sobota, 31 grudnia 2011

Hepi niu jier tu tałzend en tłelf!

Miałem już spać, ale ponieważ jeszcze nie śpię, napiszę kilka słów. Koniec roku to nieuchronny czas podsumowania, przynajmniej dla kogoś, kto chce w jakikolwiek sposób się rozwijać - co jakiś okres trzeba dokonywać bilansu i korekty kierunku, w którym się zmierza. Dla mnie ten rok był nieco dziwny. Większość czasu spędziłem na żmudnym zmaganiu się z problemami zdrowotnymi, ale za to przynajmniej efekt jest już w miarę zadowalający. Zmiany parafii nie umiem jeszcze zbilansować, czas pokaże. Do najbardziej udanych spraw tego roku zaliczam niewątpliwie wakacje, zwłaszcza wyprawę do Danii opisaną przeze mnie w blogu rowerowym, która - taką mam nadzieję - stanie się zaczątkiem kolejnych wakacyjnych wojaży na dwóch kółkach. Udało mi się też znaleźć kotu lepszy dom, niż potrafiłem mu zapewnić, a do tego został w rodzinie. Poznałem też wielu wspaniałych ludzi, zwłaszcza z Kościoła Domowego, podczas rekolekcji, które prowadziłem. Finansowo natomiast kończę rok na sporym minusie przez utratę samochodu podczas zdarzenia, które już wcześniej dość szczegółowo opisałem. Stwierdzam to jednak bez żalu, bo od dawna już twierdzę, że pieniądze nie są najważniejsze. O wiele ważniejszy jest bilans duchowy, który jednak pozostawię dla siebie.
Za oknem już fajerwerki (chyba się komuś godziny pomyliły), więc czas kończyć i rok, i ten wpis. Pan Bóg co prawda istnieje ponad czasem, ale my niestety jesteśmy w ten czas nieuchronnie wpisani. Dlatego kolejny rok witam zawsze ze szczyptą ekscytacji, bo nigdy nie wiadomo, jaki będzie i co przyniesie.  Zawsze życzymy sobie, żeby przyniósł coś lepszego, niech więc i tym razem tak będzie. Zatem - jak mówi anglojęzyczna część świata - hepi niu jier tu tałzend en tłelf!

P.S. Stosunkowo dobrym pomysłem mijającego roku było założenie tego bloga, o czym świadczą chociażby ponad dwa tysiące odwiedzin w ciągu miesiąca jego istnienia. I za to Wam dziękuję.

czwartek, 29 grudnia 2011

Jeść jutro mięcho czy nie?

Okazuje się, że wiele osób wierzących ma dylemat, czy w piątek w oktawie Bożego Narodzenia należy zachować wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych czy też można sobie mięcho spożyć. Mało tego, okazało się, że wielu księży nie umie na to pytanie odpowiedzieć właściwie, przez co wprowadzają wiernych w błąd. Nie wynika to na pewno ze złej woli, tylko z przeoczenia pewnych faktów.
Uznałem zatem za stosowne, aby tę sprawę wyjaśnić, co - jak mniemam - pomoże to zrozumieć i przyjąć. Otóż podstawę prawną naszego piątkowego "postu" (czyli de facto wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych) stanowi kanon 1251 Kodeksu Prawa Kanonicznego, w którym czytamy:
"Wstrzemięźliwość od spożywania mięsa lub innych pokarmów, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu, należy zachowywać we wszystkie piątki całego roku, chyba że w danym dniu przypada jakaś uroczystość. Natomiast wstrzemięźliwość i post obowiązują w środę popielcową oraz w piątek Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa."
Podkreślone przeze mnie słowa wskazują wyraźnie, że uroczystość zwalnia od wstrzemięźliwości w spożywaniu mięsa. Z tego właśnie sformułowania niektórzy wyciągają wniosek, że w piątek przypadający w oktawie Bożego Narodzenia - tak jak to ma miejsce jutro - mięso można jeść. Niby prosty i konkretny argument, ale jak wiemy, nic nie jest tak proste, na jakie wygląda. Trzeba bowiem wiedzieć, że "uroczystość" w języku liturgii to nie jest każde kościelne święto. Kościół wprowadził pewien porządek dni liturgicznych według hierarchii trzystopniowej, na której szczycie znajdują się uroczystości (z Niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego na czele), drugi stopień zajmują święta i wreszcie najniżej usytuowane są wspomnienia i dni powszednie. Wszystko to opisane jest w Tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych, do której można sobie zajrzeć. Znajdźcie tam "dni w oktawie Narodzenia Pańskiego" - okazuje się, że nie należą one do uroczystości, ale są najniżej w randze ŚWIĄT. Wniosek jest oczywisty: oktawa Bożego Narodzenia nie upoważnia do jedzenia mięsa w piątek. Inaczej wygląda sprawa z Oktawą Wielkanocy, która plasuje się w czołówce uroczystości, więc na pocieszenie dla mięsożerców dodam, że 13 kwietnia będzie można spokojnie mięcho wcinać. A jutro ryby, sery i inne bajery.

środa, 28 grudnia 2011

O tym trzeba mówić głośno

Kościół w czwartym dniu oktawy Bożego Narodzenia obchodzi święto Świętych Młodzianków męczenników. Pamiętacie dzieci, które Herod kazał pozabijać po narodzeniu Jezusa w Betlejem (zob. Mt 2,16)? To właśnie one. Abstrahując od problemu historyczności tego wydarzenia, dzień wspomnienia tychże bezimiennych dzieci jest dla mnie zawsze punktem wyjścia do refleksji na temat dzieci nienarodzonych, które wciąż są na świecie zabijane. Tym razem nie będę się rozpisywał, nie będę przytaczał argumentów. Tak się złożyło, że wczoraj dostałem od Marcina link do świetnego filmu na ten temat. Ten film szczerze polecam - daje szeroki pogląd na kwestię moralną aborcji. Uważam nawet, że jeśli się jest chrześcijaninem, to ten film TRZEBA OBEJRZEĆ. I mówić o tym głośno.

