niedziela, 29 stycznia 2012

Sting o królu Dawidzie

W miniony piątek liturgia słowa zawierała jako pierwsze czytanie fragment Drugiej Księgi Samuela (zob. 2 Sm 11,1-4a.5-10a.13-17.27c). Rozważając to słowo przypomniałem sobie o jednej z piosenek Stinga, mojego ulubionego piosenkarza oraz wielkiego muzyka i autora tekstów. Jeśli chodzi w ogóle o wykonawców tzw. muzyki pop, rzadko można mówić o jakiejkolwiek literackiej wartości śpiewanych tekstów. Na pewno znalazłoby się kilku autorów odstających od tej tezy (w sensie pozytywnym rzecz jasna), ale większość śpiewa o przysłowiowej dupie marynie, nawet jeśli oprawa muzyczna jest jak najbardziej ładna i sensownie zaaranżowana, a całość utworu ckliwa aż do wyciskania łez. Słuchając (rzadko na szczęście) radia coraz bardziej przekonuję się, że tekst nie ma dla dzisiejszych wykonawców kompletnie żadnego znaczenia. Nie będę się jednak o tym rozwodził, bo to temat na osobny (może nawet dość długi) artykuł. Wiemy o co chodzi.
Chcę natomiast powiedzieć z całą mocą i przekonaniem, że Sting należy do wymierającego niestety grona artystów, którzy piszą piosenki sensowne i nierzadko zmuszające do refleksji. Przykładem jest piosenka Mad About You inspirowana wspomnianym przeze mnie na początku fragmentem Drugiej Księgi Samuela. Biblijna opowieść o grzechu króla Dawida może nie wyróżnia się jakąś szczególną fabułą, ale kiedy człowiek zagłębia się w klimat tej historii, pojawia się cała gama emocji. Faktycznie uczucie, którym Dawid darzy Batszebę, jest na tyle silne, że skłania go nie tylko do grzechu cudzołóstwa, ale też do zabójstwa całkiem niewinnego, a przecież wiernego mu i zasłużonego żołnierza. Sting genialnie wyczuł ten emocjonalny pejzaż i opisał uczucie króla Dawida w taki sposób, że człowiek słuchając tego utworu może niemal poczuć się królem Dawidem związanym przez rozpalone miłosne pożądanie do Batszeby, co nieodparcie powoduje chęć usprawiedliwienia jego grzechu. Posłuchajcie najpiękniejszego wykonania na żywo tej pieśni:

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Efekt pracy twórczej

Ostatni miesiąc spędziłem pracując nad nagraniami kolęd i pastorałek w wykonaniu scholi z parafii, w której wcześniej posługiwałem. Dziewczyny poprosiły o konsultacje i pomoc w nagraniach rejestrowanych własnym sumptem, a więc z pogwałceniem wielu zasad realizacji dźwięku, za to przy ogromnej dawce dobrej woli i nadziei, że "jakoś to będzie". Bądź co bądź to ich pierwsze doświadczenie w nagrywaniu czegokolwiek. Moja rola, z początku faktycznie ograniczona do konsultacji i krytyki, w trakcie prac zasadniczo się zmieniła, w zasadzie z mojej własnej winy. Któregoś dnia bowiem medytując nad całością przedsięwzięcia i jednocześnie przesłuchując praktycznie tandetny materiał po wstępnych nagraniach, stwierdziłem, że jestem w stanie im pomóc bardziej twórczo niż tylko przez krytykę ich dokonań. Moje wnioski opierały się na następujących założeniach: 1) dziewczyny podeszły do sprawy naprawdę na serio, 2) włożyły wiele pracy w przygotowania, 3) sporo swojego cennego czasu poświęcił Michał Koniarski, który realizował nagrania, 4) szkoda teraz, żeby to wszystko szlag trafił przez jakże mizerny efekt całości. I właściwie na litości to wszystko opierając - doprawdy nie widzę w tym nic złego, przecież Pan Jezus w bardzo wielu przypadkach uzdrowień kierował się litością właśnie - zaproponowałem scholi dokończenie nagrań u mnie, poprawienie ich na ile to możliwe, a do tego dogranie paru partii instrumentalnych. Bóg jeden wie, ile razy potem ubolewałem z powodu podjęcia tej decyzji, ale cel został osiągnięty. Nagrania brzmią przyzwoicie i raczej uszu nie kaleczą. Wspomniany Michał również stanął na wysokości zadania uzupełniając i wzbogacając wydumane przeze mnie aranżacje o partie instrumentów dętych i perkusyjnych. Muszę też przyznać, że nieźle się bawiłem wymyślając "co by tu można jeszcze dołożyć" do danego kawałka, wpadając na pomysły czasem w środku nocy, czasem w połowie śniadania, a czasem po kolędzie. Z dnia na dzień utwory zmieniały brzmienie, klimat i styl. Oczywiście bywało też nużąco, kiedy trzeba było takt po takcie, nuta po nucie przesłuchiwać fragmenty nagrań i poprawiać niedoróbki. Najbardziej dotkliwie odczułem jednak momenty bezsilności, kiedy danego utworu nie dało się poprawić mimo ewidentnych fałszów lub innych dysfunkcji. Całość włożonej pracy jednak zaowocowała pewnego rodzaju satysfakcją. Dlatego z niejaką dumą (przy pełnej świadomości wielu braków zmontowanych piosenek) prezentuję jako ciekawostkę jeden z efektów mojej pracy w opcji PRZED/PO. Specjalnie wybrałem utwór najkrótszy i najbardziej reprezentacyjny. Oceńcie sami.

