piątek, 9 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 1)

Jakiś czas temu napaliłem się na samotną wyprawę rowerową gdzieś za granicę. Pomysł był prosty: rower, sakwy na bagażnik, w sakwach namiot, śpiwór i inne potrzebne rzeczy, ustalenie trasy i w drogę. Początkowo zamierzałem udać się do Pragi z uwagi na prostotę drogi (ścieżka rowerowa Oder-Neisse wzdłuż granicy polsko-niemieckiej aż do samych Czech), ale potem stwierdziłem, że to nic fascynującego. W Niemczech bywam regularnie, do Czech też już parę razy zawitałem. Oczywiście nie rowerem, ale chciałem połączyć jazdę dwoma kółkami z odkrywaniem nowych terenów, a jeszcze bardziej nieznanych państw. Padło więc na Danię. Cel oczywisty: Kopenhaga. Po kilku długich tygodniach gromadzenia niezbędnego ekwipunku wyruszyłem.


Dzień pierwszy

wtorek, 23 sierpnia 2011

SZCZECIN – Lubieszyn – Pasewalk – Strasburg (UM) - Neubrandenburg – GATCHECK
112 km



Route 1,305,696 - powered by www.bikemap.net

Miałem szczytny zamiar wyruszenia RANO. Czyli maksymalnie około godziny dziewiątej. Nie spodziewałem się jednak, że pakowanie manatków do sakw może być takie trudne. Jako człowiek nie mający kompletnie doświadczenia w wyprawach tego rodzaju, musiałem wszystko dokładnie przemyśleć i poukładać. Żeby najpotrzebniejsze rzeczy były na wierzchu, a mniej potrzebne pod spodem, natomiast pieniądze, dokumenty i zestaw naprawczy pod ręką. Kiedy już myślałem, że wszystko jest na swoim miejscu, nagle przypominał mi się jakiś niezbędny przedmiot, który akurat powinien być umieszczony na spodzie. Trzeba więc było wszystko wyjąć i poukładać jeszcze raz. Dodatkowym problemem okazał się fakt (którego wcześniej nie uwzględniłem), że lewa i prawa sakwa muszą być przecież mniej więcej jednakowo wyważone, co by nie było niekontrolowanego przechyłu na którąś burtę. Trzeba więc było wszystko wyjąć... W każdym razie zajęło mi to o wiele więcej czasu niż się spodziewałem. Ale przed jedenastą byłem gotowy do jazdy. Rower zapakowany, licznik założony i podłączony do ładowarki na dynamo, ja odpowiednio ubrany i przygotowany. Jeszcze tylko gorączkowe przypominanie sobie, czego jeszcze nie mam, a mieć powinienem, i w drogę. Na dzisiejszym odcinku ma mnie prowadzić własna orientacja i częściowo mapy wydrukowane z Google. Przy czym bardziej liczę na to pierwsze, bo mapy są tak wyraźne, że ledwo można przeczytać nazwę miejscowości. Jeszcze tylko zdjęcie przed wyruszeniem i...

odjazd licznik zarejestrował o dziesiątej pięćdziesiąt osiem. Pogoda w sam raz: nie za gorąco, nie za słonecznie, deszczu na razie nie ma. Start nieco niepewny – pierwszy raz jadę z sakwami. Wyczuwa się duży ciężar i ograniczoną sterowność. Jadę powoli, oszczędzając siły na czekające mnie dzisiaj ponad sto kilometrów. Ciężar sakw daje się we znaki zwłaszcza na pierwszym podjeździe na Piotra Skargi. Górkę pokonuję w tempie szybkiego żółwia, a na szczycie już jestem cały mokry. Mimo to do granicy idzie mi jak z płatka. Pierwszy postój na stacji paliw w Lubieszynie – bo przecież zapomniałem przed włożeniem sakw dopompować koło. Przy dodatkowym niebanalnym obciążeniu jechałem na lekkim flaku. Pompka ręczna nie wchodziła w grę, bo trzeba by było zdejmować sakwy, więc kompresor stanowił jedyne rozwiązanie. Przy okazji trochę napoju, kilka ważnych telefonów przed opuszczeniem kraju i Willkommen in Deutschland. Niemcy witają mnie wykonaną w tym roku ścieżką rowerową i... deszczem. Już mam wyciągać pelerynę, a tu opady się skończyły. Faktycznie, trochę chmur się nazbierało, ale może uda się uniknąć pompy. Nie byłoby to szczególnie zachęcające pierwszego dnia. Szczególną uwagę zwracają porozwieszane przy drodze co kilkadziesiąt metrów plakaty wyborcze partii NPD. Hasła wyraźnie antypolskie: „Chronić miejsca pracy – zamknąć granice!”, „Zatrzymać atomową śmierć z Polski!”, „Polska otwarta? Pracę i samochód diabli wzięli!”. Przyznam szczerze, że ciarki przechodziły po plecach. Zacząłem rozmyślać na temat zamykającego się koła historii, nienawiści, ksenofobii i innych mało przyjemnych sprawach, aż się zmęczyłem – nie tylko tym myśleniem, ale też i ukształtowaniem terenu. Miało być płasko jak stół, a jest: góra-dół. W Loecknitz krótki postój na zebranie sił


i dalej do Pasewalku. Tu trochę gorzej: trzeba jechać drogą, a ruch niestety spory. Z niepokojem obserwuję chmury, które robią się coraz ciemniejsze, choć na szczęście jeszcze niezbyt duże. Do Pasewalku docieram po czternastej – najwyższa pora na obiad. „Obiad” to może zbyt szumna nazwa dla tego co spożywam, ale zawsze jakiś posiłek – no i kaloryczny przecież, a to jest najważniejsze. Ruszam dalej – teraz wkraczam już na tereny nieznane. Tą drogą nigdy nie jechałem. O ścieżce rowerowej nie ma co marzyć, jadę z samochodami, TIRami, traktorami, tu i ówdzie się trafi jakiś kombajn, jednym słowem – pełna mechanizacja. Ze względu na ruch uznaję ten odcinek za bardzo nieprzyjemny. Poza tym wyszło słońce, a o tej porze nie jest to zbyt miłe dla rowerzysty. Po szesnastej docieram do miasteczka Strasburg. Nie jest to rzecz jasna francuski Strasbourg słynący z siedziby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ale mała miejscowość wielkości naszych Międzyzdrojów. W średniowieczu mieściły się tu znane manufaktury garncarskie, dziś już śladu po tym nie ma. Pozostał dość ładny rynek.