czwartek, 22 grudnia 2011

Sara Tavares

Sara Tavares to piosenkarka narodowości portugalskiej, choć korzeniami tkwi w Republice Zielonego Przylądka. Tworzy i wykonuje muzykę określaną kompletnie nic nie wyjaśniającym mianem world music. Przekładając na nasze, chodzi o pewnego rodzaju muzykę etniczną, przy czym u Sary zauważalne są wyraźnie wpływy afrykańskie. Zresztą jej muzycy też pochodzą z Afryki (nie wiem czy wszyscy).
We wtorek Sara gościła w Szczecinie i zagrała koncert w Hali Opery. Zostałem tam zaproszony przez przyjaciół, więc z radością się z nimi wybrałem. Sam bym się nie zdecydował, bo nie miałem przecież pojęcia kim jest Sara Tavares i jaką muzykę śpiewa. Okazało się, że muzyka ta jest bardzo przyjemna w odbiorze. Instrumentarium stwarza wręcz idealne tło dla niesamowicie ciepłego głosu artystki. Muzyka jest raczej oszczędna w wyrazie: dwie gitary (na jednej z nich gra Sara), bas, perkusja i przeszkadzajki nie silą się na pokazywanie umiejętności czy oryginalnych upiększeń, ale raczej skupiają się na stworzeniu niepowtarzalnego klimatu, na przywołaniu smaków Afryki. Program wtorkowego koncertu miał układ przypominający crescendo. Zaczął się bardzo spokojnymi, klimatycznymi utworami, po czym napięcie i dynamika stopniowo narastały aż do zwieńczenia muzyką bardzo radosną, wręcz taneczną. Wysłuchałem tego z wielkim zainteresowaniem, choć przeszkadzało mi jedno: za cholerę nie mogłem zrozumieć o czym ona śpiewa. Sara zdawała sobie chyba z tego sprawę, ponieważ między utworami po angielsku opowiadała treść piosenki, czasem nawet wyjaśniając znaczenie słów szczególnie intensywnie pojawiających się w tekście, ale to nie to samo, co rozumieć sam tekst. Ja w takich sytuacjach czuję się, jakbym odbierał tylko połowę wrażeń. Coś jak człowiek niewidomy albo niesłyszący albo ktoś, kto stracił kubki smakowe. Czegoś brakuje. Zawsze traktuję piosenkę jako artystyczną całość - autor po to pisze tekst, żeby coś przekazać. Muzyka natomiast jest wzmocnieniem i upiększeniem tego przekazu. Nie potrafiąc zrozumieć tekstu, gubi się przekaz.
Niezależnie od tego, koncert uważam za udany i bardzo piękny.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Podwyżka cen biletów

Radni mojego miasta zatwierdzili dziś nowe ceny biletów komunikacji miejskiej. Najwięcej kontrowersji budzi w tej sprawie zmiana rodzaju taryfy: bilety dwudziestominutowe zostaną zniesione, a w zamian pojawią się piętnastominutowe i półgodzinne. Radni argumentują, że to wyjście naprzeciw pasażerom, natomiast inni (w tym dziennikarze) twierdzą, że jest to zakamuflowana forma podwyżki cen. Jakby nie było, podwyżka jest faktem i faktem musi być, bo wszystko drożeje. Według danych, które udało mi się odnaleźć, od ostatniej zmiany taryfy biletowej (2007/2008) koszty energii elektrycznej wzrosły o 56%, a ceny paliw o dwie trzecie. Na tym tle podwyżka cen biletów o ok. 17% nie wydaje się krzywdząca. Szczególnie jak się weźmie pod uwagę to, że nadal wpływy z biletów pokrywają niecałą połowę kosztów funkcjonowania komunikacji miejskiej. Resztę dopłaca miasto, czyli de facto podatnicy. Ale tu według mnie pojawia się zgrzyt. Przecież nie każdy podatnik jest jednocześnie pasażerem komunikacji miejskiej. Dlaczego np. ja - jako podatnik - mam opłacać komunikację miejską, z której nie korzystam? Jest to niesprawiedliwe, ponieważ mnie do paliwa nikt nie dopłaca. W podobnej sytuacji jest wielu innych mieszkańców miasta, którzy poruszają się własnym środkiem transportu, płacąc za paliwo, ubezpieczenie i bilety parkingowe. Oni też sponsorują (z własnych podatków) jakąś część kosztów przejazdu pasażera komunikacji miejskiej. Ktoś może powiedzieć: no to niech sami też się przesiądą do autobusów i tramwajów, a samochód zostawią w garażu. Owszem, dziś sam nawet poruszałem się publicznymi środkami lokomocji, bo samochód (nie mój zresztą) mi się zepsuł (mam jakiegoś pecha czy co?). Ale na co dzień jest to po prostu niemożliwe. Z chęcią korzystałbym z komunikacji miejskiej, gdyby gwarantowała przynajmniej zbliżony czas przejazdu do samochodu. Realia są niestety koszmarne: np. przejazd autem na prawobrzeże zajmuje mi w sprzyjających warunkach około dwudziestu minut. Podróż najszybszą konfiguracją autobusową to strata ponad pięćdziesięciu minut. Po przemnożeniu razy dwa (bo przecież trzeba jeszcze wrócić) łącznie traciłbym co najmniej godzinę z życiorysu, jeśli chciałbym zrezygnować z samochodu. To tylko przykład. Do nikogo nie mogę mieć pretensji, bo to mój wybór - sam płacę za paliwo drożej niż bym zapłacił za bilety, ale za to zyskuję na czasie. Pytam się jednak: dlaczego mam płacić jeszcze za kogoś, kto podróżuje autobusem? Skoro on nie ma samochodu, powinien płacić tyle za bilet, żeby komunikacja miejska się z tego utrzymała. Niby proste, tylko co by wtedy było? Najtańszy bilet kosztowałby pewnie co najmniej cztery złote, więc ludzie pokupowaliby sobie auta, bo to by się lepiej opłacało. Emeryci zaczęliby chodzić na piechotę, bo nie byłoby ich stać na luksus podróży transportem zbiorowym i w efekcie liczba pasażerów drastycznie by spadła, co z kolei spowodowałoby, że do komunikacji miejskiej znów trzeba by zacząć dopłacać z podatków. Jak widać zagadnienie tzw. "sprawiedliwości społecznej" jest cholernie trudne.