PRZED (wersja robocza po nagraniu):



PO (wersja ostateczna po dograniu instrumentów i obróbce):



P.S. Odtwarzarka pokazuje mnie jako autora/wykonawcę ze względu na pewne ograniczenia natury technicznej. Tak naprawdę wykonawcą jest Kostka Project, autor piosenki pozostaje nieznany, solo śpiewa Asia Horn, na gitarze klasycznej gra Ania Szydełko, na trąbce Michał Koniarski, a na gitarze akustycznej, elektrycznej i basowej oraz cajonie piszący tego bloga.

niedziela, 22 stycznia 2012

Rozdział Kościoła od państwa

Dziś w mojej diecezji czytamy list pasterski naszego arcybiskupa Andrzeja Dzięgi. Szczerze powiedziawszy listy pasterskie rzadko inspirują do czegokolwiek poza głębokim snem, ten jednak zainspirował mnie do popełnienia niniejszego wpisu. Nasz Pasterz wypowiada się bowiem w sprawach aktualnych i ważnych dla Kościoła w Polsce, tłumaczy przy tym sprawy niezrozumiałe dla niewtajemniczonych. Dlatego pozwolę sobie obfite fragmenty tego listu zacytować. A chodzi o coraz częściej podejmowany (a może nawet wykrzykiwany) postulat rozdziału Kościoła od państwa. Arcybiskup pisze: "Ciekawostką jest, iż nie mówią o rozdziale Państwa od Kościoła, tak, jakby państwo chciało mieć możliwość bezpośrednich interwencji w sprawy Kościoła, a jedynie Kościół by miał zamknięte usta. Dziwią te tematy, gdyż w Polsce od dawna istnieje taki rozdział konstytucyjny, ustawowy i realny". Sprawą podstawową jest bowiem to, jak ów rozdział się pojmuje. Z tego co się zdążyłem zorientować, politykom postulującym powyższy chodzi głównie o to, żeby Kościół nie był finansowany z budżetu państwa. No i nie jest. Bo niby jak? Przez Fundusz Kościelny? "Fundusz ten powstał jednostronną, arbitralną decyzją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, mocą tzw. ustawy o dobrach martwej ręki, z dnia 20 marca 1950. Ustawa ta odebrała Kościołowi – przede wszystkim Kościołowi katolickiemu – setki nieruchomości, w tym budynki szkół, szpitali, domów opieki, gospodarstwa rolne itp. Powstawały te nieruchomości kiedyś ze składek lub z pracy wiernych. Korzysta zaś z nich do dzisiaj państwo, które się już wtedy zobowiązało, że z racji na korzystanie z pożytków z tych nieruchomości, część tych pożytków będzie przeznaczało na zabezpieczenie dzieł prowadzonych przez Kościoły i związki wyznaniowe. Do roku 1989 Kościołowi katolickiemu jednak w praktyce nie pozwolono korzystać z tych środków, poza nielicznymi wyjątkami duchownych, tzw. księży patriotów, nielojalnych wobec Kościoła. Dobra te do dzisiaj pozostają całkowicie w ręku państwa i to państwo polskie czerpie pełne pożytki z tych dóbr. (...) Z tego Funduszu są rzeczywiście dofinansowywane – nie finansowane lecz dofinansowywane – niektóre dzieła charytatywne lub kulturowe oraz bardzo zasadnicze dzieło szkolnego nauczania religii. Taka jest bowiem decyzja władz polskiego państwa, w ramach częściowej rekompensaty za pożytki do dzisiaj pozostające każdego roku w budżecie państwa. Dziwi więc, że niektórzy z parlamentarzystów próbują
odpowiedzialność za tę sytuację przerzucać dzisiaj na ludzi Kościoła, w rzeczywistości zaś chcąc po raz kolejny obciążyć wiernych Kościoła katolickiego skutkami dawnych politycznych decyzji."
