niedziela, 30 grudnia 2012

Kocie życie

Myślałem, że w tym roku już mnie nic nie zaskoczy. Ot, spokojna końcówka, długa prosta, byle dobiec do linii startowej i rozpocząć nowe okrążenie. Myliłem się. Dwa dni temu odprowadzając do drzwi ludzi z Odnowy w Duchu Świętym po skończonym spotkaniu modlitewnym na plebanii, zobaczyłem małego kociaka. Leżał pod drzwiami tak skulony w kącie, że nikt z wychodzących go nie zauważył. Ja zresztą także. Był wieczór, światło na schodach marne, a czarny koci kłębek wcisnął się w róg między drzwiami a ścianą stapiając się kolorystycznie z ciemną wycieraczką. Dopiero przy zamykaniu drzwi mój wzrok padł na wycieraczkę i dostrzegłem nienaturalną wypukłość w rogu. To ten sam kociak, którego wcześniej proboszcz ganiał po salce, gdy nieproszony znalazł się wewnątrz. Kiedy został wyrzucony za drzwi, położył się na wycieraczce i ani myślał sobie pójść. Bezdomny dachowiec. Przykucnąłem i obejrzałem go z bliska. Bardzo przypominał mi Skubaną - moją kocicę, która wyemigrowała na wieś i w tym roku pożegnała się z życiem pod kołami ciężarówki. Kociak wstał i oparł się łapkami o moje kolano, jakby prosząc o zainteresowanie się jego losem. Byłem zaskoczony takim nagłym zaufaniem (u kotów to raczej rzadkie), że nie namyślając się wcale zabrałem go do siebie. Mam więc towarzystwo. Kociak wygląda na zadowolonego, bo mruczy właściwie non-stop, chyba że śpi (a śpi przez większość doby), ładuje się na kolana przy każdej okazji i pochłania jedzenie z prędkością światła. Szybko poczuł się jak u siebie, odnalazł drogę do naprędce zaimprowizowanej kuwety i wygląda, jakby mu niczego więcej nie potrzeba było do szczęścia. Pewnie miła to dla niego odmiana w porównaniu z włóczeniem się po śmietnikach. Dla mnie z kolei przyjemną odmianą jest, że ktoś kręci się po domu i kładzie na kolanach w zimowy wieczór. Niech zatem zostanie.

wtorek, 11 grudnia 2012

O muzyce

Czas napisać o najważniejszej rzeczy w moim życiu. To muzyka. Ona jest dla mnie - i piszę to bez cienia przesady - czymś tak niezbędnym jak powietrze, czymś tak oczywistym jak woda, a jednocześnie czymś tak interesującym jak najciekawsza powieść. Właściwie od kiedy pamiętam interesowały mnie różnego rodzaju dźwięki, ale dużo czasu zajęło mi odkrycie, że bez muzyki nie mogę żyć. Stąd wzięło się pragnienie grania na różnych instrumentach i choć wirtuozem nigdy nie byłem i już na pewno nie będę (może z racji wrodzonego lenistwa, a może po prostu z braku takowych aspiracji), to ciągle największą radość sprawia mi odgrywanie harmonii, które mnie zachwycają. Nawiasem mówiąc stanowi to również jedyną mobilizację do rozwoju techniki grania, jeżeli nie umiem zagrać tego, co mi się bardzo podoba. Identycznie jest ze śpiewaniem.
Posunę się nawet do stwierdzenia, że muzyka jest dla mnie najważniejszą i najpiękniejszą formą duchowości. Prawdziwy kontakt z Bogiem nawiązałem dzięki muzyce. Moje powołanie do kapłaństwa również zostało zapoczątkowane przez muzykę. Dobrze wykonany śpiew liturgiczny uważam za najcudowniejszą formę modlitwy. Ostatnio gościłem w parafii ludzi z Projektu Wschód-Zachód, którzy poprowadzili nabożeństwo ku czci Maryi. Stare polskie i łacińskie śpiewy przeplatane fragmentami dawnych przekładów Biblii stworzyły niesamowity klimat modlitwy. Ale zrozumie to pewnie tylko ten, kto jest wrażliwy na muzykę i potrafi ją przeżyć w głębi serca.
Jednak w moim przeżywaniu duchowości wcale nie chodzi tylko o muzykę liturgiczną. Ani o klasyczną. Z klasyki inspiruje mnie jedynie barok, mistrzami są Händel i Bach. Lubię słuchać różnych gatunków muzycznych i wyłapywać z nich to, co najcenniejsze. Jestem jednak całkowicie przekonany, że niedoścignioną formą muzyczną pozostaje piosenka, czyli muzyka opatrzona tekstem i podana w sposób przystępny dla słuchacza. Nie przekonują mnie wydumane formy typu operowego (choć doceniam je jako dzieła sztuki), w których najczęściej nie znajduję uzasadnienia dla przesadnie rozbudowanej linii melodycznej tudzież harmonii w stosunku do prezentowanej treści. Rozbudowana i trudna harmonia sprawdza się moim zdaniem jedynie w dziełach liturgicznych, które traktuję (prawdopodobnie zgodnie z zamysłem autora) jako hołd oddany Stwórcy. Niedoścignionym chyba przykładem pozostaje Requiem Mozarta. Nie przekonuje mnie do końca muzyka instrumentalna, bo choć pięknej harmonii słucham z zainteresowaniem, to pozostawia  ona pewien niedosyt: brak treści. Potrzebna by mi była choćby wskazówka, o czym autor chciał opowiedzieć.
We współczesnej piosence szukam więc niezmiennie wartościowego tekstu, który współbrzmi z niebanalną muzyką. Stąd moja miłość do twórczości Stinga. W muzyce polskiej kryterium to spełnia najlepiej jako autor Grzegorz Turnau. Jeżeli zastosowana w utworze melodyka współbrzmi z wyśpiewywanymi słowami, oddaje te same napięcia emocjonalne, przeżywam ten utwór tak, jakbym sam był jego bohaterem. Stąd się następnie bierze potrzeba (a raczej konieczność) śpiewania tych piosenek osobiście. Jakże bowiem nie wyśpiewać pełnym przejęcia głosem tego, co sam teraz przeżywam lub przeżywałem kiedyś i z różnych powodów powracam do tych wspomnień? Piosenki Stinga noszą w sobie wiele treści i emocji, które są mi bardzo bliskie. Ponieważ napisał wiele utworów, wciąż odkrywam nowe, i fascynuję się ich pięknem, głęboko przeżywam ich treści i harmonię - prostą, ale w swej prostocie genialną.
Jeden z utworów, które ponownie odkryłem na koncercie w Łodzi, postanowiłem nagrać. Oto on.

P.S. Jest to też dowód na to, że nie powinienem nagrywać przed południem. Raz, że nic nie widać, dwa, że gardło nierozgrzane i śpiewam wysiłkowo. Ale z drugiej strony te covery nie mają być dziełem doskonałym. Pracuję nad nimi tylko parę godzin, nagrywając wszystko po jednym razie, często z pomyłkami, po to tylko, żeby spełnić owo irracjonalne pragnienie zaśpiewania czegoś, co mnie poruszyło do głębi.

piątek, 30 listopada 2012

Refleksje jesienne

Mało ostatnio pisałem. Ma to związek z aktualną porą roku. Jesień jest dla mnie osobiście najtrudniejszym czasem ze względu na arcy-niesprzyjającą aurę, która totalnie zniechęca do życia, a przynajmniej do podejmowania jakichś zadań ponad to, co wynika z obowiązku. Moje życie jesienią przypomina desperackie próby tonącego aby utrzymać się na powierzchni.
Jednak jesień jest też porą na swój sposób fascynującą. Pomijając całą ponurą stronę meteorologiczną, można też dopatrzeć się jakichś aspektów metafizycznych. Nawet w pogodzie. Na przykład mgła, szczególnie często występująca jesienią (zwłaszcza w tym roku), jest zjawiskiem tworzącym niesamowite wrażenie surrealizmu. Mnie też przy okazji nieuchronnie przypomina o przemijalności i ulotności wielu spraw, z życiem ludzkim włącznie. Mgła jest dla mnie również symbolem bezsilności. Człowiek może się okrutnie wysilać, a i tak nie dojrzy tego, co znajduje się za mlecznym parawanem. Natomiast na pewno potęguje to ciekawość świata. Kiedy pierwszy raz popłynąłem do Szwecji, spędziłem tam trzy dni w gęstej mgle. Byłem bardzo ciekaw pejzaży, a tu nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Wracając jakimś cudem nie wsiadłem na prom (właściwie nic cudownego w tym nie było, ale to dłuższa historia na osobny wpis - przypomnijcie mi kiedyś) i zostałem na noc w Ystad. Okazało się, że rankiem mgła opadła... Cieszyłem się jak małe dziecko.
Jesień jest porą przemyśleń, niekoniecznie smutnych, ale pewnie w większości nostalgicznych. Listopad to dodatkowo wspominanie tych, którzy odeszli, więc te tematy harmonijnie się łączą. Powstaje jakaś gorzkawa mieszanina tęsknoty, bólów egzystencjalnych i wizji przyszłości (niestety mało optymistycznych w tym klimacie).
Nie jest to na pewno dobry czas na podejmowanie ważnych decyzji, ale z kolei bardzo dobry jeśli chodzi o  gruntowną analizę szczegółów i robienie planów. Podobnie jak przyroda musi rozebrać się do naga i przygotować na wiosenne odrodzenie, tak i człowiek może ten czas dobrze wykorzystać, aby później coś w swoim życiu zmienić, odświeżyć czy odnowić.

sobota, 24 listopada 2012

Powtórka z rozrywki czyli Sting w Łodzi

Po prostu nie mogłem sobie tego odmówić. Byłoby to tak, jakbym odmówił dobrej kolacji w towarzystwie dawno niewidzianego przyjaciela. Sting jest kimś ważnym w moim życiu - oczywiście należy to dobrze zrozumieć: nie jest to ten rodzaj uwielbienia, który charakteryzuje nastolatki śliniące się na widok Justina Biebera czy kogoś podobnego. Jest to raczej uwielbienie dla duszy artysty, który w fantastyczny sposób potrafi opisywać rzeczywistość. Faktyczna bowiem fascynacja Stingiem narodziła się u mnie wtedy, gdy zacząłem poznawać i powoli rozumieć jego teksty. Wcześniej po prostu lubiłem jego piosenki i tyle. Teraz jest to coś większego, coś bardziej metafizycznego, czego nie sposób zwerbalizować. Dlatego nieobecność na jego koncercie granym w pobliżu nie wchodzi w rachubę.

Bilet kupiłem kilka miesięcy temu, więc mogłem cieszyć się miejscem na tzw. Golden Circle łódzkiej Atlas Areny, czyli - mówiąc bardziej zrozumiale - miejscem przed samą sceną. Sting był na wyciągnięcie ręki (pod warunkiem, że długość ramienia wynosiłaby pięć metrów). Obawiałem się w tej sytuacji o jakość dźwięku, ale pierwsze zagrane nuty rozwiały moje obawy. Mistrz był w doskonałej formie, odczuwalnie lepszej niż w czerwcu na koncercie w Pradze. Doskonale prowadził dialogi z publicznością, używając przy tym kilku słów w języku polskim, a jego głos brzmiał czysto i silnie aż do ostatniej nuty.