niedziela, 18 grudnia 2011

Domowy Kościół

Miałem dziś spotkanie kręgu Kościoła Domowego, więc cosik o tym napiszę. Kościół Domowy to wspólnota założona przez Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, wywodząca się z ruchów oazowych. Gromadzi ona małżeństwa, które pragną rozwijać i pielęgnować swoją wiarę. Formacja polega na spotkaniach w tzw. kręgu (jest to wspólnota kilku małżeństw najczęściej z jednej parafii) raz w miesiącu. Ale faktyczną podstawą formacji są rekolekcje Oazy Rodzin, na które każde małżeństwo powinno pojechać przynajmniej raz w roku. Przeżywa się tam 15 dni intensywnego programu duchowego: modlitwa, konferencje i nabożeństwa. Jest też oczywiście czas dla rodziny (małżeństwa przyjeżdżają z dziećmi), wspólna zabawa i okazja do zawarcia nowych, czasem bardzo bliskich znajomości.
Na moje pierwsze rekolekcje Oazy Rodzin pojechałem jako praktykant przed piątym rokiem seminarium. Odbywały się one w Mrzeżynie w środku sezonu wakacyjnego, a ja jechałem tam swoim czerwonym maluchem pełen obaw, co mnie tam czeka. Nie miałem naturalnie zielonego pojęcia, co to jest Kościół Domowy, czy nie będą to jacyś "fanatycy", czy nie każą mi uczestniczyć w jakichś niezrozumiałych obrzędach dla poranionych ludzi o niezdrowej pobożności itd. Po pierwszym dniu wszelkie obawy odeszły w dal, a ja byłem na wskroś oczarowany. Na początku samą świadomością faktu, że ci ludzie poświęcili prawie cały swój urlop, żeby przyjechać na rekolekcje np. z czwórką dzieci, od rana do wieczora mieć zajęcia (z przerwą popołudniową), mieszkać w bardzo skromnych warunkach, do tego sprzątać (ustalone dyżury), i jeszcze za to zapłacili. Potem, w miarę poznawania tych rodzin, zachwycały mnie ich wzajemne relacje, odniesienie do dzieci, no i osobiste dążenie do prawdy, rozwoju duchowego, pragnienie głębszej miłości do Boga i do siebie nawzajem. Dla mnie to jest wielkie. Wbrew pozorom ci ludzie nie noszą w sobie przeświadczenia o własnej świętości - wręcz przeciwnie: mają pełną świadomość grzeszności, ale mimo to wciąż próbują się rozwijać duchowo. A jakie mają dzieci! Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem kilkuletnie dziecko, które żyje jak prawdziwy chrześcijanin. Które samo mobilizuje rodziców do wspólnej modlitwy, a wiedzą religijną przewyższa większość gimnazjalistów. Z tych pierwszych rekolekcji wyjeżdżałem z pełnym przekonaniem, że to jest przyszłość Kościoła i że na rekolekcje Oazy Rodzin będę co roku przyjeżdżał. I tak się rzeczywiście stało. W każde wakacje prowadzę jeden turnus rekolekcji dla Kościoła Domowego i wciąż jestem pełen podziwu dla tych rodzin. Teraz dzięki Bogu mam okazję duszpasterzować także w kręgu rodzin w ciągu roku. Odbieram to jako szczególną łaskę - być wśród tych, którzy chcą być bliżej Boga, bez względu na ogrom codziennych trudów i obowiązków.

piątek, 16 grudnia 2011

Życzenia przy opłatku

Tydzień do Wigilii Bożego Narodzenia. Rozpoczęły się różnego rodzaju spotkania opłatkowe. Z jednej strony są one bardzo sympatyczne - jest to okazja do spotkania się w określonej wspólnocie, wspólnego śpiewania kolęd, pałaszowania smakołyków, a przede wszystkim rozmowy i głębszego poznania się nawzajem. Z drugiej jednak strony przy takich okazjach przeżywam zawsze stres nierozerwalnie związany z jedną chwilą: dzieleniem się opłatkiem. Sam gest oczywiście stresogenny nie jest, ale przecież trzeba jeszcze coś powiedzieć. No i najlepiej coś oryginalnego, wesołego, a do tego koniecznie trafiającego w potrzeby osoby, do której się te słowa kieruje. Tradycyjne życzenia "wszystkiego najlepszego" pomimo że treściowo jak najbardziej słuszne i zgodne z moją intencją (nigdy nikomu nie życzę niczego złego), wydają się zdawkowe i banalne. Niedobrze. Bo jak tu wymyślić coś oryginalnego? Tym bardziej, że ja wcale nie chcę być oryginalny. Jedyne czego chcę życzyć każdemu to wszelkiego dobra i świętości. Nic poza tym. Oczywiście można wdawać się w szczegóły, ale pod warunkiem, że się daną osobę dobrze zna. Dlatego w ostatnich latach seminarium bardzo lubiłem spotkania opłatkowe we wspólnocie kleryków. Wykorzystywałem ten tradycyjny gest łamania się chlebem, żeby powiedzieć wielu osobom to, na co na co dzień nie było czasu czy okazji. Że np. bardzo kogoś cenię i podziwiam, że ktoś jest dla mnie wzorem w jakimś aspekcie, że cieszę się ze znajomości lub przyjaźni z kimś, że dziękuję za coś, co ktoś mi dał i - najtrudniejsze ale i najważniejsze - że przepraszam za to, za co powinienem przeprosić. Moim zdaniem takie słowa są ważniejsze niż jakieś: "wszystkiego najlepszego, błogosławieństwa Bożego, tego i śmego". Ale to można powiedzieć komuś, kogo znamy trochę bardziej niż tylko przez "cześć". Myślę, że rodzina (ta, z którą się żyje pod jednym dachem) jest właśnie wspólnotą, w której na pewno warto zdobyć się na więcej niż tylko życzenia. Przecież jest tyle rzeczy, których na co dzień sobie nie mówimy, a które są ważne. W ten sposób można sprawić, że dla kogoś te święta będą naprawdę wyjątkowe.

środa, 14 grudnia 2011

Humanitarne traktowanie karpia?