Nic do dać, nic ująć. No to może chodzi o Komisję Majątkową, która zwraca Kościołowi zagrabione bezprawnie nieruchomości? "W tej Komisji rozważane były jedynie kwestie zwrotu nieruchomości zarekwirowanych odrębną decyzją administracyjną – z naruszeniem także tamtej ustawy z 1950 roku – praktycznie bez żadnej rekompensaty. Pamiętam, jak w mojej miejscowości rodzinnej ówczesne władze po prostu zabrały ogród i sad przy plebanii, bo miejsce to pasowało pod budowę kilku bloków mieszkalnych. Mieszkania są ważne i służą do dzisiaj, ale zwyczajne prawo własności zostało wtedy naruszone. Dzisiaj w sądach państwo przegrywałoby takie sprawy jedna po drugiej, poza tym płacąc jeszcze odszkodowania za minione lata. Dlatego Kościół zgodził się na swoistą ugodę z państwem, rezygnując z odszkodowań, a prosząc jedynie o zwrot tych samych nieruchomości, a gdzie to niemożliwe – ekwiwalentu w innej formie. Takie Komisje działają do dzisiaj w odniesieniu do innych związków wyznaniowych. W ostatnich latach zdarzyły się, niestety, pewne prowokacje, inspirowane przede wszystkim przez ludzi, którzy chcieli niejako ‘na plecach’ kościelnych osób prawnych, ugrać coś dla siebie. Te pojedyncze sprawy należy jednak konsekwentnie powyjaśniać, rzeczywistych sprawców niejasności ukazać społeczeństwu, zaś przypadki naruszenia prawa odpowiednio ukarać". Jasne? Jasne. Pozostaje jeszcze kwestia podatków, których podobno księża nie płacą. "Warto więc przypomnieć, że każdy z duchownych, zatrudniony w ramach umowy o pracę w jakiejkolwiek instytucji, rozliczany jest zgodnie z przepisami polskiego prawa pracy i przepisami prawa o podatkach. Nie ma tu żadnych wyjątków. Dla wielu jednak duchownych, przede wszystkich chodzi tu o księży proboszczów i wikariuszy, jedynym zabezpieczeniem bytowym są dobrowolne ofiary wiernych, składane przy okazji posług duszpasterskich, a więc ofiary z racji Mszy Świętych, odprawianych na prośbę wiernych i według intencji tych wiernych, ofiary składane przy okazji posługi duchowej z racji ślubu lub pogrzebu, w naszej diecezji zwyczajowo także jedna trzecia ofiar składanych przez wiernych z racji na wizytę duszpasterską w rodzinie oraz błogosławieństwo mieszkań – też jedynie na zaproszenie wiernych. Nie są to więc środki na tyle stabilne, by je traktować jako pensje, dlatego przepisy ustawowe o tzw. ryczałtowym opodatkowaniu osób fizycznych, odnoszące się do różnych grup obywateli polskich, regulują także zryczałtowane podatki płacone przez księży proboszczów i wikariuszy. Warto tu podkreślić, że podstawą takiego opodatkowania jest łączna liczba wszystkich mieszkańców zameldowanych na terenie danej parafii, nie zaś liczba wiernych Kościoła katolickiego na terenie danej parafii". 
Mam nadzieję, że zamknie to usta różnym cymbałom, którzy chcą zrobić wodę z mózgu społeczeństwu wmawiając ludziom, że Kościół pełnymi garściami czerpie z budżetu państwa bez żadnych skrupułów. Oczywiście nie mam wątpliwości, że przeciwnicy Kościoła i tak będą go atakować - nie z tej, to z innej strony. Ale my (czyt.: ludzie wierzący) nie możemy dać się omamiać. Nie możemy dać sobie wmawiać oczywistych bzdur i kłamstw. Na pewno w sprawach relacji państwo-Kościół można wiele poprawić i należy do tego dążyć, jednak w prawdzie, która jest podstawą wszelkich relacji.