Kilka słów o repertuarze. Ponieważ trasa Back To Bass z założenia stanowi powrót do źródeł artysty, w związku z tym logiczna jest obecność na setliście jego największych przebojów. Przyznaję, że nie było to za bardzo po mojej myśli, ponieważ moje ulubione piosenki Stinga należą do zdecydowanie mniej znanych niż Roxanne czy Every Breath You Take. Dotarłszy więc wcześniej do programu koncertu byłem trochę zawiedziony (jeśli w ogóle można mówić o zawodzie w tym przypadku). Jednak przeboje zabrzmiały oszałamiająco i cudownie świeżo. Nie żałowałem więc, że nie ma moich ulubionych tytułów.
Setlista wyglądała zatem następująco:
1. If I Ever Lose My Faith In You
2. Every Little Thing She Does Is Magic
3. Englishman In New York
4. Seven Days
5. Demolition Man
6. I Hung My Head
7. End Of The Game
8. Fields Of Gold
9. Driven To Tears
10. Heavy Cloud No Rain
11. Message In A Bottle
12. Shape Of My Heart
13. The Hounds Of Winter
14. Wrapped Around Your Finger
15. De Do Do Do, De Da Da Da
16. Roxanne
BIS1:
17. Desert Rose
18. King Of Pain
19. Every Breath You Take
BIS2:
20. Next To You
BIS3:
21. Fragile
Jednym słowem wszystko, czego przeciętny fan mógł oczekiwać. Publiczność była oczarowana, co potwierdzały podsłuchane opinie przy wychodzeniu z areny. Najczęściej padały komentarze w stylu: "Najlepszy koncert, na którym byłam/byłem w życiu". Ponieważ ja miałem porównanie (jeszcze dość świeże) z Pragi, mogę te opinie z czystym sumieniem potwierdzić. Sting jest artystą, który nie oszukuje publiczności. Koncert trwał równe dwie godziny i była to pełna muzyka na najwyższym światowym poziomie - żadnego zajmowania czasu duperelami, żadnej kokieterii. Trudno się zresztą spodziewać czegoś innego. 

Muzycy to pierwsza liga: Dominic Miller - gitarzysta, który współpracuje ze Stingiem ponad 20 lat i nigdy się nie myli, Peter Tickell - młody skrzypek z Newcastle, fantastycznie popisujący się swoją wirtuozerią w solówkach, Jo Lawry - australijska piosenkarka, której głos znakomicie współbrzmi z głosem Mistrza, Vinnie Colaiuta - bębniarz, o którym Sting mówi "wszechmogący", po prostu armata perkusyjna, 
oraz David Sancious - skromny klawiszowiec, który mimo wielkich umiejętności technicznych, na koncercie grał bardzo subtelnie, stanowiąc tło i dopełnienie całości brzmienia. Po tym zresztą poznaje się prawdziwych muzyków: nie grają wszędzie wszystkiego co umieją, ale potrafią wyczuć klimat utworu i grać oszczędnie.
Efekty wizualne sprowadzały się jedynie do gry świateł. To tylko potwierdza klasę. Sting nie jest artystą, który musi się kilka razy przebierać w czasie koncertu, wjeżdżać na scenę w diamentowej kuli czy kombinować z jakimiś innymi fajerwerkami. Czaruje tylko (i aż) muzyką. Szkoda tylko, że trasa Back To Bass się kończy. Mistrz zajmie się teraz pisaniem sztuki i pewnie nieprędko do nas zawita. Pozostaną natomiast piękne wspomnienia.




czwartek, 8 listopada 2012

Pytania i odpowiedzi

Boję się ludzi, którzy znają odpowiedzi na wszystkie pytania - powiedział kiedyś znany artysta. Mówił to w kontekście religii, zapytany o swój stosunek do wiary w Boga. I szczerze mówiąc, ja podzielam ten pogląd. Dziwne? Nie sądzę. Przeżywamy w Kościele "Rok Wiary", w związku z tym podjąłem refleksję nad własną wiarą (tak, tak, księżom się to czasami zdarza) i wyszło mi kilka ciekawych spostrzeżeń. Te, które odnoszą się do spraw osobistych, zachowam dla siebie, natomiast tu chcę się podzielić tymi, które dotyczą mojego spojrzenia na pojęcia ogólne, a zwłaszcza na pytania i odpowiedzi o rzeczy najtrudniejsze, np. o sens życia, życie po śmierci, miejsce Boga, wolną wolę, grzech itd. Człowiek, który sobie tych pytań nie zadaje, nie dotyka istoty człowieczeństwa. Po prostu egzystuje z dnia na dzień, być może walcząc o jakieś tam swoje cele, ale tak naprawdę widzi tylko malutki wycinek rzeczywistości. Najczęściej bywa tak, że dopiero w obliczu jakiejś traumy taki człowiek zostaje zmuszony do zadania sobie tych pytań i poszukania na nie odpowiedzi. Jakakolwiek by ona nie była. W każdym razie uważam, że człowiek MUSI z tymi pytaniami się zmierzyć, ustosunkować się do tych zagadnień, żeby wiedzieć, o co w życiu tak naprawdę chodzi.
Dlatego szanuję ateistów. Ale nie tych, którzy obsmarowują Kościół i duchowieństwo na różnych forach w Internecie. To nie są ateiści, tylko antyteiści. Anty-, bo działają zdecydowanie przeciwko komuś, pod pozorem walki z ciemnotą, czy też (o zgrozo!) racjonalizmu. Dla mnie to debilizm do kwadratu i nie będę tracił energii na rozpisywanie się na ten temat. Szanuję ateistów, tzn. ludzi, którzy sobie pytania egzystencjalne zadali, poszukali na nie odpowiedzi i potrafią żyć uczciwie, kierując się żelaznymi zasadami moralnymi, jednocześnie nie wierząc w Boga, i nie muszą z tego powodu nikogo oczerniać ani przekonywać do swoich racji.
Trudno mi natomiast zrozumieć agnostycyzm. Dla mnie bowiem agnostyk to ktoś, kto w kontekście istnienia Boga stwierdził "nie wiem" i zamierza w tym stanie trwać do końca. A przecież chyba zgodzicie się Państwo ze mną, że każda sytuacja, w której człowiek musi powiedzieć "nie wiem", zwłaszcza w obliczu pytań o sprawy najważniejsze, stwarza cholerny dyskomfort. Człowiek nie może się dobrze czuć z tym "nie wiem" i chciałby się jak najszybciej dowiedzieć, co jest grane. Powiedzieć "nie wiem" w kwestii Boga, to tak jakby stwierdzić: "Nie wiem czym jest moje życie, nie wiem dokąd zmierza, chyba nie ma w tym żadnego celu, i nic mnie to nie obchodzi". Ciężko mi to pojąć.
Ciężko mi też zrozumieć - i tu powracam do myśli, od której zacząłem - ludzi, którzy w swojej wierze są tak "zabetonowani", że każdego, kto myśli inaczej, najchętniej spaliliby na stosie. Nazywa się ich często fanatykami - to ludzie, którzy w kontekście pytań o sprawy najważniejsze mówią: "Wiem, i to wiem NAJLEPIEJ". Mało tego. Tacy ludzie najlepiej wiedzą także, co myśli Pan Bóg, kogo lubi, a kogo nie, kogo zbawi, a kogo potępi, i może lepiej Go w tym ostatnim wyręczyć. Dla mnie to ma niewiele wspólnego z wiarą. To jest jakieś chore przekonanie o własnej wyższości nad tymi, którzy nie mają aż takiej pewności w tychże kwestiach.
Czym zatem jest dla mnie wiara? Moim zdaniem wiara jest przede wszystkim poszukiwaniem. Jest nieustannym wysiłkiem szukania odpowiedzi na pytania podstawowe. Jest też pokornym stwierdzeniem, że niektórych odpowiedzi do śmierci się nie pozna. Jest za to możliwie największym zaufaniem do Boga w przekonaniu, że istnieje i troszczy się o moje życie. Wiara jest oparta o wiele tajemnic, dlatego wciąż fascynuje. Wciąż można odkrywać coś nowego i nigdy nie można stwierdzić, że już się wie, na pewno, i wszystko rozumie. Życie nieustannie weryfikuje nasze odpowiedzi, dlatego pytania o sens są wciąż aktualne. Nadal też pojawiają się nowe pytania, bardziej szczegółowe, domagające się większego wysiłku w poszukiwaniu odpowiedzi. Dlatego boję się ludzi, którzy znają je wszystkie.

wtorek, 30 października 2012

Halołin, Bal Świętych czy Dzień Owoca?

Dziś siedzę sobie spokojnie na fotelu w salonie fryzjerskim, miła pani ciacha mnie profesjonalnie maszynką, a tu nagle za plecami słyszę oburzoną klientkę, która skarży się tymi oto słowy: "Mojemu dziecku w szkole odwołali bal na Halloween, bo ksiądz powiedział, że to naśmiewanie się ze zmarłych". Zdanie zapadło mi w pamięć tylko dlatego, że ucieszyłem się w tym momencie ze skuteczności listu mojego arcybiskupa, który był odczytany w kościołach w niedzielę. List moim zdaniem słuszny i potrzebny, aczkolwiek spóźniony co najmniej o kilka lat. Niestety, tak to już jest w tym naszym kochanym Kościele. Patrząc bowiem od strony przeciętnego katolika wygląda to zapewne jakoś tak: Kiedy pojawia się zjawisko moralnie wątpliwe lub wręcz szkodliwe dla wiary, biskupi nie wiedzieć czemu milczą, a po kilku latach, gdy ludzie zdążą się już do owego zjawiska przyzwyczaić i wpiszą je nawet w swój roczny kalendarz, słyszą w świątyni tyradę, że nie wolno. Trudno się dziwić, że są wtedy wkurzeni. Ale przynajmniej znają oficjalne stanowisko Kościoła.
Na tym zakończyłem rozważanie na temat problemów wspomnianej pani i jej dziecka, ale gdy wróciłem do domu przeczytałem na Facebooku o wiele bardziej intrygujące zdanie na temat Halloween autorstwa mojego przyjaciela-basisty, Pawła Rozmarynowskiego. Pozwolił cytować, więc cytuję:

O co chodzi z tym halołin? Bez sensu...  No bo że te dzieci, poprzebierane za nie wiadomo co, trochę niby straszą, niby nie, bo same nie wiedzą, ale cukierka czasem ktoś da, to chodzą, bo inni też chodzą. I w tv mówią, że to taki dzień, że się tak chodzi. Jest tego powód jakiś? Głupkowate to przecież. Czemu to nie są np. owoce, dzień owoca. Sam bym się wtedy za taką dynię przebrał.

W tej wypowiedzi we właściwy sobie sposób uchwycił moim zdaniem istotę zjawiska: otóż zdecydowana większość z tych, którzy się w to bawią, nie wiedzą w co się bawią i dlaczego to wszystko. Dzieciom pewnie chodzi o cukierka, przebieranie i "że będzie fajnie", i to chyba najprościej mi zrozumieć, ale starsza młodzież i dorośli? Po co? Podejrzewam, że w 99% przypadków argumentem jest to, że "każdy powód jest dobry, żeby się zabawić". I już nie zawracają sobie głowy myśleniem, w co się tak naprawdę bawią i co z tego wynika. A potem jeszcze zgłaszają pretensje, że "Kościół zabrania im się bawić". Chcę więc z całą mocą oznajmić: Kościół nie zabrania nikomu się bawić tej akurat nocy. Tylko czemu akurat halołin? Zróbcie sobie Bal Świętych, albo - co proponował kolega - Dzień Owoca, dajcie dzieciom cukierki, świeczki, dynie, arbuzy, co chcecie. Po co od razu wracać do pogaństwa? Po co przywoływać moce ciemności? Szkoda duchowa może być zbyt duża jak na jedną noc zabawy. Myślę, że jesteśmy w stanie bawić się w przemyślany sposób, a nie ściągać bezmyślnie amerykańskie trendy, nie interesując się źródłem ich pochodzenia i skutkami dla własnej duszy.

środa, 24 października 2012

Wynurzenia autora: Piosenka o wątpliwościach

Jesienią 2008 roku znalazłem się w nowej i dość trudnej dla siebie sytuacji. Nie będę jej opisywał szczegółowo, bo nie jest to zbyt istotne, a nie chcę przynudzać. Dość powiedzieć, że byłem świeżo po święceniach w stopniu diakona, a rzeczywistość, w której się znalazłem po wakacjach przebijała kilkukrotnie znane mi dotychczas poziomy absurdu. Zacząłem wtedy snuć długie rozmyślania nad swoim życiem, miejscem w świecie, nad decyzjami, które jako człowiek podejmuję i które wiążą się z takimi a nie innymi konsekwencjami, nad bałaganem, jaki wszędzie panuje, następnie nad Opatrznością, która nad tym całym bałaganem czuwa i co z tego wszystkiego wynika. Miałem wiele wątpliwości i jakoś ciężko mi było sobie z nimi poradzić. Uporządkować te przemyślenia pomogły mi dopiero rekolekcje w seminarium. Ojciec rekolekcjonista podejmowaną tematyką wstrzelił się idealnie w moje potrzeby (jest to niewątpliwie działanie Ducha Świętego) i już wiedziałem, gdzie należy szukać odpowiedzi. Tak powstała Piosenka o wątpliwościach będąca praktycznie skrótowym zapisem moich przemyśleń z jesieni 2008 roku i jednocześnie owocem rekolekcji. Dziś, po kilku latach, wciąż pozostaje utworem, z którym się najbardziej utożsamiam jako autor. Może dlatego, że wciąż miewam wątpliwości (któż ich nie ma?) i wciąż zapominam, gdzie należy szukać na nie odpowiedzi...

P.S. Żeby było wiadomo, o czym mowa, Piosenki o wątpliwościach w autorskiej wersji studyjnej można posłuchać tutaj.

środa, 17 października 2012

Różaniec - modlitwa trudna

Minęła połowa października (jak szybko!), co bezsprzecznie przypomina, że nie napisałem jeszcze nic o różańcu. Zresztą długo zastanawiałem się czy o tym pisać, ponieważ o wiele lepiej wypadłby tekst o różańcu spod pióra kogoś, kto tę modlitwę ukochał i codziennie praktykuje. Pamiętam kilka wypowiedzi bł. Jana Pawła II, m. in. tę oto:

Różaniec, to moja ulubiona modlitwa! Taka wspaniała modlitwa! Wspaniała w jej prostocie i jej głębi. W tej modlitwie powtarzamy po wielokroć słowa, które Dziewica Maryja usłyszała od Archanioła i od swej kuzynki, Elżbiety. Na tle słów: "Zdrowaś Maryjo" dusza uzmysławia sobie zasadnicze wydarzenia (Tajemnice) z życia Jezusa Chrystusa… Modlitwa tak prosta i tak bogata. Z głębi mojego serca zachęcam wszystkich do jej odmawiania.

Ja natomiast zawsze twierdziłem, że różaniec to "wyższa szkoła jazdy". Chodzi oczywiście o poziom trudności. Wielka wartość tej modlitwy polega na medytacji tajemnic Nowego Testamentu, a żeby przeprowadzić taką medytację potrzebny jest (przynajmniej dla mnie) specyficzny czas i miejsce. Ponieważ jednak (niestety) większość katolików spotyka się z różańcem po raz pierwszy w kościele, gdzie kilkanaście czy kilkadziesiąt osób odmawia go bardzo sztywno i niestarannie, później tak właśnie tę modlitwę kojarzy - jako "klepanie zdrowasiek" - i niechętnie do niej wraca. Myślę tu zwłaszcza o młodzieży, którą do różańca ciężko przekonać (i wcale się nie dziwię). Powiem szczerze: nigdy, ale to nigdy, nie przeżyłem tej modlitwy głęboko podczas wspólnotowego odmawiania. I nawet nie wiem, czy to jest możliwe. Nie chcę tu oczywiście być niczyim sędzią, bo nigdy nie poznam co dzieje się w sercach ludzi, ale mnie osobiście różaniec w modlitwie wspólnotowej nie odpowiada. Ilekroć chcę go odmówić z potrzeby serca, absolutnie nie szukam do tego towarzystwa, ponieważ ono zawsze wytrąca mnie z medytacji tajemnic. Szukam raczej ustronnego miejsca (najczęściej podczas spaceru) i naturalnej ciszy, aby móc maksymalnie zagłębić się w tę modlitwę. Różaniec wymaga bowiem od naszego mózgu dwóch czynności jednocześnie: dziesięciokrotnego odmawiania "Zdrowaś Maryjo" i w tym samym czasie rozważania jednej z tajemnic. Dla mnie było to zawsze trudne (a już specjalistom pozostawiam kwestię, czy w różaniec zaangażowana jest jedna półkula mózgowa czy obie). Nie zgadzam się więc z powyższym twierdzeniem błogosławionego Papieża, że ta modlitwa jest "tak prosta". Dla mnie nigdy taka nie była - przy czym podkreślam, że jest to odczucie subiektywne. Natomiast stuprocentowo potwierdzam, że jest to modlitwa bogata i na pewno warto ją odmawiać. 
Jeżeli dla kogoś, podobnie jak dla mnie, różaniec jest trudny, mogę tylko (na podstawie własnego doświadczenia) zachęcić do szukania swojej "przestrzeni" dla tej modlitwy - swojego miejsca, czasu i sposobu. Warto przy tej okazji przytoczyć tzw. metodę dominikańską, która może być pewną zachętą do prawdziwego wgłębiania się w tę modlitwę. Dokładny opis tej metody można znaleźć np. tutaj

wtorek, 9 października 2012

Podróże

Kocham podróżować. Nie wiem skąd to się bierze, ale zaobserwowałem tę pasję u siebie będąc jeszcze dzieckiem. Oczywiście podróżowałem wtedy niewiele, ponieważ moi rodzice byli uwiązani pracą, a ustrój polityczny i stan majątkowy nie pozwalał na jakieś dalekie eskapady. Podróżowanie moje w wieku dziecinnym ograniczało się więc do wyjazdu na rodzinne Mazowsze dwa razy do roku (sporadycznie w jakieś inne miejsce, w którym mieszkała moja rodzina), niemniej jednak zawsze to uwielbiałem i czekałem niecierpliwie na moment, kiedy wezmę torbę lub plecak i wyruszę na dworzec. Fascynowały mnie wszelkie środki transportu z pociągami na czele, ponieważ to właśnie koleją podróżowałem najczęściej (jak większość ludzi w tamtych czasach). Po wielu latach zdałem sobie sprawę, że chyba bardziej liczyła się dla mnie sama podróż niż miejsce docelowe. W pamięci zachowały się fragmenty z kilku kolejowych podróży, które odbyłem mając zaledwie cztery czy pięć lat - to chyba dowodzi, że każda podróż zawsze była dla mnie Wielką Przygodą. Pamiętam bezbłędnie nawet zapachy dymów parowozowych i smoły na kolejowych podkładach - tego nie da się pomylić z niczym innym. Pamiętam piec kaflowy w poczekalni na stacji Kutno, którego przyjemne ciepło rekompensowało zimową porą trud oczekiwania na pociąg zwiększający stopniowo opóźnienie do 200, 240 i wreszcie 300 minut. To wspomnienia, których nie zamieniłbym na żadne inne.
Mogę powiedzieć, że mimo upływu wielu lat i mimo wielu zmian w sposobie podróżowania, coś z tamtych przeżyć pozostaje aktualne. Może niekoniecznie każda podróż jest dziś dla mnie Wielką Przygodą, ale podróżować uwielbiam i z podobną co w dzieciństwie niecierpliwością czekam na kolejną wyprawę gdziekolwiek. Co prawda dziś podróżuję inaczej, najczęściej samochodem, rzadziej pociągiem (niestety komunikacją publiczną nie da się już teraz w wiele miejsc dotrzeć), zdarza się, że samolotem czy też rowerem. Lubię wynajdywać nowe trasy i inne sposoby pokonywania drogi do tego samego celu. To chyba jakiś drzemiący we mnie homo viator każe mi wciąż na nowo przeżywać radość z podróży. Stąd się też pewnie biorą pomysły w stylu "z Rotterdamu do Londynu na rowerze". Kiedy mam gdzieś jechać, zastanawiam się jak tę drogę pokonać w sposób niestandardowy, inny niż dotychczas, mniej (albo bardziej!) męczący czy też po prostu oryginalny. Czasem takie rozwiązania podsuwają też okoliczności, które każą być gdzieś tam o-tej-i-o-tej godzinie, a potem zaraz kilkaset kilometrów dalej, więc człowiek jest zmuszony wybrać taki sposób podróży i taką trasę, żeby to wszystko jakoś pogodzić.
Dziś więc jestem na Mazowszu. Przybyłem tu o piątej rano, ponieważ jechałem prosto z próby w Drawnie. Wracać do domu na noc się nie opłacało, bliżej również nie bardzo miałem gdzie się zatrzymać, więc postanowiłem jechać nocą. Nocne podróżowanie autem bardzo lubię, choć praktykuję je raczej w przypadkach koniecznych, gdyż nie jest zbyt bezpieczne - zawsze jest obawa, że zmęczenie organizmu wygra ze skupieniem i wolą przetrwania. Komfort takiej podróży jest jednak moim zdaniem o wiele lepszy niż za dnia: puste drogi, bezstresowe wyprzedzanie, stała prędkość oraz możliwość spokojnego i szybkiego przejazdu przez duże miasta, takie jak Bydgoszcz i Toruń. Oczywiście muszę zaznaczyć, że komfort jest lepszy niż za dnia pod warunkiem dobrej pogody. W czasie deszczu lub mgły czar pryska - widoczność spada dramatycznie i wzrok się o wiele szybciej męczy. Tej nocy jednak pogoda mnie nie zawiodła i podróż zaliczam do bardzo komfortowych. Pora na kolejną Wielką Przygodę:)

sobota, 29 września 2012

Londyn

Jeszcze garstka wakacyjnych wspomnień. Miałem okazję w tym roku po raz pierwszy pojechać do Londynu, i to nie trywialnie - samolotem (jak tę trasę pokonuje większość ludzi), czy też samochodem, ale rowerem. Całość wyprawy opisałem wcześniej i nie mam zamiaru się powtarzać, choć bardzo chętnie do tych wspomnień wracam.Nie pisałem natomiast o samym Londynie, w którym pobyłem raptem trzy dni, więc może niezbyt długo, za to wystarczająco, aby ująć w słowa pierwsze wrażenie tego miasta.
Zaznaczam, że generalnie nie lubię dużych miast i Londyn nie został wyjątkiem. Mimo że pogodę trafiłem pierwszorzędną - nie było wcale "typowej" angielskiej mgły ani żadnych opadów, ale piękne słońce i cieplutko - to miasto od początku zrobiło na mnie wrażenie negatywne. Pierwszy w oczy rzucił się tłum. Tłum ludzi wszędzie. Tłum wielokulturowy, wielorasowy, wieloreligijny. Oczywiście pociągał egzotyką (np. pierwszy raz widziałem na własne oczy tzw. "ninje" - żartobliwie nazwano w ten sposób muzułmanki, które opatulają szczelnie głowę materiałem tak, że widać jedynie oczy), ale na dłuższą metę nic w tym ciekawego, gdy mija się setki osób w ciągu minuty. Byłem zszokowany, gdy zobaczyłem tłumy przechodzące przez ulice na czerwonym świetle. Później kuzyn wyjaśnił mi, że przepisy na to pozwalają pod warunkiem upewnienia się, iż nie zagraża to bezpieczeństwu. Niby więc dobre rozwiązanie (dla pieszych), ale przy okazji tworzy ono wyraźne wrażenie bałaganu. Najgorsze jednak są śmieci - Londyn jest miastem brudnym. Myślę, że system gospodarki odpadami jest tutaj niezbyt dobrze pomyślany. Mieszkańcy wystawiają śmieci wieczorami na ulice. Oczywiście później ktoś to zbiera, ale zanim to nastąpi, mamy do czynienia z nieodpartym wrażeniem  wysypiska w centrum miasta. To chyba największa porażka. Wydaje mi się również, iż przez widoczną gołym okiem wielonarodowość będącą naturalnym następstwem ogromnego napływu ludzi z licznych stron świata, miasto zatraciło swój specyficzny angielski urok i tożsamość. To nie jest ten Londyn, o którym czyta się w literaturze, czy ogląda w filmach. Staje się coraz bardziej miastem bez wyrazu, miastem zmiksowanych kultur w negatywnym znaczeniu tego stwierdzenia.
O wiele lepsze doświadczenie Anglii od opisanego powyżej zdobyłem właśnie przez to, że pojechałem tam rowerem. Dzięki temu zobaczyłem mniejsze miasta, jak Dover, Canterbury, Rochester - miasteczka pełne uroku, typowej angielskiej architektury (czasem bardzo starej), zasiedlone w większości przez rdzennych Brytyjczyków tworzących spokojny, monokulturowy klimat, przede wszystkim zaś miasta czyste i uporządkowane, w których nietrudno znaleźć przytulną angielską kafejkę lub typowy angielski pub i tam spokojnie przysiąść. W centrum Londynu pełno jest natomiast sklepów z pamiątkami dla turystów i barów ze śmieciowym jedzeniem, do których w pośpiechu wpadają tłumy spracowanych ludzi, żeby tylko chwycić cokolwiek na śniadanie czy lunch i pobiec dalej. Ktoś może mi zarzuci, że jest to wrażenie mylne - być może tak, ale powłóczyłem się trochę po tym mieście i takie właśnie a nie inne wrażenie odniosłem.
Mimo tego wszystkiego Londyn jednak ma w sobie coś, co nie odstrasza, co nie pozwala (nawet przy negatywnych odczuciach) powiedzieć: "Moja noga więcej tu nie postanie". Wręcz przeciwnie, chętnie tam wrócę. Może tym razem po garść pozytywnych wrażeń?







wtorek, 18 września 2012

Pasjonaci i profesjonaliści

Znalazłem się wczoraj wieczorem w Drawnie, na próbie zespołu muzycznego. Zaprosił mnie kumpel gitarzysta (też ksiądz zresztą), abym dołączył do składu grającego standardy muzyki rozrywkowej, ponieważ brakuje im basisty. Zgodziłem się z radością. Pełnego składu na próbie nie było (brakowało klawiszowca), graliśmy w trio - gitara elektryczna (wspomniany kapłan), gitara akustyczna (jego brat) i bas (ja). Cóż to było za trio! Mógłbym tam zostać do rana. Wyczuwało się tę unikalną muzyczną nić porozumienia, dźwięki same układały się w harmonię, która przenikała do głębi wrażliwości. Graliśmy rzeczy, których w większości nie znałem, a jednak szybko odnajdywałem w tej przestrzeni linię basową i w ten sposób stapialiśmy się razem w jeden muzyczny organizm. Po próbie wyszedłem wypoczęty niczym po długim śnie.
Kocham grać z pasjonatami. Zresztą nie tylko grać - uwielbiam spotykać się z pasjonatami. Perkusista, z którym mam przyjemność wspólnie grywać od czasu do czasu, a który przy okazji jest dyplomowanym dyrygentem, z taką pasją opowiada o muzyce, że człowiek po prostu czuje te dźwięki, mimo że ich nie słyszy. Z kolei w jednej parafii, w której pracowałem, miałem przyjemność być na spotkaniu z dyrektorem kopalni piasków i żwirów, który z takim zaangażowaniem nakreślał meandry struktur piasku i inne branżowe problemy, że po godzinie tej rozmowy sam żałowałem, iż nie pracuję w kopalni. Pasja to jest siła człowieka, aktywizująca bezgranicznie moc twórczą i wykorzystująca talenty dane od Boga. Gdyby nie pasjonaci, świat byłby bardzo ubogi.
Zauważyłem też, że z pasją idzie w parze ten szczególnie pozytywny rodzaj profesjonalizmu. Autentyczny pasjonat - kimkolwiek by nie był: muzykiem, górnikiem, rybakiem, zbieraczem znaczków, kolekcjonerem kapsli itd. - zazwyczaj jest też profesjonalistą w swojej dziedzinie. Widziałem ostatnio news o dzieciaku, który pasjonuje się lotnictwem i wykrył błąd w raporcie angielskiej komisji badania wypadków lotniczych dotyczącym jakiejś tam katastrofy. To jest przykład takiego profesjonalizmu. Muzycy-pasjonaci, z którymi miałem (i mam) przyjemność grać, wiedzą zazwyczaj wszystko na temat właściwości instrumentów, którymi się posługują, nie wspominając już o teorii muzyki - przy czym często jest to wiedza nie wyniesiona ze szkoły, ale przyswojona samemu. Dlatego piszę, że jest to profesjonalizm szczególnie pozytywny, ponieważ nie jest "suchy" - to nie jest wiedza wpojona przymusem i oklepana (bo przecież człowiek musi się nią posługiwać codziennie). To jest wiedza doświadczana i przeżywana, często eksperymentowana i - przede wszystkim - sprawiająca radość z tego, że się jej często używa.
Ludzie, odkrywajcie i rozwijajcie swoje pasje! Świat jest wtedy bardziej kolorowy i o wiele strawniejszy. A przy tym daje radość z przeżywania każdego dnia.

poniedziałek, 10 września 2012

Z muzycznego arsenału: Ovation Applause

Muszę poświęcić choć kilka zdań gitarze, którą mam w swoim arsenale najdłużej, bo już ponad 7 lat. Niby zwyczajny sześciostrunowy elektroakustyk (choć troszkę odbiega wyglądem od typowych gitar), ale firma Ovation, która w latach 60-tych XX wieku pojawiła się na rynku instrumentów muzycznych, wprowadziła kilka nowatorskich rozwiązań w budowie gitar. Cały pomysł założyciela Ovation - Charlesa Kamona, który specjalizował się w konstrukcjach lotniczych - opierał się na nowej koncepcji pudła rezonansowego wykonanego z tworzyw sztucznych zamiast tradycyjnego drewna. Po co? Ano chodziło o nagłośnienie instrumentu w warunkach scenicznych. Tradycyjna gitara akustyczna z racji swojej budowy charakteryzuje się solidnym rezonansem, co jest bardzo pożądane w mieszkaniu czy przy ognisku, za to stwarzające szereg problemów na scenie (sprzężenia, sprzężenia i jeszcze raz sprzężenia). Kamon chciał uzyskać kompromis, czyli uzyskać brzmienie słyszalne bez nagłośnienia (rezonans), a jednocześnie nie sprawiające kłopotów w warunkach scenicznych. I udało mu się to, choć - jak to w wypadku wszystkich kompromisów - brzmienie gitar Ovation dla wytrawnego ucha różni się od gitar o budowie tradycyjnej. Ovationy mają tylną ściankę pudła rezonansowego w kształcie owalnym, wykonaną z włókien węglowych. Przednia płyta jest drewniana i zawiera szereg małych otworów rezonansowych, co powoduje charakterystyczny dla tych gitar - i jak dla mnie bardzo gustowny - wygląd.
Krążą opinie, że tańsze modele Ovationa są nietrwałe, że szybko wykrzywiają się gryfy, że nie brzmią dobrze itd. Ja ze swojego modelu jestem bardzo zadowolony. Być może akurat trafiłem na świetnie wykonany egzemplarz - co w przypadku chińskiej manufaktury ma duże znaczenie - ale tak czy inaczej nie mogę o nim powiedzieć złego słowa. Gitara , świetnie trzyma strój, dość dobrze brzmi nagłośniona, ani razu nie musiała być u lutnika. Od siedmiu lat towarzyszy mi wszędzie, gdzie muszę coś zagrać na gitarze akustycznej.
Tym razem jako prezentację zastosuję swój cover piosenki wykonywanej niegdyś przez legendę gitary, Erica Claptona.


czwartek, 6 września 2012

Z Holandii do Anglii na rowerze - powrót z wojaży

22 sierpnia 2012

LONDON -> Manningtree -> Harwich -> Hoek van Holland - Maasluis - Vlaardingen - SCHIEDAM /48km

Route 1,811,290 - powered by www.bikemap.net

Opuściłem gościnne progi rodziny punktualnie o 4:21 rano. Właściwie była to jeszcze noc. Miasto spało słodkim snem, jedynie pojawiający się tu i ówdzie pojedynczy przechodnie świadczyli o zbliżającym się niechybnie poranku. Jechałem dość sprawnie w kierunku dworca Liverpool Street, aby zdążyć na pociąg o 6:00. Kiedy podążałem wzdłuż Oxford Street, miasto wyraźnie zaczęło się budzić. Wyjechały pierwsze dzienne autobusy, na które czekali najwcześniejsi pasażerowie. Z klubów natomiast śmiejąc się i chwiejąc wychodzili ostatni goście - ciekawe zderzenie poprzedniego dnia z dzisiejszym. Na stację dotarłem o 5:40, czyli idealnie aby spokojnie znaleźć swój pociąg i zapakować się do niego z całym majdanem. Pociąg przewoźnika Greater Anglia okazał się być zestawiony z normalnych wagonów, więc należało jeszcze odszukać właściwe miejsce na rower. Nie byłem na szczęście jedynym rowerzystą, więc podążając za innymi znalazłem owe miejsce... w lokomotywie. Ciekawe rozwiązanie. Po chwili oczekiwania kierownik pociągu otworzył nam drzwi przedziału bagażowego i po przypięciu roweru do specjalnej barierki udałem się do wagonu C, zgodnie z rezerwacją na bilecie. Kiedy pociąg ruszył, za oknem nieśmiało pojawiło się słońce. W Mannigtree czekała mnie bezproblemowa przesiadka (utrudniona jedynie koniecznością przeniesienia roweru po schodach do i z tunelu) i o 7:41, zgodnie z rozkładem wylądowałem na stacji Harwich International. Z peronu na terminal promowy dostałem się windą, uprzejmy pan sprzedał mi bilet i objaśnił, gdzie mam się udać z rowerem (rowery zawsze wjeżdżają na prom razem z samochodami a nie z pieszymi). Był słoneczny, choć chłodny dzień. Bezpowrotnie zniknął gdzieś upał towarzyszący mi tydzień temu, kiedy rozpoczynałem podróż w przeciwną stronę. Przy wjeździe na prom towarzyszyli mi ci sami cykliści, z którymi spotkałem się wyjeżdżając pociągiem z Londynu. Również podążali do Holandii. Umocowałem rower na przeznaczonym do tego miejscu i poszedłem na górę.
M/f Stena Britannica to największy prom pasażerski w Europie. To pewnie zobowiązuje, bo wyposażenie też ma królewskie. Jest mini-boisko do koszykówki dla dzieci, salon gier, kasyno, kafejka internetowa, kino, salon tv, dwie restauracje i inne udogodnienia. Spędzenie tych siedmiu godzin na Morzu Północnym było więc relaksem a nie męczarnią. Ani się człowiek obejrzał, a już podchodziliśmy do wybrzeży Holandii.
Wyjechawszy z promu o 16:45, skierowałem się na wschód, prosto w kierunku Rotterdamu. Uradowałem się bardzo widząc znowu holenderskie drogi dla rowerów.
Moją radość potęgował silny wiatr zachodni, czyli wiejący dokładnie w plecy i tym samym zwiększający średnią prędkość. Bezbłędne, wręcz perfekcyjne holenderskie oznaczenia prowadziły mnie do celu.
Przez jakiś czas ścieżka prowadziła wzdłuż rzeki stanowiącej podejście do portu w Rotterdamie.
Następnie trzeba było przejechać przez dość urokliwe miasteczko Massluis.
I dalej, przez Vlaardingen do Schiedam. Wylądowałem na znajomym rondzie.
Przejeżdżałem przez nie tydzień temu. "Jestem w domu!" - pomyślałem radośnie i już "na pamięć" podążyłem w kierunku mojego samochodu (z lekką obawą czy jeszcze tam stoi). Jeszcze tylko piękny fragment trasy nad kanałem...
... i tuż przed dziewiętnastą byłem przy samochodzie, który bez cienia uszczerbku na mnie czekał. Rozpiąłem sakwy i włożyłem do bagażnika, rower przypiąłem na dach i z pełną głową wspaniałych wrażeń, a także z lekkim żalem z powodu zakończenia przygody, odjechałem do Polski.

