzie - jak to się ładnie mówi - psy szczekają inną częścią ciała niż do tego przeznaczona, i cała dotychczasowa jego higiena sprowadzała się do wiadra wody ze studni i kawałka szarego mydła. Mieszkanie w nowoczesnym (jak na owe czasy) budynku, gdzie miał do dyspozycji zlewozmywak i kabinę prysznicową, przerosło go. Nie potrafił obsłużyć tak nowoczesnego sprzętu. Sprawa została więc wyjaśniona sprawnie, bez pomocy detektywa Rutkowskiego, i chłopak został natychmiast wysłany do kolegi z roku na szkolenie w zakresie obsługi prysznica.
Cała ta historia może wydać się śmieszna, a nawet nieprawdziwa, ale faktycznie są osoby, którym ciężko się przyzwyczaić do technologicznych nowinek. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego osoby starsze czasem nie są w stanie nauczyć się obsługi komórki lub komputera? Nie dlatego, że nie są inteligentne. Są przerażone i zblokowane przez niewiarygodne dla nich zaawansowanie technologiczne urządzenia. Po prostu boją się, że gdy je dotkną, to nieodwracalnie zepsują albo coś wybuchnie. Tylko że te osoby świetnie sobie poradzą bez takiego urządzenia. Całe życie przeżyli nawet nie marząc o komórkach i tym podobnych bajerach, więc nie jest to dla nich niezbędne do funkcjonowania. O wiele gorsza jest sytuacja odwrotna, o której myślałem w ostatnich dniach przebywając w mojej wiosce.
Chodzi o sprawę dość prozaiczną. Tuż przed moim przyjazdem temperatura wyniosła -26 st. C. W związku z tym, że chałupa jest bardzo stara (stawiał ją mój pradziadek), drewniana i bez normalnego fundamentu, zamarzły rury z wodą między kuchnią a łazienką, zamarzła też główna rura doprowadzająca wodę do domu, a na domiar złego piece kaflowe wymagały natychmiastowego czyszczenia, bo ogień za cholerę nie chciał się rozniecić. Zastanawiałem się, cóż by począł w takiej sytuacji wychowanek nowoczesnego pokolenia, przyzwyczajonego do ciepełka z kaloryferów o wzorcowej temperaturze ustawionej na termostacie, już o wodzie nie wspominając. Dla mnie to był tylko powrót do sytuacji sprzed kilku lat, bo łazienka w tym domu pojawiła się dosłownie dwa lata temu, a wodociąg może pięć lat wcześniej. Przedtem biegało się po wodę do studni, a myło się w miednicy. I człowiekowi do szczęścia nic nie brakowało. A dziś spotykam coraz częściej młodych ludzi (bo niestety głównie ich ten problem dotyczy), którzy bez kalkulatora nie potrafią dodać dwóch liczb, którzy nie potrafią nożem ukroić kromki chleba (bo w domu mają elektryczną krajalnicę), dla których zgubienie telefonu to najgorsze piekło na ziemi, a brak prądu to Armagedon. Dochodzę zatem do wniosku, że nowoczesność powoduje kalectwo życiowe. Oczywiście nie wszystkich to dotyczy, ale alarm jest moim zdaniem uzasadniony: przecież dzieci wychowane w cieplarnianych warunkach nie mają szans na przetrwanie w warunkach naprawdę skrajnych. Wyobraźmy sobie co by było, gdyby II Wojna Światowa wybuchła dzisiaj. Przecież - nie wspominając nawet o obozach - ludzie przeżywali zimę niejednokrotnie w piwnicach, żywiąc się od czasu do czasu kawałkiem znalezionego czegoś tam, podgryzani przez szczury, trawieni chorobami... Żeby to przetrwać nie tylko musieli mieć siły fizyczne, ale również odporność psychiczną, żeby się całkowicie nie załamać. A dziś rośnie nam pokolenie nieuków, nieudaczników i lalusiów, którzy nawet nie potrafią sprzątnąć po sobie. Dziękować Bogu, że są jeszcze mądrzy rodzice, którzy mimo jako-takiej zamożności potrafią pokazać dziecku coś innego, a przede wszystkim nauczyć je, że nie zawsze będzie miało tak, jak ma teraz. Dlatego warto coś umieć, żeby sobie poradzić w sytuacji podbramkowej i nie być nowoczesnotechnologicznym kaleką.