Słuchałem dziś audycji w Polskim Radiu Szczecin na temat sprzedaży świątecznych karpi w sklepach. Punktem wyjścia był opis sytuacji (podobno częstej), w której karp zostaje sprzedany żywy, zawinięty w folię. Słuchacze dzwoniący do studia podzielali zdanie redaktora, który oburzał się na tak złe traktowanie żywego przecież zwierzęcia. Rozgorzała dyskusja, w jaki sposób zabić karpia, żeby najmniej cierpiał. Okazuje się, że istnieją najrozmaitsze sposoby poza powszechnie znanym i stosowanym gilotynowaniem za pomocą tasaka. Na przykład wędkarz stosuje pałkę dostępną w sklepie wędkarskim. Koleżanka kolegi studiującego akupunkturę twierdzi, że należy wykonać karpiowi nacięcie na czubku głowy o głębokości siedmiu milimetrów, gdyż tam jest móżdżek (??) i ryba natychmiast umiera po takiej operacji. Z kolei fanka śp. Macieja Kuronia zdradziła tajemnicę zmarłego kucharza, który ponoć wpychał karpiowi do pyszczka watę nasączoną spirytusem, co miało powodować natychmiastowy i bezbolesny paraliż układu nerwowego. Zadzwonił też karp, ale nic nie powiedział i szybko się rozłączył. No właśnie: bo czy ktoś wie, co czuje karp i jakiej śmierci by sobie życzył? 
Moim zdaniem jest wiele przesady w tego typu audycjach. Redaktor wielokrotnie powtarzał sformułowanie: "humanitarne traktowanie karpia". Wydaje mi się, że jest to błąd. Nie jestem językoznawcą, ale z tego co mi wiadomo słowo "humanitarny" pochodzi od łacińskiego humanitas (człowieczeństwo) i oznacza szanowanie godności człowieka. Nie wiem, czy stosowanie tego przymiotnika w odniesieniu do ryb ma jakiś sens. Oczywiście też jestem przeciwnikiem znęcania się nad zwierzętami, ale nie popadajmy w skrajności. Rybę trzeba zabić, żeby ją zjeść (podobnie jak inne zwierzęta) i należy to zrobić możliwie szybko i skutecznie. Natomiast nie wydaje mi się, żeby sposób miał wielkie znaczenie. Jedna pani z oburzeniem komentowała scenę, której była świadkiem w Carrefourze. Na stoisku z rybami sprzedawca wyławiał karpia ze zbiornika, po czym zabijał go tasakiem na miejscu i sprzedawał martwego bez głowy. Pani stwierdziła, że to nie do pomyślenia, bo przecież widziały to dzieci. Ja jako dziecko wielokrotnie miałem okazję obserwować na wsi mojego śp. dziadka jak tasakiem zabijał kurę. Kura przez chwilę jeszcze biegała w kółko bez głowy. Jakkolwiek byłem wrażliwym dzieckiem, nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Wiedziałem, że to konieczne - jedliśmy potem pyszny rosół i mięso drobiowe, a piórami babcia wypychała poduszki. Mama też co roku zabija karpia pływającego wcześniej w wannie - zawija go w gazetę, a potem pierdut młotkiem w łeb. Cała akcja trwa może pół minuty. Nikt się nie zastanawia, czy to karpia boli czy nie boli, bo ktoś i tak go musi zabić. Traktowanie zwierząt jak ludzi jest nieporozumieniem. Dzięki temu rośnie nam pokolenie, które jest wrażliwe na cierpienie konia, psa czy kota, bo akurat ktoś go kopnął, a nie dostrzega cierpienia drugiego człowieka. Zwierzęta mają służyć człowiekowi. Zresztą zgodnie z tym, co powiedział Bóg: Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko (Rdz 9,2-3). I uważam, że nie ma potrzeby przeinaczać Bożego porządku.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Błędy rekolekcjonistów

W mojej parafii (jak też w wielu innych) trwają rekolekcje adwentowe, więc temat sam się narzuca. Przeżyłem już w swoim życiu wiele rekolekcji o różnych długościach, różnym "profilu" (chodzi mi o grupę odbiorców) no i - rzecz jasna - głoszonych przez różnych ojców. Nie chcę ich oceniać ani nawet opisywać, ale ponieważ większość rekolekcji przeżyłem jako normalny uczestnik, który ma ambicję żeby coś z tego wynieść i zastosować w życiu, mogę pokusić się o zasygnalizowanie trzech najczęstszych błędów, jakie popełniają głoszący rekolekcje duchowni, z punktu widzenia uczestnika. Zaznaczam to wyraźnie, bo zaraz mi zarzucą, że "ledwo go wyświęcili, a już się wymądrza".
Najczęstszą chyba słabością rekolekcjonistów jest - moim zdaniem - gadulstwo. Ma ono różne przyczyny. Czasem wiedza i doświadczenie kapłana są tak bogate, że chce on przekazać zbyt wiele treści, bo wszystkie wydają mu się niezwykle istotne dla tych właśnie rekolekcji. W takim przypadku gadulstwo przeszkadza chyba najmniej, bo jest faktycznie rekompensowane ilością i jakością treści. Innym razem jest to po prostu wynik choroby kapłańskiej pt. "trzeba jakoś zapełnić te x minut" (w miejsce x niestety potrafią być wstawione wartości kuriozalne). Treść jest wtedy mniej istotna, ważne żeby rekolekcje się odbyły. Uczestnicy wtedy przy dużej dozie dobrej woli mogą przeżyć rekolekcje w duchu umartwienia i pokuty. Rozmawiałem z księżmi, którzy mają jakieś dziwne zasady, że nauka rekolekcyjna musi trwać minimum pół godziny. Nie tłumaczą dlaczego. Tak już jest i koniec. Natomiast ja przyjąłem w kapłaństwie zasadę "im krócej tym lepiej", oczywiście bez przesady. Bo nawet gdy zostanie niedosyt treści to jest lepiej, ponieważ człowiek, któremu na tej treści zależy, przemyśli ją sobie sam i przetrawi. Zmusi go to do jakiejś refleksji czy modlitwy, a o to też chodzi w rekolekcjach. To, że się długo mówi, nie oznacza wcale, że się więcej powie.
Drugą wadą - w wielu przypadkach niepokonywalną niestety - jest forma przekazu. Kiedyś myślałem, że w tych czasach jest to już niemożliwe, a jednak spotkałem się ostatnio kilkukrotnie z "rekolekcjami czytanymi". Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko obecności notatek na ambonie, wręcz przeciwnie, w większości przypadków świadczy to o solidnym przygotowaniu, ale czytanie notatek słowo w słowo tonem lektora zapowiadającego przystanki w pojazdach komunikacji miejskiej uważam za nieporozumienie. Rozumiem, że nie każdy kapłan ma dar mocnego głoszenia słowa, natomiast gdy takiego daru nie ma, nie zaprasza się go na rekolekcje.
Trzecia sprawa to niedostosowanie języka do odbiorcy. Jest to najczęściej kolejna choroba kapłańska, którą nazywam "teologizacją codzienności". Język teologiczny, który każdy ksiądz dogłębnie poznał na studiach i którym nazywa wszystkie elementy swojej działalności, jest kompletnie niezrozumiały dla przeciętnego człowieka. Powiem więcej - jest męczący. Używając w co drugim zdaniu sformułowań branżowych, takich jak "misterium odkupienia", "ekonomia zbawienia", "komunia Osób w Trójcy" itp. równie dobrze można by do niektórych głosić rekolekcje po chińsku. Człowiek siedzi w ławce, patrzy tępo przed siebie i zastanawia się co autor miał na myśli. Odmianą tego samego problemu jest mówienie np. do młodzieży gimnazjalnej językiem dla dorosłych. Z podobnym skutkiem można po ludzku tłumaczyć kotu zasady korzystania z kuwety.
Błędy, o których wspomniałem, wydają się oczywiste. Dlaczego więc rekolekcjoniści je popełniają (czasem nawet wszystkie naraz)? Odpowiedź jest prosta, ale trzeba zobaczyć sprawę "od kuchni". Najczęściej winni są proboszczowie, bo to do nich należy zaproszenie rekolekcjonisty. Czasem proboszcz ma zasadę: "księża z zakonu x są dobrzy". I zaprasza tylko rekolekcjonistów ze zgromadzenia x, wszystko jedno kogo. A dajmy na to w zgromadzeniu x wszyscy najlepsi głosiciele słowa są już zarezerwowani, więc temu proboszczowi wysyła się kogoś, kto jest przeciętny. Innym razem proboszcz obudzi się tuż przed Adwentem czy Wielkim Postem i zaczyna dopiero kogoś szukać. Ten sam scenariusz: wszyscy najlepsi są już zaproszeni gdzie indziej. Czasem proboszcz idzie po prostu na łatwiznę i zaprasza swojego kolegę czy przyjaciela, z którym się dawno nie widział i chce pogadać, a to że kapłan ten nie ma specjalnego daru mądrego głoszenia słowa, nie ma znaczenia. Proste, prawda?
Niezależnie od tego wszystkiego, warto pamiętać o tym, że rekolekcjonista taki czy inny jest narzędziem w ręku Boga. Przez niego działa Duch Święty. Jeśli więc uczestnik rekolekcji ma otwarte serce, Bóg do niego przemówi nawet przez kiepskiego rekolekcjonistę. Poza tym każdy człowiek jest inny. Warto więc zdawać sobie sprawę z tego, że chociaż ten rekolekcjonista nie trafił do mnie, to być może trafił do kogoś innego, komu to było potrzebne.