środa, 5 września 2012

Z Holandii do Anglii na rowerze - dzień piąty

19 sierpnia 2012

COLDBLOW FARM - Detling - Rochester - Wainscott - Lower Higham - Gravesend - Dartford - Slade Green -> LONDON /68km

Route 1,811,289 - powered by www.bikemap.net

Wstałem punktualnie o 5 rano. Chciałem mieć dużo czasu na ten ostatni etap mojej wyprawy, który - według obliczeń - miał mierzyć około 90 kilometrów. Poza tym miałem już absolutnie dosyć palącego słońca, więc uznałem, że między dwunastą a piętnastą zrobię sobie dłuższą przerwę, a jazdę ograniczę do minimum. Tym bardziej, że właścicielka kempingu powiedziała mi wczoraj, iż dzisiejszy dzień ma być jeszcze bardziej gorący. Ale to już ostatni odcinek, dziś będę w Londynie. Ta myśl nastrajała mnie niezwykle pozytywnie. Wyjechałem dwadzieścia po ósmej, zaopatrzony w dodatkowe zapasy wody - wszak to niedziela, więc nie chciałem tracić czasu na szukanie otwartego sklepu. Rozpocząłem od zjazdu tą samą górą, na którą wczoraj mozolnie się wspinałem. Przewidywałem, że potem znowu trzeba będzie wspinać się gdzieś dalej, ale nijak nie dało się tego ominąć - analiza mapy nie przyniosła alternatywnego rozwiązania. Musiałem mocno trzymać dłonie na klamkach hamulcowych, żeby ów zjazd nie skończył się tragedią. Potem ruszyłem zboczem wzgórza, kontynuując przemierzany już wczoraj szlak N17. Chwilę później zatrzymałem się, żeby poskubać trochę jeżyn - bardzo dużo ich tu spotykałem, a że je lubię, nie omieszkałem skorzystać. Następnie asfalt zmienił się w wąską żwirówkę (z jeżynami po obu stronach, auuć!), po czym - ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu - zobaczyłem przed sobą ogromną kałużę. Nie było innego wyjścia, jak rower przepchać kałużą, a samemu obejść ją przez jeżyny (auuuuuć!!!). Nie wiem skąd ona się tam wzięła, przecież nie padało co najmniej od tygodnia. Rower po tej operacji wyglądał jak świnia po błotnej kąpieli. Na oponach zebrała się gruba warstwa błota, które - mimo wstępnego oczyszczenia - podczas dalszej jazdy radośnie bryzgało na wszystkie strony. W końcu dotarłem do jakiejś cywilizacji, reprezentowanej przez drogę A249, nad którą przejeżdżałem wiaduktem. W oddali majaczyło miasto Maidstone.
Potem jeszcze fragment zbocza i wylądowałem przy dwujezdniowej drodze A229, wzdłuż której miałem dojechać do Rochester. Niestety najpierw czekało mnie mozolne pokonanie wzgórza, na które wspinała się droga. Potem zjazd w dół i triumfalny wjazd do miasta. Tu musiałem uważać, żeby nie zgubić oznaczeń - w miastach szlak wije się niemiłosiernie. Rochester jest miasteczkiem bardzo malowniczo położonym na stokach dwóch wzgórz schodzących z obu stron ku rzece Medway.
W centrum można obejrzeć bardzo dobrze zachowane ruiny zamku z 1066 roku...
...oraz normańską katedrę.
Tutaj szlak N17 się kończył, a ja wjeżdżałem na wiodący wprost do Londynu szlak N1. Wyjazd z Rochester co prawda pokonałem skrótem, ale zaraz za miasteczkiem Wainscott znów połączyłem się ze szlakiem. Lekki wiatr wiał mi w plecy, ukształtowanie terenu powoli się prostowało (i to schodząc w dół), więc jazda nie była tak uciążliwa, jak początkowo przewidywałem. Kilkanaście kilometrów później zobaczyłem już z oddali miasteczko Gravesend.
Szlak tymczasem przeszedł w żwirówkę z dziwną bramką dla rowerzystów i pieszych. Niestety, mój rower się w nią nie mieścił.
Nie mogłem wyjść ze zdumienia. Co za kretyn to wymyślił? Na krajowym szlaku rowerowym takie numery? Być może chodziło o to, żeby nie wjeżdżały motocykle, ale i tak można to było poszerzyć choćby na tyle, by stery roweru przeszły "na styk". A tak trzeba było się przeciskać. Drugą taką bramkę napotkałem z drugiej strony owej żwirówki. Porażka. Około 12:30 wjeżdżałem już do Gravesend. Miasto wybitnie robotnicze, portowe, położone na południowym brzegu Tamizy. Robiło nędzne wrażenie. Nieciekawe portowe zabudowania, stare budynki, industrialna okolica. Znalazłem otwarty sklep i postanowiłem zatrzymać się na obiad - druga taka szansa może się nie powtórzyć. Kiedy wyszedłem z zakupami, okazało się, że zaczął kropić deszcz. Widziałem co prawda wcześniej napływające chmury, ale nie spodziewałem się z nich opadów. Chociaż lepsze było już to niż męczące słońce. Odpocząłem prawie godzinę, deszcz przestał kropić i ruszyłem dalej. Szlak znów wspinał się pod górę wzdłuż niezwykle ruchliwej autostrady A2. Potem już tradycyjnie w dół i tak dojechałem do Dartford. Tu znowu szlak zaczął nieprawdopodobnie kluczyć, tak że w końcu się zgubiłem. Nie mogłem też odnaleźć się na mapie (nie była aż tak dokładna), więc postanowiłem wrócić do poprzedniego skrzyżowania. Tam zsiadłem z roweru i zacząłem szukać niebieskich oznaczeń szlaku. Znalazłem je w końcu na słupie za jakimś krzakiem i wsiadłszy na rower... natychmiast poczułem, że coś jest nie tak. "K..., znowu kapeć!" - zakląłem zrezygnowany. Tym razem żywota dopełniła dętka w tylnym kole. Byłem na siebie trochę zły, ponieważ tylna opona była już mocno zużyta - nic dziwnego, w czasie wypraw z sakwami główny ciężar spoczywa na niej - i miałem ją wymienić przed wyjazdem. Stwierdziłem jednak, że na tę wyprawę jeszcze wystarczy. Teraz przebita dętka mogła świadczyć o tym, że niekoniecznie. Byłem pewnie jakąś atrakcją dla miejscowych, wymieniając dętkę na chodniku przy ruchliwym skrzyżowaniu, ale przecież nie będę się chował. Poszło mi trochę szybciej niż wczoraj i po kikudziesięciu minutach byłem gotów do dalszej drogi. Sprawdziłem, że powietrze trzyma, ale z racji zużytej już bardzo opony i braku kolejnej dętki na wymianę (zawsze zostawały jeszcze łatki) zacząłem mieć pewne obawy. Wyjechałem z miasta. Szlak skręcał teraz w pola, żeby dalej biec wzdłuż Tamizy. Podjąłem decyzję rozstania się ze szlakiem i wybrałem ścieżkę rowerową wzdłuż drogi, jakby podświadomie przewidując to, co nastąpiło za chwilę. Przejeżdżając na drugą stronę szosy poczułem znów brak powietrza w tylnym kole. Wiedziałem już, że będzie krucho. Nie poddając się panice, postanowiłem jednak dopompować koło i sprawdzić w jakim tempie powietrze uchodzi. Pompując z nadzieją stwierdziłem, że powietrze wchodzi. Kiedy jednak wyciągnąłem pompkę z zaworu, rozległo się wielkie "psssss" i całe powietrze natychmiast wyleciało, jak z puszczonego swobodnie balonu. Nic nie rozumiejąc postanowiłem operację powtórzyć, lecz tym razem powietrze już nie wchodziło w ogóle. Teraz już stało się jasne, że uszkodzony jest zawór. I z tym już się nic nie da zrobić. Gdyby to była dziura, mógłbym dętkę wyjąć i załatać, ale zaworu nie naprawię, cokolwiek z nim jest nie tak. Po prostu się nie da. Uratowałby mnie jeszcze jakiś sklep rowerowy (w końcu daleko od Dartford nie odjechałem), ale jest niedziela. W tej sytuacji oznaczało to definitywny koniec jazdy. W tym momencie zatrzymał się przy mnie rowerzysta i zapytał:
- Coś się stało? Mogę w czymś pomóc?
- Bardzo dziękuję, ale nic chyba nie pomożesz. Zawór się zepsuł.
- Uuu, to rzeczywiście - rzekł zmartwiony. - A dokąd jedziesz?
- Do Londynu - odparłem, czym chyba zmartwiłem go jeszcze bardziej. Jeszcze przez chwilę jakby zastanawiał się rozwiązaniem, a ja wyczułem, że jest mu autentycznie żal, że nie może mi pomóc, więc powiedziałem (tym bardziej, że w tym momencie decyzja była jasna):
- Teraz będę musiał jechać pociągiem.
Na te słowa jakby się ożywił i zaczął tłumaczyć mi, jak dotrzeć do stacji. Podziękowałem za pomoc i ruszyłem (już na piechotę) we wskazanym kierunku. Facet bezbłędnie mi to objaśnił, a stacja była dość blisko, więc chwilę później wylądowałem na peronie małej stacyjki Slade Green. Zdążyłem kupić bilet w automacie i zaraz nadjechał pociąg do Londynu. Wsiadałem do niego z żalem. W końcu zostało tylko około trzydziestu kilometrów żeby zdobyć Londyn rowerem. Ale zdarzają się niestety okoliczności, których się nie da przewidzieć. Do Londynu wjechałem zatem pociągiem.
Kiedy dwa dni później zmieniałem w Londynie oponę i dętkę, oniemiałem ujrzawszy rozmiar uszkodzenia. Zawór dosłownie się urwał. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że na takie uszkodzenie nic bym nie poradził.
Pozostała jeszcze kwestia dostania się ze stacji London Charing Cross do miejsca, gdzie mieszkają moi kuzyni, a to dość ładny kawałek (północno-zachodni kraniec metropolii). Mogłem spróbować dojechać metrem, ale byłem nieco wkurzony przedwcześnie zakończoną wyprawą, więc stwierdziłem, że pójdę na piechotę. Przynajmniej zobaczę trochę miasta. I tak też zrobiłem. Od razu po wyjściu ze stacji rzucił mi się w oczy tłum ludzi. Od dziecka nie lubię tłumów i hałasu, a tym mnie Londyn przywitał. Szedłem przez miasto co chwilę sprawdzając na planie kierunek, a tłum powoli zanikał - niechybny znak opuszczania gwarnego centrum i wchodzenia do przedmieść. I chociaż miasto ani przez chwilę nie odpuściło, mogłem przynajmniej poczuć się swobodniej. Cała wędrówka zajęła mi prawie trzy godziny (ponad trzynaście kilometrów z rowerem na holu) i po dziewiętnastej cel został osiągnięty. Chwała Panu!

wtorek, 4 września 2012

Z Holandii do Anglii na rowerze - dzień czwarty

18 sierpnia 2012

PINEHAM - Whitfield - Barfrestone - Adisham - Bekesbourne - Canterbury - Chartham - Old Wives Lees - Shottenden - Broad Street - COLDBLOW FARM /71km

Route 1,811,286 - powered by www.bikemap.net

Wstałem z ociąganiem mimo tego, że słońce dawało już dość jasne światło. Wszak wstaje w Anglii godzinę wcześniej niż na kontynencie. Wyszykowałem się do drogi, złożyłem namiot i wszystko to poszło dość sprawnie. Wyjechałem trochę wcześniej niż zwykle, o 8:43. Wiedziałem, że mam dużo czasu, ponieważ dzisiejszy dzień pod względem dystansu miał być najbardziej lajtowy podczas tej wyprawy. Nie zapomniałem tym razem o solidnym wysmarowaniu się kremem do opalania. Poparzona wczoraj stopa mocno dawała o sobie znać w nocy, mimo posmarowania maścią przeciwbólową. A dziś zapowiadała się jeszcze większa gorączka. Plan na dzisiaj zakładał jazdę szlakiem R16, który miał mnie doprowadzić prosto do Canterbury. Tam miała nastąpić chwilowa zmiana na N18, potem nawigacja bocznymi drogami za pomocą mapy, aż do szlaku N17 prowadzącego prosto do Coldblow Farm, czyli kempingu, w którym miałem zaplanowany nocleg. Mapy miałem wcześniej podrukowane z internetu (ze strony www.sustrans.org.uk), nie powinno być więc z nawigacją żadnych problemów. Zresztą w razie potrzeby zawsze w pogotowiu był GPS. Wyjechałem na szlak i wesoło pogwizdując ruszyłem pustą drogą. Dopiero pierwszy mijany znak drogowy uświadomił mi, że z przyzwyczajenia pojechałem prawą stroną. Natychmiast zjechałem na lewo i kontynuowałem (już prawidłowo) jazdę. Trasa do Canterbury wiodła przez tereny rolnicze.
Na szlaku spotkałem kilku rowerzystów i ucieszyłem się, że w Anglii istnieje zwyczaj pozdrawiania się podczas mijania. W Holandii pewnie nie byłoby to nawet możliwe, bo rowerzystów jest tam tylu, że człowiek nic innego by nie robił, tylko pozdrawiał. Tutaj spotkania były dużo rzadsze, za to bardziej miłe. Mijała mnie też grupa cyklistów ze Szwajcarii (z mocą pozdrowień). Szlak okazał się dość trudny pod względem ukształtowania terenu. Przyzwyczajony przez ostatnie dni do całkowicie płaskich dróg Holandii i Belgii mocno odczułem pagórkowate pejzaże hrabstwa Kent. Na początku cieszyłem się z każdego zjazdu, ponieważ osiągałem tam zawrotne prędkości rzędu 40 km na godzinę, ale cóż z tego, kiedy zaraz potem trzeba było mozolnie wdrapywać się pod górę, często zsiadając z roweru. Przez to początkowy entuzjazm szybko ostygł a droga stawała się coraz bardziej uciążliwa. Szlaki rowerowe w Anglii są oznaczone za pomocą charakterystycznych niebieskich tabliczek z numerem drogi, jednak są one umieszczane w różnych dziwnych miejscach, których bardzo łatwo nie zauważyć. Naciąłem się na to kilka razy i musiałem korygować kurs lub zawracać, czego ogromnie nie lubię. Niemniej jednak tuż po godzinie dwunastej bez przeszkód wjechałem do Canterbury. Chciałem bardzo zobaczyć katedrę będącą siedzibą centralnego arcybiskupstwa anglikańskiego Kościoła Anglii. Zdałem sobie przy okazji sprawę, że poruszanie się rowerem po angielskich miastach wymaga zwiększonej koncentracji. Gdy chciałem skręcić w prawo na skrzyżowaniu, zacząłem nagle gorączkowo analizować kto ma pierwszeństwo, bo tu wszystko jakoś tak na odwrót... Jakoś jednak znalazłem się na Starym Mieście i katedrę zobaczyłem.
Co prawda do środka wejść nie mogłem (nie było gdzie zostawić roweru), ale mogłem chociaż chwilę podziwiać okazałą bramę wejściową na dziedziniec.
Na starówce było bardzo tłoczno, więc z ulgą wydostałem się z niej i odnalazłszy szlak N17 zacząłem wyjeżdżać z miasta. Po drodze jednak zatrzymałem się na zakupy. Słońce poważnie dawało się we znaki, więc po wyjściu ze sklepu postanowiłem poszukać kawałka cienia, żeby w spokoju skonsumować jakiś posiłek (złożony głównie z soczystych owoców), uzupełnić płyny i chwilę odpocząć. Takie miejsce znalazłem dopiero za miastem, nad małym jeziorkiem. Szybko ruszyłem dalej - i tak miałem szczęście, bo przez dobrych kilkanaście kilometrów teren był płaski jak stół. Schody zaczęły się zaraz potem. Stromy, stumetrowy pagórek zwiastował początek udręki - i tak miało być już do końca dnia. Droga też nie należała do zbyt malowniczych. Krajobraz był monotonny: pola, łąki, sady, lasy, i tak w kółko.
Czasem przytrafiła się jakaś mała wioska, niestety zbyt mała, żeby mieć własny sklep z napojami z lodówki, co byłoby zbawieniem. Pagórki wycieńczyły mnie kompletnie. Zaczęło mi siadać drugie kolano - na pierwszym miałem opaskę stabilizującą, niestety jedyną jaką posiadam. Postanowiłem więc co jakiś czas przekładać ją na drugie kolano, żeby żadne z nich nie wysiadło zupełnie, inaczej nastąpi koniec wyprawy. Temperatura była podła, co też nie ułatwiało życia. Zacząłem ofiarowywać ten trud Bogu w pewnej intencji, co poprawiło nieco kondycję psychiczną, ale wcale nie ulżyło w wysiłku. Robiłem krótkie przerwy gdzie popadnie, byleby tylko chwycić kawałek cienia.
Bilans był tragiczny. Od wyjazdu z Canterbury przez dwie godziny udało mi się zrobić niewiele ponad piętnaście kilometrów. Tempo szybkiego piechura. Ale przynajmniej jakoś brnąłem do przodu. W pewnym momencie, gdy właśnie znajdowałem się w środku lasu, poczułem, że ster zaczyna dygotać. "Co jest?" - ledwo zdążyłem pomyśleć, a już sprawa była jasna: przebita dętka w przednim kole. Zakląłem soczyście i sprowadziwszy rower w bezpieczne miejsce, zacząłem operację wymiany. Dętki zapasowe wożę ze sobą dwie, dodatkowo także zestaw łatek i klej, gdyby to okazało się niewystarczające. Niby więc nic wielkiego. Ale oczywiście trzeba najpierw zdjąć wszystkie sakwy, potem koło... "A gdzie jest klucz-piętnastka?? Są wszystkie, a tego nie ma! Szlag trafił!" Ale od czego jest patent ze śrubokrętem? Bierzemy większy klucz, w luz między kluczem a nakrętką wsadzamy śrubokręt i gra muzyka.
Dętkę wyciągnąłem szybko. Okazało się, że przyczyną dziury było małe pięciomilimetrowe coś przypominające zszywkę biurową. Dobrze, że tata nauczył mnie w dzieciństwie, aby przed założeniem nowej dętki zawsze sprawdzać od wewnątrz oponę. "Zszywka" cały czas tam tkwiła. Trochę pomęczyłem się z założeniem opony (łyżki oczywiście też nie miałem), po czym założyłem koło, napompowałem i z zadowoleniem stwierdziwszy, że powietrze nie ucieka, umocowałem sakwy i ruszyłem. Po dłuższej chwili napotkałem szlak N18, który był ostatnim etapem na dziś. Wiódł zboczem wysokiego wzgórza i pod względem nawierzchni był najbardziej fatalny ze wszystkich podczas tej wyprawy. Mało, że nie asfaltowy, to jeszcze kamienisty, nierówny i miejscami strasznie wąski. Zdarzało się, że po obu stronach rosły pokrzywy albo jeżyny, więc łydki też dostały swoje. Za to widoki nawet nawet.
Po ponad godzinie takiej jazdy, wreszcie pojawił się asfalt zwiastujący rychły koniec dzisiejszego (cholernie męczącego) etapu. Za chwilę znalazłem drogowskaz w prawo na Coldblow Farm. Niestety, w tym przypadku w prawo oznaczało ostro pod górę. Ale to już ostatnie kilometry. Zacząłem się wspinać (oczywiście pieszo, bo sił już absolutnie nie miałem). Przystanęli koło mnie dwaj angielscy rowerzyści pytając skąd i dokąd jadę, skąd jestem itd. Gdy odpowiedziałem, że z Polski, jeden z nich krzyknął (po polsku): "Dzień dobry!". Okazało się, że jego ojciec był Polakiem, że on ma także dom w Polsce, koło Bielska-Białej i chętnie tam jeździ. Pogawędziliśmy chwilę (na wpół po polsku, na wpół po angielsku), po czym facet życzliwie się pożegnał, życzył powodzenia i motywując mnie do pokonania tych ostatnich kilkuset metrów pod górę, głosem kibica zaskandował: "Polska, Polska, Polska!!!" Chwilę później byłem u celu. Nie widziałem jeszcze tak uroczo położonego kempingu. Znajdował się na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się piękny widok na wszystko, co w dole.
Pani z recepcji (i chyba jednocześnie właścicielka) okazała się bardzo sympatyczna i mimo że nie prowadziła żadnego sklepu, sprzedała mi kilka napojów (w tym jeden z lodówki! Rarytas!). Pod prysznicem co prawda woda była za ciepła (po takim dniu marzyłem o zimnej kąpieli), ale za to mogłem się moczyć bardzo długo, z czego skwapliwie skorzystałem. Cena noclegu też przyzwoita: 7 funtów. Złakniony wypoczynku, dzień zakończyłem wcześniej niż zwykle zamykając powieki wraz z zachodem słońca.

poniedziałek, 3 września 2012

Z Holandii do Anglii na rowerze - dzień trzeci

17 sierpnia 2012

MARIAKERKE (B) - Middelkerke - Nieuwpoort - Koksijde-Bad - De Panne - Bray-Dunes - Leffrinckoucke - Dunkerque (F) -> Dover - Guston - PINEHAM (GB) /84km