niedziela, 15 stycznia 2012

Przychodzi ksiądz po kolędzie cz. 2

Tak jak obiecałem, kilka ciekawostek z wizyt kolędowych, jakie przeżyłem. Jest ich dużo, ale nie wszystkie dobrze pamiętam. Nie wszystkie też da się opowiedzieć, a poza tym nie chcę zanudzać. Wybrałem kilka.

Najkrótsza wizyta

Pierwszy raz po kolędzie chodziłem na wsi. Były to piękne czasy, dobrze je pamiętam i z rozrzewnieniem wspominam. Tam też przeżyłem najkrótszą i najdziwniejszą jak dotąd wizytę po kolędzie. A było tak: wchodzę do domu, gdzie czeka na mnie zgromadzona rodzina w liczbie około ośmiu osób. Na mój uśmiech odpowiedziały posępne miny, co było pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak. Po modlitwie usiadłem, a oni stoją dalej. Zagajam więc zaglądając do kartoteki:
- Państwo X, prawda?
- (skinięcie głową)
- Jak minął rok?
- (cisza)
- Zdrowi jesteście?
- (cisza)
- Chodzicie do szkoły? - zwróciłem się do dzieci, widząc, że z dorosłymi nie idzie nawiązać kontaktu.
- (cisza)
- Czy coś się stało? - zapytałem w końcu, przekonany, że coś się stało.
- Nic - padła odpowiedź.
- W takim razie życzę wszystkiego dobrego - zakończyłem zrezygnowany, wstałem i wyszedłem.
Po raz pierwszy i jak na razie ostatni spotkałem się na kolędzie z czymś na kształt strajku włoskiego.

* * *

Najdłuższa wizyta
 
W wiosce obok przeżyłem z kolei najdłuższą wizytę po kolędzie. Wszedłem do chałupki, w której przyjęła mnie starsza, samotna kobieta, mająca pewne schorzenie psychiczne, o czym jednak nie zostałem uprzedzony. Po modlitwie usiadłem, a ona rozpoczęła rozmowę, która okazała się bardzo długim monologiem. Nie miałem pojęcia, że można mówić tak szybko i bez żadnej przerwy! Niestety nie za bardzo też można było wyłowić jakąś treść. Naturalnie rozumiałem, co ona mówi, ale nie było to spójne logicznie, a poza tym bogactwo wątków było okrutne. Przez pierwsze dziesięć minut usiłowałem się włączyć do rozmowy. Potem zaprzestałem usiłowania, mało tego, przestałem w ogóle słuchać, o czym ona mówi i odpłynąłem myślami daleko... Po około pół godzinie zacząłem intensywnie myśleć o tym, jak stąd wyjść, jednocześnie nie urażając tej pani. Polowałem na jej najmniejszy oddech, żeby tylko móc się wciąć z jakimkolwiek zdaniem kończącym wizytę. Przez długi czas to się nie udawało - jej oddechy były prawie niezauważalne, a ponadto ona brała je jakoś tak między wyrazami w środku zdania, w najmniej oczekiwanym miejscu. W końcu jednak się udało. Po czterdziestu pięciu minutach wyszedłem.

* * *

Imieniny

W innej parafii, już w mieście, trafiłem kiedyś po kolędzie - jak to często zresztą bywa - do mieszkania, w którym się mnie absolutnie nie spodziewali. Otworzył mi zaskoczony facet o wzroku błędnego rycerza, gdyż był już nieco podpity, i oznajmił przepraszająco, że ma dzisiaj imieniny a w mieszkaniu trwa przyjęcie. O dziwo jednak miał do tego stopnia pragnienie przyjęcia kolędy, że odważnie zaproponował mi wejście do środka, jeśli ten stan rzeczy mi nie przeszkadza. Mnie osobiście rzadko cokolwiek przeszkadza, a z kolei bardzo lubię, gdy ludzie zachowują się naturalnie, więc wszedłem do mieszkania, gdzie zobaczyłem kilkoro gości siedzących przy suto zastawionym stole. Na mój widok przerwali konsumpcję, wszyscy wstali, pomodliliśmy się, po czym zaproponowano mi przyłączenie się do przyjęcia. Odmówiłem rzecz jasna, bo przecież musiałem zaraz iść, ale na chwilę wypadało usiąść, co gospodarz wykorzystał, w trakcie rozmowy nalewając mi wódki do kieliszka. Wypiłem więc zdrowie solenizanta i ruszyłem dalej.