środa, 8 lutego 2012

Adres meldunkowy

Obowiązek meldunkowy to anachronizm po czasach PRL-u, kiedy to jedynie słuszna władza musiała mieć wszystkich obywateli pod ścisłą kontrolą. W związku z tym przede wszystkim przemieszczanie się ludności podlegało "monitorowaniu" - umyślnie piszę to w cudzysłowie, bo przecież w czasach, kiedy komputer w naszym rozwiniętym państwie był maszyną budzącą zdumienie, zakłopotanie, a nawet wrogość (jako zgniły twór imperialistycznego Zachodu), o prawdziwym monitorowaniu nie mogło być absolutnie mowy. Dziś pozostaje dziękować Bogu, że technologie informatyczne były wtedy mniej dostępne w naszym kraju niż papier toaletowy. Inaczej władza z pewnością nie zawahała by się ich użyć i mielibyśmy do czynienia z inwigilacją w czystej postaci. A tak jedynie społeczeństwo musiało ponosić spory trud zgłoszenia we właściwym urzędzie miejsca swojego pobytu trwającego dłużej niż trzy dni. Trud ów był oczywiście teoretyczny, ponieważ (jak to w PRL-u) ten obywatelski obowiązek był nagminnie łamany i raczej nikt nie zawracał sobie głowy bieganiem po urzędach. Kuriozalność tego przepisu wykpiwał w niejednym filmie czy serialu Stanisław Bareja.
Jednakże jak to często bywa w naszej kochanej Ojczyźnie, ustrój się zmienił, a przepisy nie. Naturalnie wprowadzono drobne korekty, ale nadal obowiązuje nas zameldowanie na pobyt stały lub czasowy. Znacząca różnica w stosunku do poprzedniego systemu jest jednak taka, że państwo dopuszcza możliwość posiadania miejsca zamieszkania (czyli faktycznego przebywania) innego niż miejsce zameldowania (wpisane w dowodzie). Będąc akurat zmuszony przez sytuację do wymeldowania się z poprzedniego adresu (pod którym oczywiście nie mieszkam już od lat) przemyślałem sprawę dogłębnie i wpadłem na genialną myśl, żeby przy tej okazji wynieść się ze Szczecina w ogóle. Mam na Mazowszu miejsce, które jest związane z wieloma cudownymi wspomnieniami, miejsce, gdzie urodził się i wychował mój ojciec, a dla mnie była to od zawsze rezydencja letnio-zimowa, którą ciężko było opuszczać, gdy skończył się czas wypoczynku. Jako dziecko często marzyłem o przeprowadzeniu się tam na stałe, co realnie - rzecz jasna - absolutnie nie wchodziło w grę. Dziś "nadejszla wiekopomna chwiła" (jak mawiał Pawlak) i spełniłem swoje marzenie, przynajmniej od strony formalnej, wykorzystując anachroniczny przepis o obowiązku meldunkowym (który nota bene za dwa lata zostanie zniesiony). Jestem od tej pory oficjalnie mieszkańcem mazowieckiej wioski i bardzo się z tego cieszę, bo zawsze się tu czułem jak w domu. Pozdrawiam więc jako pół-szczecinianin i pół-mazowszanin, dziś z akcentem na to drugie.