Route 1,811,285 - powered by www.bikemap.net

Dźwięk budzika zbiegł się prawie idealnie z rykiem odrzutowca startującego z Ostend-Bruges International Airport. Było ciemniej niż wczoraj o tej porze. "Oho, chyba mamy zachmurzenie" - pomyślałem i jakby na potwierdzenie tych myśli rozległ się cichy dźwięk kropli głucho uderzających o tropik namiotu. Wyczułem jednak, że deszcz kropi dość słabo. "Nie jest źle" - stwierdziłem wyjrzawszy na zewnątrz (przy okazji ewakuując ręcznik, który suszył się na bagażniku roweru przypiętego do ogrodzenia). Pokrywa chmur była dość cienka, co zwiastowało raczej mizerne, przelotne opady, które nie powinny przeszkodzić w dotarciu do Anglii, co planowałem na dzień dzisiejszy. Po wykonaniu porannych rutynowych czynności zwinąłem namiot i spakowałem sakwy czyniąc tylko jedną zmianę w stosunku do dnia wczorajszego. Zamiast ręcznika, luzem do sakw przypiąłem kurtkę, żeby była pod ręką. W sumie nawet ucieszyłem się z pogody - przez ostatnie dwa dni słońce mi mocno dopiekło (dosłownie i w przenośni). Zatem w optymistycznym nastawieniu, przy odrobinie ekscytacji ("Dzisiaj będę w Anglii!") opuszczałem belgijski kemping, który jeszcze się nie obudził.
Było to o 8:59. Ruszyłem powoli na południowy zachód, trzymając się wydm i oznaczeń szlaku LF1. W Middelkerke, ku mojej radości, szlak przez kilka kilometrów biegł promenadą, praktycznie pustą jeszcze o tej porze.
Potem skręcał w lewo. Chwilę później rozstałem się z nim, wybierając ścieżkę prowadzącą wzdłuż drogi dla samochodów i torów tramwajowych prosto do miasta Nieuwpoort. Wjazd do miasta iście królewski - ukwieconym mostem.
Tam znów podążyłem w kierunku promenady, postanawiając jak najdłużej trzymać się wybrzeża. W ten sposób chyba najprościej dojadę do Francji, a chciałem zdążyć na jak najwcześniejszy prom w Dunkierce. Kursują o parzystych godzinach, więc jakbym (przy odrobinie szczęścia) zdążył na 14:00, byłoby fantastycznie. Bardziej realna zdawała się być 16:00. Chodziło o to, by jeszcze przed zmrokiem (zapadającym w Anglii godzinę wcześniej w związku ze zmianą czasu) zajechać do Canterbury. Tymczasem jednak wytrwale przemierzałem Belgię. Widząc warzywniak, zatrzymałem się na chwilę, aby kupić wodę i trochę owoców. Spojrzałem na ceny i... owoców nie kupiłem. Było tragicznie drogo. Kupiłem tylko wodę (solidnie przepłacając) i ruszyłem dalej, mijając kolejne nadmorskie miejscowości, tak bliźniaczo podobne jedna do drugiej, że po pewnym czasie już nie wiedziałem, czy to jest jeszcze ta, czy już następna. Około 11:00 byłem już w De Panne - ostatnim mieście przed granicą Francji. Pomyślałem, że w tym tempie powinienem zdążyć na prom o 14:00. Jednak tu zaczęły się schody. Szlak LF1 znów zaczął kluczyć i kierować się na południe. Ponieważ nie znałem terenu i nie wiedziałem gdzie można tu przekroczyć granicę, postanowiłem mimo obiekcji trzymać się szlaku. To mnie zgubiło. LF1 wyraźnie dążył do miasta Veurne, lecz w pewnym momencie oznaczenia zniknęły. Musiałem przegapić jakiś skręt. Pamiętając jednak nazwę Veurne, cały czas podążałem w jej kierunku. Zaniepokoił mnie tylko cyfrowy kompas zainstalowany w liczniku, który uparcie pokazywał literę S. "To nie ten kierunek" - dobijała się do mnie myśl tak natarczywa, że w końcu stanąłem i wyciągnąłem GPS stanowiący nieocenioną pomoc w takich sytuacjach. Tak jak przewidywałem - kierunek był zupełnie odwrotny. Straciłem ponad dwadzieścia minut. Zawróciłem w podłym nastroju (nie cierpię zawracać), potęgowanym dodatkowo przez pogodę - zniknął przyjemny poranny chłodek, chmury się rozpierzchły i słońce zaczęło dawać czadu. A tu właśnie dochodziło południe. Granicę belgisko-francuską przekroczyłem za pięć dwunasta normalną drogą dla samochodów (ścieżka rowerowa się nagle urwała) i zaraz stanąłem, żeby nasmarować się kremem z filtrem. Chwilę później wjeżdżałem już do pierwszej francuskiej miejscowości: Bray-Dunes, gdzie ujrzałem drogowskaz informujący, że do Dunkierki pozostało 30 kilometrów. W tej sytuacji wiedziałem już, że na prom o czternastej nie zdążę. Skręciłem więc do Carefoura, postanawiając zrobić zakupy i przy okazji odpocząć od gorąca w klimatyzowanym wnętrzu. Ponieważ był piątek, na obiad zjadłem przepyszną pastę krabową, przegryzając świeżą bagietką i całość diety uzupełniając owocami. Po obiedzie i upakowaniu zakupów ruszyłem dalej ku morzu.
Dojechawszy do promenady stwierdziłem, że kierunek był błędny. Nie znalazłem żadnych oznaczeń dla rowerów, a przecież tu gdzieś powinna być moja droga LF1. Kluczyłem chwilę po miasteczku, wyjeżdżając w końcu w najbardziej prawdopodobnym kierunku. Jakoś odnalazłem drogę do Dunkierki, ale nadal nie był to szlak rowerowy, a zwykła lokalna droga samochodowa. Teraz zacząłem dotkliwie odczuwać pożegnanie z Holandią i Belgią. "Przejazd przez ten kawałek Francji będzie solidnie męczący" - pomyślałem. I taki rzeczywiście był. Po drodze próbowałem się dowiedzieć, gdzie dokładnie znajduje się terminal promowy w Dunkierce. Na przystanku autobusowym zauważyłem mapę. Pokazywała Dunkierkę wraz z okolicą, którą właśnie jechałem. Nie mogłem jednak za cholerę odszukać tam terminala. Zagaiłem dwie panie, aby mi na tej mapie ów terminal pokazały. Nie zrozumiały, o co mi chodzi. Po chwili tłumaczeń migowo-uniwersalnych (ich angielski był na poziomie zerowym) stwierdziły, że nie potrafią tego pokazać (przynajmniej tak się domyśliłem) - ach ci Francuzi! Na kolejnym przystanku znalazłem tę samą mapę i zaczepiłem kolejną panią, która od razu pojęła o co mi chodzi, choć po angielsku (jak sama przyznała) nie za bardzo rozumiała. Powiedziała, że na tej mapie terminala promowego nie ma. Popatrzyłem na nią jak na głupka. Przecież mapa pokazywała CAŁE miasto i jeszcze solidny kawałek za nim, więc niemożliwe, żeby nie było tam terminala. Rozpłynął się czy co? Oczywiście nie powiedziałem tego pani (zresztą i tak by nie zrozumiała), tylko uprzejmie podziękowałem i ruszyłem dalej. Po drodze postanowiłem już nikogo nie zagadywać, bo to i tak nic nie wnosiło, a czas zaczął się kurczyć. Pomyślałem, że być może w samej Dunkierce znajdę jakiś drogowskaz lub dokładniejszy plan miasta. Droga do miasta cholernie mi się dłużyła, głównie ze względu na palące słońce. Lewa stopa zaczęła sygnalizować poparzenie słoneczne, ale nie miałem już czasu na wyciąganie kremu i smarowanie jej. Postanowiłem zaczekać z tym do promu, przecież to już niedaleko. Kiedy wjechałem do centrum, sprawdziły się najgorsze obawy. Nie było żadnego drogowskazu do promu i żadnego planu miasta. Ach ci Francuzi! A minęła już 14:30. Wyciągnąłem więc po raz kolejny GPS i kazałem mu pokazać drogę do terminala. Ku mojemu przerażeniu urządzenie wyświetliło dystans ponad 20 kilometrów. Okazało się, że terminal promowy jest sporo za miastem. A więc pani miała rację - na tamtej mapie promu nie było. Ci @#$%^## Francuzi! Zaczął się wyścig z czasem. Teraz już nawet zdążenie na prom o 16:00 było poważnie zagrożone, a mówiąc realnie: graniczyło z cudem. Starałem się nie tracić ani minuty i jechać najkrótszą możliwą drogą pokazaną przez GPS. Nie zwracałem już uwagi na temperaturę, ani na palącą lewą stopę, przestałem nawet pić wodę. Najważniejsze było zdążyć na prom. I prawie się udało. Na terminal wpadłem dokładnie o 15:44.
Gdybym miał bilet, popłynąłbym bez problemu. Niestety bilet musiałem dopiero kupić, a pan w okienku mógł mi go sprzedać dopiero na prom o 18:00. Przełknąłem jakoś gorycz porażki i choć nie uśmiechało mi się wcale przeczekanie dwóch godzin na pustym terminalu, gdzie nawet nie było gdzie usiąść (nikt nie pomyślał o ławkach dla oczekujących pasażerów - ach ci Francuzi!). Na szczęście był tam automat z zimnymi napojami. Wypiłem dwie puszki jednym duszkiem (wypiłbym więcej, ale nie miałem już drobnych). Zjadłem kilka zakupionych wcześniej nektarynek, popiłem litrem wody, nasmarowałem poparzoną stopę i zacząłem powoli dochodzić do siebie. Czas w sumie upłynął szybko, około 17:20 można było wychylić się z cienia i powoli zmierzać w kierunku promu. Czas wymierzyłem idealnie żeby wjechać jako pierwszy a jednocześnie nie spalić się na słońcu.
Na promie udało mi się zająć miejsce na kanapie przy oknie. Miało ono tę zaletę, że pod oknem znajdowały się nawiewy klimatyzacji. Mogłem więc postawić poparzoną stopę na kratce nawiewu i poczuć ulgę w bólu. Udało się zmrużyć oko na kilka chwil. Rejs do Anglii trwa dwie godziny, więc niedługo widać już było białe klify Dover.
Jeszcze kilka chwil i w zachodzącym słońcu zamajaczyła sylwetka twierdzy.
Trzeba było powoli zacząć schodzić do roweru, który czekał spokojnie na rufie.
Byłem jedynym rowerzystą na promie, miałem więc obawy, gdzie po zjeździe z promu mam się kierować. Okazało się to jednak bardzo proste. Członek załogi rozładowującej prom krzyknął, że mam jechać wzdłuż czerwonej linii. Posłusznie wykonałem polecenie i linia doprowadziła mnie do punktu kontrolnego. Tam - ku mojemu zaskoczeniu - kazano mi zjechać na bok. Podszedł strażnik i poprosił o dokumenty.
- Skąd pan jedzie? - zapytał.
- Z Rotterdamu - odpowiedziałem. Dostrzegłem w jego oczach zdziwienie.
- A dokąd?
- Do Londynu.
- W jakim celu?
- Przejechać się - odpowiedziałem bez większego namysłu. Co jak co, ale odgrywanie idioty wychodzi mi najlepiej. Wykorzystując chwilę pauzy wywołaną jego kolejnym zdziwieniem, podjąłem postanowienie nie wspominania o rodzinie w Londynie, żeby nie narażać się na dodatkowe pytania.
- Ile czasu zamierza pan zostać w Anglii?
- Trzy dni - odparłem szybko, nie zdążywszy tak naprawdę policzyć ile tego będzie. Potem się zreflektowałem, że chyba pięć.
Facet poszedł do swoich kolegów i chwilę z nimi rozprawiał pokazując im mój dowód osobisty. Ja natomiast zastanawiałem się o co może chodzić. Po chwili wrócił i spytał:
- Przewozi pan jakieś narkotyki, alkohol, papierosy?
- Nie, tylko rzeczy osobiste - odparłem z uśmiechem.
- Może pan to otworzyć? - wskazał ręką na sakwy.
- Oczywiście - odpowiedziałem z niechęcią, bo nie jest to taka prosta sprawa. Rozpięcie wszystkiego, a potem zapięcie to dobra chwila zabawy, na którą w tym momencie nie miałem żadnej ochoty. Ale władza to władza. Posłusznie wszystko otworzyłem, facet włożył rękę do każdej z sakw, pogrzebał mi w bieliźnie, pomacał namiot ("-Co to jest?" "-Namiot."), po czym jeszcze raz zapytał czy nie mam narkotyków (skąd te podejrzenia?) i puścił mnie wolno. Kilka dni później, w Londynie, kiedy przy piwie opowiadałem o tym zdarzeniu moim kuzynom, doszliśmy do wniosku, że podejrzenie musiało wzbudzić moje stwierdzenie, że jadę z Rotterdamu. Holandia, kraj legalnej marihuany, musiała zapalić w nim lampkę alarmową. Kiedy wreszcie wjechałem do Dover, zaczynało się ściemniać.
A ja musiałem mocno się skupić, żeby przestawić się na ruch lewostronny. Wiedziałem, że do Canterbury dziś już nie dojadę, ale postanowiłem jechać w tym kierunku aż do zmierzchu. Kupiłem wodę, odnalazłem szlak (dobrze oznaczony niebieskimi tabliczkami z symbolem roweru i numerem szlaku) i mogłem już wyjeżdżać z miasta. Właściwie nie był to wyjazd, ale WYJŚCIE z miasta, gdyż droga wiodła ostro pod górę, w kierunku twierdzy. Nie miałem siły na tak stromy podjazd (rower z sakwami trochę waży), więc pokonałem go pieszo rozpływając się we własnym pocie. Na szczycie wzgórza czekał jednak piękny widok na miasto.
Mogłem też wreszcie zobaczyć twierdzę - imponujący zamek z XII wieku - od strony wejścia.
Teraz już spokojnie trzymając się szlaku jechałem lewą stroną (trochę dziwnie) przez kolejne wioski. Kiedy nadszedł zmierzch mijałem właśnie Pineham i zauważyłem napis "Caravan Park". Co prawda wiem, że oznacza to kemping dla tzw. kamperów, a nie namiotów, ale co mi szkodzi spróbować. Właścicieli - starsze małżeństwo - znalazłem zaraz przy wjeździe. Popijali wino z innym starszym małżeństwem.
- Dobry wieczór. Szukam miejsca na nocleg pod namiotem - zagaiłem.
- Niestety, nie przyjmujemy turystów pod namiotami - odparła starsza pani.
- A gdzie mógłbym znaleźć kemping? - zapytałem w nadziei, że to gdzieś blisko.
Właściciele zaczęli się naradzać między sobą, aż w końcu pani zadała mi pytanie, którego nie zrozumiałem. Poprosiłem o powtórzenie, więc zapytała:
- Skąd wyjechałeś rano?
- Z Belgii - odpowiedziałem. To wzbudziło ich podziw wyrażony przez gwizdy i kiwanie głową z uznaniem, po czym usłyszałem to, co chciałem usłyszeć:
- Nie przyjmujemy turystów z namiotami, ale dla ciebie zrobimy wyjątek.
Po czym pan wstał i pokazał mi miejsce, gdzie mogę rozbić namiot, następnie pokazał mi prysznic, pouczył, że działa na monetę dwudziestopensową, spytał czy taką mam (miałem dzięki temu, że w Dover kupiłem wodę), życzył dobrej nocy, ja zaś wręczyłem mu pięć funtów (tyle chciał) jako zapłatę za nocleg i serdecznie podziękowawszy zabrałem się szybko za rozbijanie namiotu, gdyż było już dość ciemno. Nic dziwnego, dochodziła dziewiąta, czyli dziesiąta czasu środkowoeuropejskiego. Wziąłem więc prysznic i czym prędzej udałem się na spoczynek.

niedziela, 2 września 2012

Z Holandii do Anglii na rowerze - dzień drugi

16 sierpnia 2012

SINT LAURENS (NL) - Middelburg - Vlissingen - Breskens - Groede - Oostburg - Sluis - Damme - Dudzele - Brugge - Oostende - MARIAKERKE (B) /107km


