poniedziałek, 5 grudnia 2011

Znów rozbiłem samochód

Nie wiem, ki diabeł mnie podkusił, żeby do Warszawy pojechać samochodem. Było to raczej wbrew zdrowemu rozsądkowi, choć miałem racjonalne argumenty: była sprawa do załatwienia w stolicy, była sprawa do załatwienia po drodze, no i dodatkowo czekało przyjemne spotkanie w Płocku. Owszem, z dwóch ostatnich rzeczy mógłbym zrezygnować, bo nie były pilne, ale nie wiem, kiedy byłaby następna szansa. Padło na to, że wybierając się autem uda mi się wszystkie pieczenie upiec na jednym ogniu. Nie udało się upiec ani jednej. Raczej ja zostałem ugotowany.
A było banalnie. Wyjechałem ze Szczecina o czwartej rano z nadzieją dotarcia do Warszawy około południa. Pogoda była brzydka do jazdy, chociaż nie jakaś ekstremalna. Po prostu dość mocno padało. Ani śladu mgły czy przymrozków. Jechałem spokojnie, bez szarżowania, bez gonitwy. Zresztą nad ranem ruch praktycznie żaden. Trochę gęściej zrobiło się przed Piłą. Nic dziwnego - to już pora dojazdów do pracy. Dobrnąłem do obwodnicy Bydgoszczy, wyprzedziłem kilka ciężarówek i innych, mniejszych samochodów, nadal jednak zachowując styl umiarkowanie spokojny. Zostało mi to po wypadku maluchem prawie sześć lat temu. Rozbiłem go na pniu akacji podczas ekstremalnych warunków pogodowych, do których maluch przystosowany absolutnie nie był - na drodze był lód, nawet autobusy stawały w poprzek, samochody osobowe albo jeździły poboczami, albo też lądowały poza nimi w rowach. Ale to było na gminnej drodze w czasie ostrej zimy i (przypomnijmy jeszcze raz) dotyczyło malucha. Dziś jechałem drogą krajową, w miarę przyzwoitym autem (bez rewelacji), a warunków pogodowych nawet przy mocnym naginaniu prawdy nie nazwałbym ekstremalnymi. Więc co się stało? Właściwie nie wiem. Nie jechałem szybko. A jednak na łuku drogi poczułem nagle, że koła tracą przyczepność. Z naprzeciwka na nieszczęście zbliżał się jakiś pojazd i z tego powodu chyba zbyt gwałtownie skorygowałem tor jazdy. W tym momencie już wiedziałem, że jest za późno. Auto  przestało reagować na ruchy kierownicą. Zamknąłem oczy i wcisnąłem hamulec. Przez myśl przemknęło mi: "Czy to już teraz, Panie?" Poczułem uderzenie, samochód odbił się od czegoś i sunął dalej bokiem jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów. Otworzyłem oczy chwilę przed całkowitym zatrzymaniem. Stop. Nic mi się nie stało. Wyskoczyłem z wozu, zobaczyłem zmasakrowany przód i pękniętą lewą oponę, co sugerowało, że nie dam rady go przepchać. A mój wrak stał w poprzek drogi tarasując całkowicie jeden pas jezdni. Inne samochody zaczęły go wymijać. Wychylił się facet z ciężarówki: 
- Nic się panu nie stało?
- Mnie nic. - odkrzyknąłem.
Pojechał. Zatrzymał się jeden młody gość, wysiadł i zaczął mi pomagać w przepychaniu. Nie daliśmy rady. Zatrzymał się drugi, w trójkę było już łatwiej. Ustawiliśmy auto na poboczu, podziękowałem kolegom i pobiegłem ustawić trójkąt. Potem usiadłem we wraku wpadłszy w chwilową depresję, rozmyślając co mam dalej począć. Pomógł jeden telefon do mechanika-wybawiciela. Już nie jeden raz ratował mnie z "opresji na czterech kołach". Chwilę później już siedział w lawecie, mknąc na ratunek, a ja poszedłem przejść się po okolicy i złapać dystans do tego wszystkiego, co się stało. Pretensji do nikogo mieć nie mogłem, obwinianie siebie też niespecjalnie pomoże. Poprzestałem więc na podziękowaniu Bogu za to, że jestem cały i zdrowy. A samochód? Cóż, rzecz nabyta. "Dał Pan i zabrał Pan. Niech imię Pańskie będzie błogosławione" - przypomniałem sobie werset z Księgi Hioba (1,21), chyba najlepszy na takie okoliczności. 
Wracałem właśnie ze złapanym dystansem, gdy z oddali zobaczyłem przy wraku migoczące niebieskie światło. "Policja! Masz ci los, jeszcze mi mandat wlepią" - westchnąłem rozpaczliwie i nawet się nie spostrzegłem, kiedy dystans uwolnił się i uciekł w popłochu. Nie było jednak tak źle. Miła policjantka spytała się o okoliczności "zdarzenia drogowego", kazała mi dmuchać w balonik (0,0 jakby się kto pytał), po czym zabrała mi dowód rejestracyjny za pokwitowaniem i łaskawie poinformowała, że poszkodowanym w tym zdarzeniu nie jestem ja, tylko Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, będąca właścicielem barierki, od której odbił się mój samochód, lekko ją wginając. Przyjąłem to do wiadomości bez zastrzeżeń, świadomy faktu, że najprawdopodobniej rzeczona barierka uratowała mi życie. Mój ubezpieczyciel zapewne również bez zastrzeżeń wypłaci GDDKiA należne odszkodowanie za spowodowane przeze mnie zniszczenia.
Tyle opowieści. Aktualnie siedzę w barze na stacji benzynowej nieopodal miejsca wypadku i czekam na mechanika-wybawiciela. Zabijam czas, pisząc tę historię przy herbacie. Jest to również znakomita okazja, żeby na powrót złapać zagubiony dystans. A co dalej? Najbliższa przyszłość raczej nie powinna zaskoczyć: wpakujemy auto na lawetę i zawieziemy do warsztatu. Problem będzie później. Czy będzie się opłacało remontować auto? I - przede wszystkim - czy będzie mnie na to stać?? Może przyjdzie mi podróżować transportem zbiorowym? Zobaczymy. "Niech imię Pańskie będzie błogosławione" - piszę to bez cienia obłudy.

4 komentarze:

  1. Toruń tuz tuż... Interpretacja jednoznacza :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja wiem, że Ksiądz ma obiecane szybkie zejście z tego świata no ale bez przesady :) Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że nic Ci nie jest! Tylko ludzi straszysz...! :|

    OdpowiedzUsuń
  4. Historia nie do pozazdroszczenie, jednak "pióra" to szczerze zazdroszczę :)
    Jaro CRL

    OdpowiedzUsuń