sobota, 10 grudnia 2011

Przyczyna wypadku

Wczoraj pojechałem do mechanika-wybawiciela. Zasiadłszy przy kawie usiłowaliśmy rozważyć różne warianty dalszego rozwiązania sytuacji samochodu. A jest niewesoło i zgodnie stwierdziliśmy, że naprawiać się raczej nie opłaca. On z kolei zaproponował mi inne auto, na które mnie nie stać. Wziąłem je do przetestowania, ale jeśli chodzi o możliwość zakupu, to podchodzę raczej sceptycznie. Choć nie wykluczam. W każdym razie, gdy to auto przechodziło ostatnie szlify przed oddaniem go w moje tymczasowe władanie, ucięliśmy sobie długą pogawędkę na różne tematy. W pewnym momencie coś mnie olśniło. Poprosiłem mechanika-wybawiciela, żeby sprawdził we wraku opony na przednich kołach. Gdy wrócił, sprawa stała się jasna. Na prawym i lewym kole opony były różne. To ostatecznie wyjaśnia, dlaczego lewe koło zaczęło mi nagle "uciekać" na łuku drogi, mimo że wcale nie jechałem jak wariat, i dlaczego ostatecznie samochód wpadł w poślizg. Nawierzchnia była mokra, więc wystarczy, że te dwie opony odprowadzały wodę w różnym stopniu, a już auto nie mogło zachowywać się stabilnie. Ten wniosek oczywiście w tej chwili już nic nie zmieni, sytuacja jest jaka jest, ale dobrze jest rozstać się z poczuciem winy.

czwartek, 8 grudnia 2011

Pogrzeby i śluby

Dziś odprawiałem pogrzeb. Zmarła jedna z moich chorych. Lubię pogrzeby (choć nie bardzo lubię, gdy ktoś umiera). Liturgia pogrzebowa ma w sobie coś z delikatności i bardziej oddaje specyficzne misterium łączności między ziemią a niebem, między światem materialnym a duchowym. Czuję się tak, jakbym w pewien sposób uczestniczył w przejściu zmarłej osoby do innego, lepszego świata. Może to echo dzieciństwa: zawsze lubiłem odprowadzać rodzinę na dworzec. Liturgii pogrzebowej niezmiennie towarzyszy też milczące ale doskonale wyczuwalne porozumienie dusz w ich cierpieniu - nie da się przecież ukryć, że dla najbliższej rodziny odejście zmarłego oznacza smutek rozstania. Wszyscy uczestnicy o tym wiedzą i na swój sposób łączą się w bólu, współczują i pocieszają. Nawet jeśli niekoniecznie się modlą.
O wiele gorsze są śluby. W poprzedniej parafii kombinowałem jak mogłem, żeby nie trafiać na "Msze ślubne". Bo ślub to zazwyczaj Festiwal Obojętności Religijnej. Pomijam już sytuacje skrajne, np. taką, jaką przeżył jeden z moich kolegów-księży, który musiał w trakcie liturgii zwrócić uwagę pannie młodej, żeby wypluła gumę do żucia. Najczęściej narzeczeni są jakoś przygotowani duchowo, tym bardziej, że odbyli nauki przedślubne, gdzie uwrażliwia się na rzeczywistość sakramentalną, poza tym zazwyczaj przeżywają tę chwilę jako niezwykle ważną w życiu, więc starają się podchodzić poważnie. Gorzej z rodziną i resztą świty. Ci niestety często zachowują się, jakby weszli do obory, a nie do kościoła. Może dla niektórych pojęcie "świątyni" nie istnieje, ale kultura wymaga uszanowania sacrum. A tu śmiechy, głośne komentarze no i patrzenie na zegarek, kiedy to się wszystko skończy. Ksiądz na Mszy św. musi odpowiadać sam sobie, bo nikt nie wie, co ma odpowiedzieć. Dno. Stąd moja serdeczna prośba: jeśli ktoś z Was chce zawrzeć sakrament małżeństwa, to powiedzcie gościom niewierzącym, żeby przyszli tylko na wesele. Chyba że są kulturalni i potrafią w kościele nie robić wiochy.