* * *

Paw

Ciekawe jest czasem to, co ludzie trzymają w domach. W jednej ze szczecińskich kamienic przyjęła mnie jedna pani, która zagadnięta przeze mnie zaczęła mi opowiadać o tym, co robi i jak żyje. Wyjaśniła, że razem z małżonkiem są na emeryturze, a mąż dużo czasu spędza na działce, dlatego też w tej chwili go nie ma. Ale słuchając jej wyłowiłem w pewnym momencie szum w drugim pokoju. 
- Ktoś tam jest? - zapytałem zdziwiony.
- To nasz paw - odpowiedziała trochę wstydliwie.
- Mają państwo pawia w domu? - byłem jeszcze bardziej zdziwiony i trochę rozbawiony.
- Nie, trzymamy go na działce, ale na zimę szkoda nam go zostawiać, więc zabieramy go do domu - odparła z uśmiechem. - Chce ksiądz zobaczyć?
- Jasne - nie mogłem zmarnować okazji.
Kobieta otworzyła drzwi od drugiego pokoju i wkroczył paw, dumny jak... paw. Zauważyłem, że jest oswojony, bo moja obecność w ogóle go nie krępowała. Rozmawialiśmy sobie dalej z panią, obserwując spacerującego po pokoju ptaka, aż przyszedł czas wyjścia. Pożegnałem się, pochwaliłem pawia i wyszedłem z mieszkania na korytarz, gdzie czekał na mnie ministrant.
- Ty, słuchaj, ta pani ma w mieszkaniu pawia! - podekscytowany podzieliłem się z nim nowiną.
- Jak pawia? - spytał naturalnie zdziwiony.
- No pawia - odpowiedziałem wcale mu się nie dziwiąc.
- Prawdziwego pawia?
- No!
- Takiego z buzi?

* * *

Sakrament

Zaszedłem kiedyś do mieszkania, w którym oprócz zdrowych członków rodziny, znajdował się również chory mężczyzna w średnim wieku, w piżamie. To też się często zdarza. Rozmowa się jednak zbytnio nie kleiła. W takich wypadkach najczęściej w miarę szybko wychodzę, bo bez sensu jest na siłę ciągnąć ludzi za język. Gdy wstałem, żeby się pożegnać, siostra chorego wypaliła:
- Proszę księdza, brat chciałby jeszcze porozmawiać na osobności.
- Jasne, bez problemu.
Wyszliśmy do drugiego pokoju i zamknęliśmy drzwi. Okazało się, że facet chciał się wyspowiadać. Nie był u spowiedzi ponad dwadzieścia lat i teraz, w obliczu ciężkiej choroby, zaczęło mu to mocno przeszkadzać. Ze wzruszeniem go wyspowiadałem ciesząc się, że przynajmniej ten jeden raz kolęda w jego życiu miała bardzo głęboki sens.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Przychodzi ksiądz po kolędzie