czwartek, 2 lutego 2012

Przychodzi ksiądz po kolędzie cz.3

Dziś świętuję zakończenie kolędy. Trochę niestety zeszło, no ale trzeba odwiedzić wszystkich, którzy sobie tego życzą. Pokuszę się o pewnego rodzaju podsumowanie, połączone z ogólnymi refleksjami dotyczącymi tego, co nazywamy wizytą duszpasterską.
Na początek tegoroczna kolęda w statystyce. Otóż odwiedziłem łącznie 657 rodzin spośród 1341 mieszkań, które miałem w "rewirze". To oznacza, że przyjęło mnie 49 procent mieszkańców. Biorąc pod uwagę, że w mojej parafii uczestnictwo we Mszy św. niedzielnej wynosi ledwie ponad dwadzieścia procent, uważam to za wynik niezły - wciąż jest wielu parafian, którzy mimo że nie chodzą do kościoła, jednak pragną przyjąć księdza w domu. Odwiedzenie tych wszystkich domów zajęło mi dokładnie 111 godzin, co pokazuje, że średni czas pobytu u jednej rodziny osiągnął nieco ponad 10 minut. Uważam to za wynik wystarczający. Oczywiście, że chciałoby się posiedzieć dłużej, poruszyć więcej tematów, ale jest to po prostu niemożliwe. Poza tym w wielu domach jest też tak, że - mówię to z ręką na sercu - widać w oczach ludzi pragnienie, aby ksiądz jak najszybciej wyszedł. Czasem to oznaka skrępowania, czasem unik przed podejmowaniem trudnych problemów, czasem nieumiejętność zachowania się...
No właśnie, chcę napisać coś o negatywnym zjawisku, jakie zauważyłem szczególnie w tym roku. Mógłbym to nazwać ostrożnie pewnymi brakami w kulturze osobistej. Bardzo często zdarza się bowiem, że przechodząc z domu do domu czy w bloku z mieszkania do mieszkania, zastaję zamknięte drzwi. I stoję pod nimi jak kretyn czekając na otwarcie, mimo że dosłownie przed chwilą był tam ministrant zapowiadając, że ksiądz za moment będzie. Uwierzcie mi, że to sytuacja bardzo częsta. Jest to zjawisko dla mnie niepojęte, być może dlatego, że mam przed oczyma obraz kolędy w moim rodzinnym domu, gdzie po zapowiedzi ministrantów mama natychmiast zapalała świece, a tata wychodził na korytarz i czekał na księdza. Natomiast po skończonej wizycie odprowadzał księdza do sąsiadów. Wyniósł ten zwyczaj ze swojego rodzinnego domu na mazowieckiej wsi, gdzie na księdza zawsze (i tak jest do dzisiaj) czekało się przy furtce, a potem odprowadzało do bramy sąsiedniej posesji. Owa jakże piękna tradycja od dziecka wydawała się dla mnie czymś zupełnie normalnym, aż do momentu, gdy sam zacząłem chodzić po kolędzie. Nigdy nie byłem ministrantem, więc odczułem dopiero jako kleryk, że jest to po prostu przykre. Żeby było jasne: nie uważam, że ksiądz to święta krowa i nie wymagam żadnego specjalnego traktowania. Nie chcę, żeby mieli drzwi otwarte na oścież i wyziębiali mieszkanie, nie chcę, żeby ktoś czekał na mnie przy furtce i sam się przeziębił, ale głupio mi stać pod drzwiami, gdy ludzie wiedzą, że za chwilę przyjdę. Po dłuższej chwili słyszę szczęk zamka, ktoś wreszcie otwiera, wchodzę i zastaję niezapalone świece, grający telewizor, dzieci chowające się po pokojach... Coś jest nie tak z naszą osobistą kulturą. Nie miałbym nikomu za złe takiej sytuacji, gdybym przychodził z zaskoczenia. Ale ludzie wiedzą, że będzie kolęda, a przede mną idzie ministrant i informuje, że ksiądz jest w tej chwili u sąsiadów i za moment przyjdzie. Nie rozumiem w czym leży problem z przygotowaniem. Podczas tegorocznej kolędy RAZ (dosłownie: JEDEN RAZ) zdarzyło się, że gospodarz domu oczekiwał mnie przy furtce i po wizycie do furtki odprowadził. Było mi niesamowicie miło, bo wcale nie musiał tego robić. Przecież tak naprawdę wystarczą tylko uchylone drzwi, albo nawet zamknięte, ale nie na zamek, i ktoś czuwający przy drzwiach, żeby otworzyć gdy tylko zobaczy mnie przez wizjer. To naprawdę niewiele i rzeczywiście wiele rodzin tak czyni. Z serca im za to dziękuję.
Czasem też zdarza się scenka, którą przeżyłem ostatnio trzy dni temu. Skończyłem swój "przydział" i pojechałem pomóc innemu księdzu, któremu zostało jeszcze sporo rodzin. Było już dość późno, około wpół do dziewiątej. Dostałem namiary na rodziny, które dzień wcześniej zadeklarowały chęć przyjęcia księdza. Wybieramy pierwsze mieszkanie, ministrant dzwoni domofonem i mówi:
- Szczęść Boże. Kolęda.
- Teraz?! - odzywa się męski głos i natychmiast  następuje szczęk rzuconej słuchawki.
Jestem w stanie zrozumieć irytację tego pana, oczekującego pewnie od szesnastej aż ksiądz łaskawie przyjdzie, ale czy naprawdę tak ciężko jest o odrobinę kultury? Czy nie można powiedzieć: "Przepraszam, jest już zbyt późno, dlatego księdza nie przyjmę". Poza tym to nie moja wina, że przyszedłem tak późno. Może ludzie myślą, że ksiądz u każdego posiedzi, naje się ciasta, wypije kawę, a może nawet coś mocniejszego, i jeszcze zgarnie za to kasę. Takiemu to dobrze! Może też tacy są, ale proponuję nie przykładać do wszystkich tej samej miarki. Tak samo z mojej strony patrząc, w wielu przypadkach ci ludzie, którzy kazali mi czekać pod drzwiami, okazują się całkiem sympatyczni, a nawet serdeczni. 
Tak czy inaczej Kolędę 2012 uważam za zamkniętą.Do zobaczenia w przyszłym roku:)