środa, 7 grudnia 2011

Przychodzi samobójca do spowiedzi

W drodze powrotnej do domu uciąłem sobie pięciogodzinną pogawędkę z mechanikiem-wybawicielem. Nawiasem mówiąc aż trudno uwierzyć, że to trwało aż pięć godzin - czas minął bardzo szybko. Ta skądinąd niesamowicie sympatyczna rozmowa przypomniała mi jedno mało sympatyczne zdarzenie sprzed kilku miesięcy.
Było to w poprzedniej parafii, w której pracowałem. Zastępowałem proboszcza przebywającego na urlopie. Na drzwiach wejściowych do plebanii wywiesiłem kartkę z moim numerem telefonu, żeby dzwonić w sprawach pilnych. Zdziwilibyście się, jakie sprawy dla ludzi mogą okazać się pilne. Sam w życiu bym nie zgadł, więc już trzeciego dnia żałowałem, że ten numer tam wisi. Ale zdjąć go nie mogłem, bo przecież niektóre sprawy mogą być faktycznie pilne (i tak w istocie było). W każdym razie któregoś dnia natarczywie dzwoni facet. Dla niego sprawą pilną była spowiedź. Tłumaczę mu, że teraz nie mogę, żeby przyszedł wieczorem. On mi na to, że wieczorem nie może, i tak w kółko. W końcu ustaliliśmy termin na następny dzień koło południa. Natychmiast po rozłączeniu się, zakołatała myśl: "Zaraz, zaraz. Przecież ja nie jestem jedynym księdzem w Szczecinie, więc jeśli chciał się wyspowiadać pilnie, to mógł iść do innego kościoła". Ale termin był już umówiony, dlatego nie było sensu tego rozważać. Nazajutrz facet zjawił się o umówionej godzinie i poszliśmy do kościoła. Zasiadłem w konfesjonale i usłyszałem: "Do spowiedzi przystępuję po raz ostatni". Wprawiło mnie to w osłupienie, ale jeszcze nie wiedziałem o co chodzi. Potem wyjaśnił, że jest zdecydowany popełnić samobójstwo i chciałby pojednać się z Bogiem. Wytłumaczyłem mu, najłagodniej jak mogłem, że jest to sprzeczne samo w sobie (zamiar odebrania sobie życia i pojednanie się z Bogiem) i w takiej sytuacji rozgrzeszenia udzielić nie mogę - chyba zrozumiałe dlaczego: sakrament pokuty zakłada postanowienie zerwania z grzechem, a tu facet miał świadomy i zdecydowany zamiar popełnienia grzechu samobójstwa. Był wyraźnie zaskoczony, że rozgrzeszenia nie będzie. Myślał, że mu pobłogosławię na spokojną i szczęśliwą śmierć? Poprosiłem o uzasadnienie tej jego decyzji. Opowiadał długo i nie będę tego przytaczał (tajemnica spowiedzi). Ja z kolei próbowałem mu pokazać, że z każdej sytuacji jest wyjście. Były też chwile milczenia po obu stronach, które wykorzystywałem na modlitwę za niego. Osiągnąłem tyle, że po godzinie spowiedzi już nie był taki pewien, że odbierze sobie życie. Ja z kolei byłem pewien, że tego nie zrobi. Udzieliłem mu rozgrzeszenia, wierząc, że łaska Boża zadziała. Do końca dnia modliłem się za niego, a następnego dnia zająłem się już codziennymi obowiązkami. Kilka dni później jakiś gość czekał na mnie rano przed kościołem.
- Szczęść Boże. Pamięta mnie ksiądz?
- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Byłem u księdza u spowiedzi...
Tak, to był on. Chciał podziękować za uratowanie życia. Odpowiedziałem mu, żeby Bogu dziękował a nie mnie, bo ja byłem tylko narzędziem. (Czy ktokolwiek dziękuje młotkowi, że mu wbił gwóźdź w ścianę?) Ucieszyłem się bardzo, że Pan Bóg zadziałał w jego sercu. Co ciekawe, faceta ostatecznie przekonało jedno zdanie, które mu ponoć powiedziałem, a którego za cholerę nie pamiętałem i do dziś sobie nie przypominam. Jestem pewien, że to ewidentne działanie Ducha Świętego.
Przy okazji tej historii chcę napomknąć, że niedawno oglądałem film pt. "Sala samobójców". To polska produkcja, jeszcze świeża, tegoroczna. Znalazłem ją przez "przypadek" na YouTube, obejrzałem i przez trzy dni nie mogłem dojść do siebie. Takiego polskiego kina jeszcze nie znałem; jestem pod ogromnym wrażeniem i szczerze polecam. Film nie zawiera co prawda ani krzty wątku religijnego, ale może właśnie dzięki temu jest wymowny pod tym względem - pokazuje, jak się może skończyć życie bez Boga.
Zmierzam do konkluzji: moim zdaniem myśli samobójcze to ewidentna pokusa szatana, którą może pokonać tylko spotkanie z Bogiem. Potwierdza to również ewangeliczna historia Judasza, który z Bogiem się nie chciał spotkać. Facet, którego spowiadałem, szukał Boga, szukał Jego przebaczenia, trochę po omacku, ale wygrał. Niby takie proste, a jakie trudne.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Znów rozbiłem samochód

