sobota, 31 grudnia 2011

Hepi niu jier tu tałzend en tłelf!

Miałem już spać, ale ponieważ jeszcze nie śpię, napiszę kilka słów. Koniec roku to nieuchronny czas podsumowania, przynajmniej dla kogoś, kto chce w jakikolwiek sposób się rozwijać - co jakiś okres trzeba dokonywać bilansu i korekty kierunku, w którym się zmierza. Dla mnie ten rok był nieco dziwny. Większość czasu spędziłem na żmudnym zmaganiu się z problemami zdrowotnymi, ale za to przynajmniej efekt jest już w miarę zadowalający. Zmiany parafii nie umiem jeszcze zbilansować, czas pokaże. Do najbardziej udanych spraw tego roku zaliczam niewątpliwie wakacje, zwłaszcza wyprawę do Danii opisaną przeze mnie w blogu rowerowym, która - taką mam nadzieję - stanie się zaczątkiem kolejnych wakacyjnych wojaży na dwóch kółkach. Udało mi się też znaleźć kotu lepszy dom, niż potrafiłem mu zapewnić, a do tego został w rodzinie. Poznałem też wielu wspaniałych ludzi, zwłaszcza z Kościoła Domowego, podczas rekolekcji, które prowadziłem. Finansowo natomiast kończę rok na sporym minusie przez utratę samochodu podczas zdarzenia, które już wcześniej dość szczegółowo opisałem. Stwierdzam to jednak bez żalu, bo od dawna już twierdzę, że pieniądze nie są najważniejsze. O wiele ważniejszy jest bilans duchowy, który jednak pozostawię dla siebie.
Za oknem już fajerwerki (chyba się komuś godziny pomyliły), więc czas kończyć i rok, i ten wpis. Pan Bóg co prawda istnieje ponad czasem, ale my niestety jesteśmy w ten czas nieuchronnie wpisani. Dlatego kolejny rok witam zawsze ze szczyptą ekscytacji, bo nigdy nie wiadomo, jaki będzie i co przyniesie.  Zawsze życzymy sobie, żeby przyniósł coś lepszego, niech więc i tym razem tak będzie. Zatem - jak mówi anglojęzyczna część świata - hepi niu jier tu tałzend en tłelf!

P.S. Stosunkowo dobrym pomysłem mijającego roku było założenie tego bloga, o czym świadczą chociażby ponad dwa tysiące odwiedzin w ciągu miesiąca jego istnienia. I za to Wam dziękuję.

1 komentarz: