poniedziałek, 19 grudnia 2011

Podwyżka cen biletów

Radni mojego miasta zatwierdzili dziś nowe ceny biletów komunikacji miejskiej. Najwięcej kontrowersji budzi w tej sprawie zmiana rodzaju taryfy: bilety dwudziestominutowe zostaną zniesione, a w zamian pojawią się piętnastominutowe i półgodzinne. Radni argumentują, że to wyjście naprzeciw pasażerom, natomiast inni (w tym dziennikarze) twierdzą, że jest to zakamuflowana forma podwyżki cen. Jakby nie było, podwyżka jest faktem i faktem musi być, bo wszystko drożeje. Według danych, które udało mi się odnaleźć, od ostatniej zmiany taryfy biletowej (2007/2008) koszty energii elektrycznej wzrosły o 56%, a ceny paliw o dwie trzecie. Na tym tle podwyżka cen biletów o ok. 17% nie wydaje się krzywdząca. Szczególnie jak się weźmie pod uwagę to, że nadal wpływy z biletów pokrywają niecałą połowę kosztów funkcjonowania komunikacji miejskiej. Resztę dopłaca miasto, czyli de facto podatnicy. Ale tu według mnie pojawia się zgrzyt. Przecież nie każdy podatnik jest jednocześnie pasażerem komunikacji miejskiej. Dlaczego np. ja - jako podatnik - mam opłacać komunikację miejską, z której nie korzystam? Jest to niesprawiedliwe, ponieważ mnie do paliwa nikt nie dopłaca. W podobnej sytuacji jest wielu innych mieszkańców miasta, którzy poruszają się własnym środkiem transportu, płacąc za paliwo, ubezpieczenie i bilety parkingowe. Oni też sponsorują (z własnych podatków) jakąś część kosztów przejazdu pasażera komunikacji miejskiej. Ktoś może powiedzieć: no to niech sami też się przesiądą do autobusów i tramwajów, a samochód zostawią w garażu. Owszem, dziś sam nawet poruszałem się publicznymi środkami lokomocji, bo samochód (nie mój zresztą) mi się zepsuł (mam jakiegoś pecha czy co?). Ale na co dzień jest to po prostu niemożliwe. Z chęcią korzystałbym z komunikacji miejskiej, gdyby gwarantowała przynajmniej zbliżony czas przejazdu do samochodu. Realia są niestety koszmarne: np. przejazd autem na prawobrzeże zajmuje mi w sprzyjających warunkach około dwudziestu minut. Podróż najszybszą konfiguracją autobusową to strata ponad pięćdziesięciu minut. Po przemnożeniu razy dwa (bo przecież trzeba jeszcze wrócić) łącznie traciłbym co najmniej godzinę z życiorysu, jeśli chciałbym zrezygnować z samochodu. To tylko przykład. Do nikogo nie mogę mieć pretensji, bo to mój wybór - sam płacę za paliwo drożej niż bym zapłacił za bilety, ale za to zyskuję na czasie. Pytam się jednak: dlaczego mam płacić jeszcze za kogoś, kto podróżuje autobusem? Skoro on nie ma samochodu, powinien płacić tyle za bilet, żeby komunikacja miejska się z tego utrzymała. Niby proste, tylko co by wtedy było? Najtańszy bilet kosztowałby pewnie co najmniej cztery złote, więc ludzie pokupowaliby sobie auta, bo to by się lepiej opłacało. Emeryci zaczęliby chodzić na piechotę, bo nie byłoby ich stać na luksus podróży transportem zbiorowym i w efekcie liczba pasażerów drastycznie by spadła, co z kolei spowodowałoby, że do komunikacji miejskiej znów trzeba by zacząć dopłacać z podatków. Jak widać zagadnienie tzw. "sprawiedliwości społecznej" jest cholernie trudne.

4 komentarze:

  1. Z prawobrzeza przy przeciwnościach losu (patrz rozbity samochód na moście pionierów) dojazd do Basenu Górniczego to 2h... Najbardziej bawi mnie to,ze dojazd na Wyszyńskiego z pętli na Słonecznym autobusem B wg rozpiski autobusowej to 17 minut... wiec witajcie bilety 30 minutowe... A 15 to na dojazd na Bukowe czy na zakupy do Kuaflandu? :( wszystko na opak....

    OdpowiedzUsuń
  2. Niedlugo bedzie szybki tramwaj...

    OdpowiedzUsuń
  3. Takich sytuacji znaleźlibyśmy bardzo dużo. Dlaczego mamy utrzymywać więźniów, bezrobotnych (z wyboru) i wielu innych osób. Taka to rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
  4. W sumie można przerzucić część osób z autobusów do samochodów - tylko wtedy czas przejazdu samochodem znacznie by się wydłużył z racji korków... :) Niby autem zawsze się siedzi a nie stoi (lub wisi) w korku, ale jednak w korku... :)

    OdpowiedzUsuń