Nie wiem, ki diabeł mnie podkusił, żeby do Warszawy pojechać samochodem. Było to raczej wbrew zdrowemu rozsądkowi, choć miałem racjonalne argumenty: była sprawa do załatwienia w stolicy, była sprawa do załatwienia po drodze, no i dodatkowo czekało przyjemne spotkanie w Płocku. Owszem, z dwóch ostatnich rzeczy mógłbym zrezygnować, bo nie były pilne, ale nie wiem, kiedy byłaby następna szansa. Padło na to, że wybierając się autem uda mi się wszystkie pieczenie upiec na jednym ogniu. Nie udało się upiec ani jednej. Raczej ja zostałem ugotowany.
A było banalnie. Wyjechałem ze Szczecina o czwartej rano z nadzieją dotarcia do Warszawy około południa. Pogoda była brzydka do jazdy, chociaż nie jakaś ekstremalna. Po prostu dość mocno padało. Ani śladu mgły czy przymrozków. Jechałem spokojnie, bez szarżowania, bez gonitwy. Zresztą nad ranem ruch praktycznie żaden. Trochę gęściej zrobiło się przed Piłą. Nic dziwnego - to już pora dojazdów do pracy. Dobrnąłem do obwodnicy Bydgoszczy, wyprzedziłem kilka ciężarówek i innych, mniejszych samochodów, nadal jednak zachowując styl umiarkowanie spokojny. Zostało mi to po wypadku maluchem prawie sześć lat temu. Rozbiłem go na pniu akacji podczas ekstremalnych warunków pogodowych, do których maluch przystosowany absolutnie nie był - na drodze był lód, nawet autobusy stawały w poprzek, samochody osobowe albo jeździły poboczami, albo też lądowały poza nimi w rowach. Ale to było na gminnej drodze w czasie ostrej zimy i (przypomnijmy jeszcze raz) dotyczyło malucha. Dziś jechałem drogą krajową, w miarę przyzwoitym autem (bez rewelacji), a warunków pogodowych nawet przy mocnym naginaniu prawdy nie nazwałbym ekstremalnymi. Więc co się stało? Właściwie nie wiem. Nie jechałem szybko. A jednak na łuku drogi poczułem nagle, że koła tracą przyczepność. Z naprzeciwka na nieszczęście zbliżał się jakiś pojazd i z tego powodu chyba zbyt gwałtownie skorygowałem tor jazdy. W tym momencie już wiedziałem, że jest za późno. Auto  przestało reagować na ruchy kierownicą. Zamknąłem oczy i wcisnąłem hamulec. Przez myśl przemknęło mi: "Czy to już teraz, Panie?" Poczułem uderzenie, samochód odbił się od czegoś i sunął dalej bokiem jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów. Otworzyłem oczy chwilę przed całkowitym zatrzymaniem. Stop. Nic mi się nie stało. Wyskoczyłem z wozu, zobaczyłem zmasakrowany przód i pękniętą lewą oponę, co sugerowało, że nie dam rady go przepchać. A mój wrak stał w poprzek drogi tarasując całkowicie jeden pas jezdni. Inne samochody zaczęły go wymijać. Wychylił się facet z ciężarówki: 
- Nic się panu nie stało?
- Mnie nic. - odkrzyknąłem.
Pojechał. Zatrzymał się jeden młody gość, wysiadł i zaczął mi pomagać w przepychaniu. Nie daliśmy rady. Zatrzymał się drugi, w trójkę było już łatwiej. Ustawiliśmy auto na poboczu, podziękowałem kolegom i pobiegłem ustawić trójkąt. Potem usiadłem we wraku wpadłszy w chwilową depresję, rozmyślając co mam dalej począć. Pomógł jeden telefon do mechanika-wybawiciela. Już nie jeden raz ratował mnie z "opresji na czterech kołach". Chwilę później już siedział w lawecie, mknąc na ratunek, a ja poszedłem przejść się po okolicy i złapać dystans do tego wszystkiego, co się stało. Pretensji do nikogo mieć nie mogłem, obwinianie siebie też niespecjalnie pomoże. Poprzestałem więc na podziękowaniu Bogu za to, że jestem cały i zdrowy. A samochód? Cóż, rzecz nabyta. "Dał Pan i zabrał Pan. Niech imię Pańskie będzie błogosławione" - przypomniałem sobie werset z Księgi Hioba (1,21), chyba najlepszy na takie okoliczności. 
Wracałem właśnie ze złapanym dystansem, gdy z oddali zobaczyłem przy wraku migoczące niebieskie światło. "Policja! Masz ci los, jeszcze mi mandat wlepią" - westchnąłem rozpaczliwie i nawet się nie spostrzegłem, kiedy dystans uwolnił się i uciekł w popłochu. Nie było jednak tak źle. Miła policjantka spytała się o okoliczności "zdarzenia drogowego", kazała mi dmuchać w balonik (0,0 jakby się kto pytał), po czym zabrała mi dowód rejestracyjny za pokwitowaniem i łaskawie poinformowała, że poszkodowanym w tym zdarzeniu nie jestem ja, tylko Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, będąca właścicielem barierki, od której odbił się mój samochód, lekko ją wginając. Przyjąłem to do wiadomości bez zastrzeżeń, świadomy faktu, że najprawdopodobniej rzeczona barierka uratowała mi życie. Mój ubezpieczyciel zapewne również bez zastrzeżeń wypłaci GDDKiA należne odszkodowanie za spowodowane przeze mnie zniszczenia.
Tyle opowieści. Aktualnie siedzę w barze na stacji benzynowej nieopodal miejsca wypadku i czekam na mechanika-wybawiciela. Zabijam czas, pisząc tę historię przy herbacie. Jest to również znakomita okazja, żeby na powrót złapać zagubiony dystans. A co dalej? Najbliższa przyszłość raczej nie powinna zaskoczyć: wpakujemy auto na lawetę i zawieziemy do warsztatu. Problem będzie później. Czy będzie się opłacało remontować auto? I - przede wszystkim - czy będzie mnie na to stać?? Może przyjdzie mi podróżować transportem zbiorowym? Zobaczymy. "Niech imię Pańskie będzie błogosławione" - piszę to bez cienia obłudy.

niedziela, 4 grudnia 2011

Maranatha

Dziś krótko. "Maranatha" - hasło każdego Adwentu, często występujące w liturgii, choć w Piśmie Św. pojawia się tylko raz, w 1 Kor 16,22. Zapisane jest tam oczywiście w języku greckim, choć sformułowanie jest aramejskie. Najczęściej tłumaczy się je jako "Przyjdź, Panie nasz" (Marana tha), ale równie dobrze może być tłumaczone jako "Nasz Pan przyszedł" (Maran atha). To bardzo ciekawie pokazuje prawdziwie chrześcijański charakter oczekiwania przyjścia Jezusa. Jest ono zarazem pełną nadziei modlitwą: "Przyjdź", jak też modlitwą dziękczynienia: "Pan przyszedł". No bo przecież zalążek królestwa Bożego otrzymujemy już tu i teraz. Inna rzecz, czy mamy tego świadomość.

sobota, 3 grudnia 2011

Z muzycznego arsenału - Fender Ashbory

Od jakiegoś czasu kolekcjonuję dziwne instrumenty muzyczne. Nie wiem do końca, jak to się stało, ale raczej nie jest efektem próżności. Gromadzę instrumenty, które są mi naprawdę potrzebne w moich muzycznych zmaganiach i eksperymentach, ale przy okazji wybieram takie, które są oryginalne w wyglądzie i/lub brzmieniu. Dziś chcę zaprezentować gitarę basową, która niecałe dwa tygodnie temu przyleciała z USA.