Wybaczcie, ale mam teraz niewiele czasu na pisanie, gdyż trwa okres kolędowy. Wiele już razy ten temat był poruszany, każdego roku w styczniu jest wałkowany w mediach, księża też się rozpisują, więc nie będę dokładał wielu słów do tego, co już powiedziane. A już na pewno nie będę pisał o tym, jak kolęda powinna wyglądać. Wszyscy pragniemy ideału. Księża by chcieli wejść do czystego domu, zastać stół nakryty białym obrusem, krzyż, święconą wodę z kropidłem, Pismo Święte, w komplecie elegancko ubraną rodzinę, która głośno się modli i jest na bieżąco ze sprawami parafii, poza tym żyje po Bożemu i jest szczęśliwa, że kapłan nawiedził jej dom, co zostaje podsumowane odpowiednią ofiarą w kopercie. Ludzie z kolei chcieliby najczęściej, żeby ksiądz był uśmiechnięty, życzliwy, żeby przyszedł o odpowiedniej porze, trochę posiedział, ale nie za długo, nie czepiał się tego jak żyją i nie pytał o życie religijne. Najlepiej żeby o nic nie pytał, bo może wkroczyć na grunt niebezpieczny i ciężko się z tego wykręcić.
Rzeczywistość jest jednak daleka od ideału, i to po obu stronach. Ciężko kogokolwiek za to winić. Na tym po prostu polega specyfika odwiedzin duszpasterskich - one bywają trudne i stresujące. Dla księdza, bo trzeba chodzić codziennie przez kilka godzin i nie ma "zmiłuj się", nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, niejednokrotnie trzeba przełamywać bariery, poruszać sprawy trudne, choć wcale by się tego nie chciało, a do tego jeszcze zmieścić się w czasie, żeby do nikogo nie przyjść za późno itd. Dla parafian, bo muszą czaem czekać na księdza po kilka godzin, a kiedy w końcu przyjdzie, tracą na chwilę grunt pod nogami - przecież to spotkanie prowadzi ksiądz, więc w sumie gospodarz domu przestaje być gospodarzem, poza tym rodzina pragnie utrwalać obraz dobrych katolików, więc każdy się boi, że coś nie wyjdzie. Patrząc z tej strony - i niejednokrotnie obserwując autentyczny stres i blokadę u parafian w czasie kolędy - współczuję ludziom, że to aż tak przeżywają. Oczywiście są też tacy, którzy potrafią być autentyczni, tacy, którzy nie mają się czego bać, bo są bardzo blisko Kościoła i księży traktują jak własną rodzinę, no i też tacy, którym na niczym nie zależy i w razie czego wywalą księdza za drzwi.
Jest jeszcze oczywiście kwestia koperty, która ostatnimi czasy staje się najbardziej trudna w temacie wizyty duszpasterskiej, a na pewno taką być nie powinna. Przede wszystkim muszę rozwiać mit, który urasta do rangi prawdy objawionej, że jeśli ktoś nie da koperty w czasie kolędy, to będzie postrzegany jako zły katolik. To jest bzdura. Ofiara jest przecież dobrowolna. Powiem szczerze z własnego doświadczenia, że w ogóle nie zwracam uwagi, czy ktoś daje kopertę czy nie daje. Sam zresztą nigdy nie biorę, nawet gdy leży w zasięgu dłoni. To od gospodarza zależy, czy mi ją wręczy czy nie. Muszę nawet powiedzieć, że mnie drażni, gdy koperta leży na stole przy krzyżu, tak jakby była najważniejsza przy tej wizycie. Czasem ludzie się tłumaczą, że dali skromną ofiarę, bo sytuacja jest trudna itp. To całkowicie niepotrzebne. Ofiara to ofiara - czyli to, co mogę w tym momencie (i chcę) dać. Dla mnie osobiście bez znaczenia, czy to jest pięć złotych czy dwieście. I jestem pewien, że dla większości kapłanów również.
Jestem ciekaw Waszych refleksji na temat kolędy, bo nurtuje mnie sposób jej przeżywania przez ludzi. Następnym razem spróbuję opisać ciekawsze przypadki z kolęd. Było ich kilka - niektóre są śmieszne, niektóre wzruszające. Samo życie.