Route 1,811,282 - powered by www.bikemap.net

Budzik zadzwonił dokładnie o 6:00. W namiocie było jeszcze ciemno, ale wyczuwałem, że słońce również już powoli wstaje. Chwilę później można już było sięgnąć po brewiarz i odmówić godzinę czytań z jutrznią bez męczenia wzroku. Następnie mycie, Msza św. polowa (a dokładniej: namiotowa), śniadanie z obowiązkową kawą i można było się zwijać. Tropik był mokry od rosy, więc strzepałem wodę na tyle, ile się dało, i o godzinie dziewiątej byłem gotowy do drogi. Jeszcze tylko formalności meldunkowe z właścicielką kempingu, niewygórowana zapłata (9 euro), podziękowanie i w drogę. Wyruszyłem o 9:12, kierując się w stronę Middelburga. Miasteczko to jest stolicą prowincji Zelandia. W centrum znajduje się ratusz miejski z XVI wieku, który (pewnie z racji gotyckiego stylu i wysokiej wieży) łatwo z daleka pomylić z kościołem. W ratuszu znajduje się obecnie Akademia Roosevelta. Obok rynek, który (o dziwo) nadal pełni funkcję rynku - pełno tu kramików i stoisk ze wszystkim.
Wyjechałem z miasta szlakiem wiodącym nad kanałem. Kanałem płynęło trochę łódek, jachtów i stateczków, zaś ścieżka roiła się od rowerzystów. Widać, że ten szlak jest bardzo uczęszczany.
W ten sposób dotarłem do Vlissingen, gdzie znów czekało mnie pokonanie wody, tym razem ani nie za pomocą tunelu, ani mostu, lecz promem. Prom do Breskens kursuje co 40 minut i kosztuje 3,80 EUR za rejs z rowerem w jedną stronę. Chętnych jest sporo, przy czym większość to właśnie rowerzyści. Z promu uchwyciłem jeszcze Vlissingen od strony wody.
Przy zjeździe z promu czekała na mnie informacja o objeździe, ale tym razem był on oznaczony znakomicie, nie było więc problemu z odnalezieniem drogi, która znów wiodła wzdłuż plaży.
Ponieważ jednak od morza wiał silny wiatr, postanowiłem wybrać szlak prowadzący wgłąb lądu. Po drodze minąłem zagrodę z niecodziennymi mieszkańcami.
Szukałem też sklepu, aby zrobić zaopatrzenie, gdyż minęło już południe. Słońce prażyło (nauczony wczorajszym doświadczeniem solidnie wysmarowałem się rano kremem z filtrem UV) i kończyła się woda. Wypadało też coś zjeść. Sklep znalazłem dopiero w Oostburgu (i to po kilkunastominutowym kręceniu się po mieście). Zrobiłem zakupy na cały dzień i poranek dnia następnego, coś tam przegryzłem, odpocząłem chwilę w mieście i ruszyłem dalej w kierunku Belgii.
Ostatnią miejscowością przed granicą było Sluis. Droga do tego miasta stanowiła dla mnie poważne wyzwanie. Wiodła cały czas pod wiatr, w palącym bez żadnych skrupułów słońcu, w powietrzu wypełnionym kurzem z odbywających się właśnie żniw. Liczyłem pojedyncze kilometry, chcąc jak najprędzej dotrzeć do Sluis i wreszcie do Belgii. W mieście byłem po 14:00. Przysiadłem na ławce przy rynku, naprzeciwko kościoła i zrobiło mi się bardzo sennie. Wiedziałem, że i tak nie da rady usnąć, bo ławka nie była stworzona do tego celu, tyłek mnie bolał, a do tego zegar na kościelnej wieży co kwadrans wygrywał holenderskie tandetne melodyjki. Pomyślałem sobie, że w Polsce niektórym ludziom przeszkadza, jak dzwon kościelny wybije pełną godzinę. Tutaj oni by chyba zwariowali - "kwadransowa" melodyjka trwała dokładnie minutę. Przymknąłem na chwilę oko wpadłszy w kilkuminutową półdrzemkę, po czym wsiadłem na rower i podążyłem w stronę granicy.
Byłem bardzo ciekaw, jak owa holendersko-belgijska granica jest oznaczona. Rzeczywistość była nieco rozczarowująca. Musiałem upewnić się, czy to aby na pewno tu. Nie było żadnej informacji, że wjeżdżam do Belgii. Jedynie szlaban w poprzek drogi i ostrzeżenie o zwierzętach (owcach?) występujących na długości 3km.
Tu zatrzymam się na chwilę z opowieścią, aby podsumować przejazd przez Holandię. Otóż państwo to jest istnym rajem dla rowerzystów, i to w każdym znaczeniu. Niczego pod tym względem nie brakuje. Ścieżki rowerowe najwyższej klasy, z równiusieńką nawierzchnią, najczęściej bezkolizyjnymi skrzyżowaniami z drogami dla samochodów, do tego doskonale oznaczone (o czym wspomniałem w części pierwszej). Widać, że rower (a także motorower) to u Holendrów bardzo popularny środek lokomocji, może nawet priorytetowy. Bardzo łatwo w tym kraju porozumieć się po angielsku.
Belgia okazała się pod tym względem podobna, chociaż zauważalne były braki w stosunku do Holandii. Zdarzały się ubytki w nawierzchni. Brakowało bezkolizyjnych skrzyżowań. A mnie dotknęła przede wszystkim różnica w oznaczeniach. Niby wszystko wyglądało tak samo: numerowane knooppunty i na każdym skrzyżowaniu drogowskazy do nich, ale... brakowało map. Widocznie ktoś z belgijskich urzędników doszedł do wniosku, iż każdy szanujący się rowerzysta własną mapę ma. Nie wiedząc o tym fakcie popełniłem dość poważny błąd. Otóż kilka kilometrów od granicy, przy drodze wiodącej wzdłuż kanału, na którym trwało właśnie zbieranie rzęsy...
...znajdowała się restauracja, w której można było kupić mapę rowerową całej Belgii z naniesionymi knooppuntami. Ja jednak widząc takie same oznaczenia jak w Holandii, zrezygnowałem z zakupu, posługując się argumentem "po co mi to". Zacząłem żałować przy drugim knooppuncie, przy którym nie znalazłem żadnej mapy (przy pierwszym pomyślałem: "pewnie ktoś zdjął albo nie była tu potrzebna"). Przy trzecim już przeklinałem. Chcąc nie chcąc musiałem teraz kierować się drogowskazami międzynarodowej ścieżki rowerowej North Sea Cycle Route, która zarówno w Holandii jak i w Belgii nosi oznaczenie LF1. Tych na szczęście nie brakowało. Jazdę tym międzynarodowym szlakiem zakładał mój plan pierwotny, lecz w Holandii, z uwagi na doskonałe oznaczenia, często wybierałem inne drogi (na skróty, z ciekawości, z potrzeby itp. powodów). Teraz zostałem zmuszony do wybrania LF1, co nie było wyborem najlepszym, o czym się natychmiast przekonałem. Tuż przed Brugią szlak zaczął niespodziewanie skręcać w kierunku przeciwnym do zamierzonego i następnie kluczyć po jakichś wiejskich drogach, co ostatecznie zepsuło mi humor. Nadłożyłem przez te manewry jakieś 10 kilometrów, tracąc ponad pół godziny. Dlatego tuż przed Brugią rozstałem się z LF1 widząc, że znowu skręca nie tam, gdzie według mnie powinno być miasto, a ja odnalazłem drogowskaz z napisem "Brugge" i udałem się tam, gdzie wskazywał, zamierzając wjechać do centrum.
Byłem bardzo ciekaw Brugii, odkąd obejrzałem film pt. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, komediodramat, którego akcja dzieje się właśnie tutaj. Jeden z głównych bohaterów, płatny morderca, wyraża tam co chwilę swoją dezaprobatę dla tego miasta ("Cholerna Brugia", "nienawidzę tego miasta", "śmierdzi zdechłą rybą" itp.), ale kamery pokazują bardzo ciekawy klimat brugijskiej starówki. Postanowiłem obejrzeć ją na własne oczy. Okazuje się, że nie bez przyczyny Brugia jest nazywana "Flamandzką Wenecją".
Mimo obecności kanałów, nie zauważyłem, żeby bardzo śmierdziało. Być może nieprzyjemne zapachy potęgują się w porze jesienno-zimowej, kiedy drastycznie zwiększa się wilgotność powietrza i nic innego nie pachnie. Starówka ma swój klimat. Nie jest on może jakiś wyjątkowy, ale na swój sposób przyciąga.
Rynek, jak to w sezonie, tłoczny i gwarny. Króluje na nim ratusz i charakterystyczna dla Brugii gotycka wieża strażnicza (Beffroi) z karylionem złożonym z 47 dzwonów.
Nie miałem wiele czasu na zachwyty i zwiedzanie. Trzeba było ewakuować się z Brugii jak najprędzej i - nie szukając już LF1 ani żadnego innego szlaku - ruszyć "na czuja" w stronę morza. Postanowiłem, że trzymając się kanału będę podążał cały czas w kierunku zachodnim. Droga wzdłuż kanału ma te dwie zalety, że - po pierwsze - jest prosta, po drugie zaś - na pewno doprowadzi do morza. Problem powstałby jedynie w sytuacji, gdyby nagle ścieżka rowerowa rozstała się z kanałem i podążyła w bliżej nieokreślonym kierunku. Na szczęście tak się nie stało i po niespełna dwóch godzinach od wyjazdu z Brugii wylądowałem w nadmorskim mieście Oostende.
Ponieważ zegar wybił już dziewiętnastą, zacząłem natychmiast rozglądać się za kempingiem. I tu objawił się kolejny brak w porównaniu z Holandią: nie było żadnych drogowskazów, żadnych informacji o kempingach. "Koniec języka za przewodnika" - pomyślałem i zaczepiłem faceta jadącego w przeciwnym kierunku.
- Jest tu jakiś kemping?
- O ile mi wiadomo, w tym mieście nie ma - odparł. - Musisz jechać do Middelkerke.
- W którym to kierunku? - zapytałem.
- Najpierw jedź do centrum, a potem się zapytaj - rzekł facet i wskazał ręką kierunek na centrum.
Podziękowałem i udałem się dalej. Po drodze zdecydowałem się jeszcze zaczepić Murzyna.
- Nie wiesz, gdzie jest najbliższy kemping?
- Tu nie ma, nie w okolicy - odrzekł z sympatycznym uśmiechem i zastanowiwszy się chwilę powiedział: - Wiem, że jest na pewno w Mariakerke. Musisz dojechać do promenady a potem wzdłuż plaży.
- Dzięki - uśmiechnąłem się na pożegnanie.
- Powodzenia - odpowiedział przyjaźnie.
Po drodze napotkałem na plan miasta. Faktycznie, sympatyczny Murzyn miał rację. W pobliżu Mariakerke narysowane były aż trzy namiociki. Sprawdziłem drogę i pojechałem w tym kierunku. Oostende nie jest jakimś wielkim miastem, ale tramwaje mają. Potem okazało się, że linie tramwajowe rozciągają się tu po całym wybrzeżu i łączą ze sobą kilka miast. Dojechałem do Mariakerke i zacząłem się rozglądać za kempingami z mapy. "To powinno być gdzieś tutaj" - myślałem mijając coraz bardziej wyludniające się okolice - znak końca miasta. Wreszcie zobaczyłem tablicę "Camping". Wisiała na jednym haku przyczepionym do zdezelowanego płotu ogradzającego pusty plac z dwoma barakami. Ups, ten kemping chyba nie działa. Ruszyłem dalej. Dojechałem do jakiegoś domu. Przed nim stał facet, którego z duszą na ramieniu spytałem się o camping - obawiałem się, że odpowie coś w rodzaju: "Był tu kiedyś, ale już nie ma". Ku mojej niezmiernej radości odrzekł jednak:
- Jedź dalej, jest za jakieś 500 metrów.
Rzeczywiście był. Duży niczym miasteczko dla przyczep kempingowych. Recepcjonistkę znalazłem w barze i zapytawszy o nocleg dowiedziałem się, że nie ma problemu: 22 euro, plus eurak za prysznic. Wybałuszyłem oczy ze zdziwienia, ale posłusznie odliczyłem haracz za kawałek trawy (nigdzie jeszcze nie spotkałem takich cen, ale być może było to podyktowane bliskością morza) i poszedłem rozbić namiot. Kemping położony był nieopodal lotniska, więc co chwilę słyszałem warkot silników turbośmigłowych startujących samolotów, a raz czy dwa ogłuszający huk odrzutowca. Kilka metrów dalej stał namiot zajmowany przez grupkę młodzieży, która głośno rozmawiała po francusku. Myślałem, że w takich warunkach spania nie będzie, jednak zasnąłem jak dziecko.