Jest to bas bardzo rzadko spotykany, bo trudno uwierzyć, że instrument o tak krótkiej menzurze może wydawać dźwięki basowe. A jednak, dzięki zastosowaniu specyficznych strun zrobionych z silikonu, jest to możliwe. Dla ludzi z branży: bas jest wykonany z jednego kawałka drewna gatunku Agathis (południowoazjatyckie drzewo iglaste, zwane przez gitarzystów "mahoniem dla ubogich") i wyposażony w przetwornik piezo z preampem. Brzmi zupełnie nietypowo, coś jak mix kontrabasu, akustycznej basówki i (w mniejszym stopniu) basu elektrycznego. Gra na nim wymaga przyzwyczajenia do nietypowego rodzaju strun i odległości między dźwiękami na gryfie (progów de facto nie ma, są tylko namalowane dla orientacji, co zresztą trochę pomaga). W górnych partiach trafianie w dźwięki staje się już wyczynem karkołomnym, podobnym do grania na skrzypcach - przesunięcie palca o milimetr skutkuje absolutnie słyszalnym fałszem. Mimo to (a może dzięki temu) używanie tego instrumentu sprawia wiele radości, o wiele więcej niż w przypadku zwykłej, masywnej gitary basowej.

piątek, 2 grudnia 2011

Pierwszy piątek

Odwiedziłem rano chorych. Są to ludzie przeważnie starsi, którym poruszanie się sprawia problemy. Przychodzę do nich co miesiąc z Najświętszym Sakramentem. Dzięki temu raz w miesiącu przeżywam ciekawe doświadczenie kontrastu w podejściu do Eucharystii wobec tego, co widzę na co dzień (nie w kościele rzecz jasna). Pragnieniem tych cierpiących ludzi najczęściej nie jest wyzdrowieć. Oni bardzo często chcą po prostu jeszcze raz przeżyć Mszę świętą, oni często płaczą z tęsknoty za Panem Jezusem sakramentalnym, nie mogą się doczekać księdza w pierwszy piątek. Dziś córka jednej z chorych osób powiedziała mi, że mama już od piątej rano pyta, kiedy wreszcie przyjdzie ksiądz z Komunią. Inna chora płakała, że od dwóch lat już nie była w kościele, a tak bardzo by chciała. Niesamowicie to kontrastuje z obojętnością wielu niby-wierzących wobec Najświętszego Sakramentu. Może cierpienie pozwala docenić wartość rzeczywistości sakramentalnej i w ogóle spraw duchowych? A może to po prostu echo odchodzącego już pokolenia, dla których wiara była od zawsze kwestią fundamentalną?
W każdym razie dziś pierwszy piątek. Po południu usiądę do konfesjonału, żeby wyspowiadać tłumy dzieci i może trochę osób starszych. Dobrze, że jeszcze dzieciom na katechezie się mówi, że regularna comiesięczna spowiedź jest niezwykle ważna. Dzięki temu przynajmniej niektóre praktykują pierwsze piątki. Chociaż ta praktyka coraz częściej niewiele ma wspólnego z jej pierwotną ideą. Niektóre dzieci się spowiadają i idą do domu. A sens pierwszego piątku, zgodnie z treścią objawienia św. Małgorzaty Marii Alacoque, to przyjęcie Komunii św. wynagradzającej za grzechy lekceważenia, nieuszanowania i świętokradztwa. Do spowiedzi można przystąpić w inny dzień, ważne żeby w pierwszy piątek być w stanie łaski uświęcającej i przyjąć Pana Jezusa, aby wynagrodzić Mu te wszystkie zniewagi, których doznaje od wielu ludzi. W dzisiejszym świecie to wezwanie wydaje się być jak najbardziej na czasie, patrząc na to, jak świat kpi sobie z Boga. Dobrze, że są jeszcze ludzie, którzy tę piękną praktykę podejmują.

czwartek, 1 grudnia 2011

Refleksje roratnie

Wróciłem właśnie z Rorat i snuję refleksje przy śniadaniu. Roraty - Msza św. wotywna o Maryi w Adwencie - to bardzo stara tradycja, w Polsce sięgająca prawdopodobnie XIII wieku. Tradycja niestety powoli zamierająca - takie są fakty. Dziś na Roratach było kilkanaścioro dzieci i niewiele więcej dorosłych, w sumie może ze czterdzieści osób max. I nie ma na tę małą liczbę innego wytłumaczenia, jak to, że brakuje wiary. Dla ludzi to po prostu przestaje być ważne. Można próbować argumentów typu: "przemęczenie", "brak czasu", "odległość do kościoła" itd. A ja bym to wszystko ujął jednym słowem: "wygodnictwo".
Nie chcę dołączać do grona księży powtarzających niczym mantrę, jak to kiedyś było dobrze, a teraz jest źle. Czasy są jakie są. Ale piszę o tym z pewnym żalem, bo chyba kończy się pewna epoka. Za kilkadziesiąt lat ludzie będą przychodzić do kościoła tylko w niedziele (i to jak dobrze pójdzie), Mszy świętych w dni powszednie nie będzie dla kogo odprawiać, a o nabożeństwach wszelkiego rodzaju w ogóle będzie można zapomnieć. Czarna wizja? Niekoniecznie. Kościół będzie istniał nadal, czy się to komuś podoba czy nie. Nadal będą ludzie, dla których modlitwa jest niezbędna niczym oddech, a kapłani będą nieustannie sprawować Eucharystię. I Roraty też.