środa, 4 stycznia 2012

Ministranci-przewodnicy

Drugi dzień kolędy. Za oknem ciemno, leje jak z cebra, a do tego wieje silny wiatr. "Trudno, trzeba iść" - westchnąłem ubierając komżę i stułę. Pogoda taka, że psa na dwór bym nie wypuścił, ale wierni czekają. Zszedłem na dół, gdzie czekał na mnie grafik z pięcioma kompletnie nic mi nie mówiącymi nazwami ulic. Niestety, w parafii jestem dopiero od kilku miesięcy, nie znam jeszcze terenu i zdaję się całkowicie na ministrantów. A tych jak na złość nie ma. "Ocho! Zapowiada się ciekawy wieczór" - pomyślałem bez entuzjazmu, wiedząc z doświadczenia, że gdy ministranci się spóźniają, nie wróży to nic dobrego. Albo w ogóle nie przyjdą, albo zaczniemy z opóźnieniem, co oznacza nerwowe patrzenie na zegarek po każdym odwiedzonym domu, żeby zdążyć przed północą. Na szczęście po dziesięciu minutach czekania przyszli, otrzymując na wejście solidny opierdziel od swojego opiekuna, i ruszyliśmy. Pierwszą ulicę znaleźliśmy prawie bez problemu i przeszliśmy ją dość sprawnie. Druga ulica o tyle sprawiała problem, że była nieoświetlona - jeszcze numery na domach dało się w miarę odczytać, ale za cholerę nie dało się wybadać gruntu pod stopami. Co chwilę wdeptywałem w jakąś kałużę albo ślizgałem się w błocie. Jakoś jednak dobrnęliśmy do końca. Pozostały trzy ulice. Z grafiku wynikało, że na pierwszej z nich są dwa domy, na drugiej jeden i dopiero na trzeciej osiem. Problem zaczął się przy końcu pierwszej. Wyszedłem z ostatniego domu i ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że ministrantów nie ma. Rozejrzałem się wokoło, usiłując dostrzec jakiś ruch w iście egipskich ciemnościach, ale nic takiego nie dostrzegłem."Halo!" - zawołałem kierując się ku skrzyżowaniu. Nie było żywego ducha. "Gdzie oni do cholery poszli?" - myślałem intensywnie stojąc jak idiota na skrzyżowaniu i moknąc w strugach deszczu. Przy okazji próbowałem zorientować się, gdzie jestem. Po drugiej stronie krzyżówki mignęła mi znajoma nazwa ulicy - chyba miałem ją w grafiku, a tam jeszcze nie byliśmy. No tak, to ta ulica z jednym domem. Tymczasem po prawej w oddali zobaczyłem dwie małe znajome sylwetki. Ministranci. Ruszyłem żwawo w ich stronę, modląc się w duchu, żeby nie wybuchnąć. Okazało się, że jeden z nich musiał skorzystać z toalety. "@#$%^%$###" - pomyślałem, jednocześnie informując ich najbardziej łagodnym tonem, na jaki mnie było stać, że jeden powinien zawsze na mnie czekać przed domem. Spytałem ich, co z tą ulicą z jednym domem.
- A gdzie ona jest? - odparli rozbrajająco.
- Tam - pokazałem palcem na dom, który odkryłem czekając na nich na skrzyżowaniu, dumny z siebie, że ja wiem, a oni nie. - Teraz tam pójdziemy.
Poszliśmy. Została ostatnia ulica, na szczęście najgłówniejsza ze wszystkich, więc teoretycznie nie powinno być problemu. Teoretycznie. W praktyce okazało się, że moi ministranci pobili wszelkie rekordy bezsensu. Najpierw zaprowadzili mnie do domu, z którego po zapukaniu wychylił się facet i oznajmił beznamiętnie:
- My kolędy nie przyjmujemy. - po czym zatrzasnął drzwi.
Spojrzałem na ministrantów. Gdyby mój wzrok mógł zabijać, obaj w tym momencie padliby martwi. Nadal jednak udało mi się powstrzymać od ostrych słów.
- Przecież to nie tutaj! - usiłował ratować sytuację młodszy, a starszy w tym czasie gorączkowo szukał domu, do którego mieliśmy pójść.
Dalej poszło już dobrze. Prowadzili mnie po kolei z domu do domu, trafiając tym razem bezbłędnie. Jednak przysłowiową wisienkę na torcie zostawili mi na koniec. Okazało się, że został jeszcze jeden dom... na drugim krańcu ulicy. Oznaczało to ponad pół kilometra drałowania w kierunku, z którego przyszliśmy. I potem drugie tyle z powrotem, żeby dojść do samochodu.
- Bardziej bez sensu nie mogliście tego zrobić - wysiliłem się na najłagodniejszy komentarz do zaistniałej sytuacji, jednocześnie dziękując Bogu, że jest to już ostatni dom i za chwilę się rozstaniemy. Jeszcze tylko odwiozłem ich do domu (o dziwo trafiliśmy bez problemu) i odetchnąłem z ulgą.
Po powrocie opowiedziałem wszystko ich opiekunowi, podsumowując:
- Może lepiej żebym z nimi nie chodził, bo albo oni nie wrócą, albo ja.