Godzinę później jestem w mieście o nazwie Woldegk. Zielonego pojęcia nie mam, jak to się wymawia. Nawet zamierzałem się kogoś spytać, ale szkoda na to czasu. Chmury robią się coraz ciemniejsze i gęstsze, a przede mną jeszcze trochę drogi. Woldegk jest nazywany „miastem młynów”, bo jest tu trochę starych, drewnianych wiatraków, usytuowanych na wzgórzach, więc doskonale widocznych i stwarzających ciekawy klimat. Zaniepokojony chmurami przejeżdżam przez miasteczko bez zatrzymania. Chcę jak najszybciej dotrzeć na kemping. Za miastem po raz pierwszy widzę to, czego dziś absolutnie nie chciałem widzieć: od południa (po mojej lewej) widać czarną chmurę, deszcz i błyskawice. Staję na chwilę, żeby zobaczyć, w którą stronę się to przesuwa. Niestety obawy się potwierdzają: cała ta czarna, błyskająca plama, powoli acz nieubłaganie zmierza w moim kierunku. Jest jednak nadzieja, że uda mi się ją wyprzedzić, wtedy minie mnie lekko z tyłu. Zatem nie ma czasu do stracenia. Wsiadam na rower i ku własnemu zdumieniu zaczynam rozwijać prędkości, których dziś jeszcze nie zaznałem. Z pewnością to efekt adrenaliny, ale może również tego, że powietrze zrobiło się trochę chłodniejsze i przyjemniejsze. Przejeżdżam właśnie przez jakąś wieś, gdy nagle... kap......kap....kap..kap.kapkapkapkapKAPKAPKAPKAP... Szczęście jest takie, że akurat mijam przystanek autobusowy. Postanawiam się schować, a przy okazji zrobić przerwę, dać odpocząć zmasakrowanej dupie i wyciągnąć pelerynę. Deszcz tymczasem już ostro zacina. Znów chwila na analizę nieba i optymistyczny wniosek, że może nie będzie tragedii. To, co znajduje się nade mną, jest zaledwie krańcem wielkiej chmury burzowej, która przesuwa się z południa na północ od strony wschodniej, a więc już za mną. I faktycznie, pięć minut później deszcz ustaje. Dziękując Bogu za cudowne ocalenie wsiadam na rower i lecę dalej w kierunku Neubrandenburga. Kolejnym problemem, z którym przyjdzie mi się zmierzyć, jest to, czy zdążę dojechać do miasta przed zamknięciem sklepów, żeby kupić coś na kolację. Okazuje się, że zdążam. Do Neubrandenburga wjeżdżam około godziny dziewiętnastej licząc na to, że znajdę jakiś sklep czynny do dwudziestej. Raczej nie powinno być z tym problemu, bo to dość duże miasto – wielkością przypomina nasz Stargard. Miałem już kilkukrotnie okazję być tutaj, tylko i wyłącznie ze względu na duży sklep z instrumentami muzycznymi. Kupiłem w nim dwie gitary, z których jestem zadowolony, a więc można powiedzieć, że miasto dobrze mi się kojarzy. Ów sklep muzyczny nomen omen nosi nazwę MUSIK-TOWN, dlatego skojarzenie Neubrandenburga z miastem muzyki samo mi się nasuwa. Bo miasto samo w sobie niestety pozytywnych skojarzeń nie budzi. Wjeżdżając od wschodu ma się nieodparte wrażenie, jakby NRD jeszcze istniała, a socjalizm nie upadł. Stare blokowiska, asfalt i chodniki chyba jeszcze z lat siedemdziesiątych, ogólnie nic ładnego. Zdecydowanie piękniejsza część miasta to ścisłe centrum ukryte za średniowiecznym murem obronnym (zachował się praktycznie w całości). Dziś niestety przyjdzie mi tę starówkę objechać dookoła – już późno. Szybki wpad do Netto po zakupy na kolację i śniadanie, krótki odpoczynek (dupa już zdecydowanie protestuje) i w drogę. Pozostało mi szacunkowo około dziesięciu kilometrów, a rozpoczyna się wyścig ze zmierzchem. Kemping, na którym mam nocować, znajduje się gdzieś w lesie nad jeziorem Tolensesee i nie chciałbym raczej go szukać po omacku. Po starcie z Netto przy Gebrüder-Boll-Straße na pierwszym skrzyżowaniu mylę drogę (już chyba ze zmęczenia), co owocuje stratą prawie dziesięciu minut. Po drodze jeszcze szybka fotka ładniejszej części miasta

i wreszcie z niego wyjeżdżam. Rozpoczyna się walka z czasem i z komarami. Minąłem bardzo zachęcający drogowskaz rowerowy nad jezioro, ale boję się korzystać ze skrótów, bo jezioro jest duże i wcale nie jest powiedziane, że szlak zaprowadzi mnie właśnie tam, gdzie chcę. Jadę drogą. Ściemnia się szybko. Gdy wreszcie wjeżdżam w las, właściwie jest już ciemno. Na szczęście był drogowskaz na mój kemping, więc o drogę jestem spokojny. Teraz dość stromo w dół (już niestety rodzi się mało optymistyczne przypuszczenie, że jutro rano będę musiał taką samą stromiznę pokonać w drugą stronę) i jestem nad jeziorem. Jeszcze tylko kilka kilometrów wzdłuż wody i punktualnie o dwudziestej czterdzieści pięć melduję się na bramce kempingu.
- Dobry wieczór – wysapuję po niemiecku zziajany.
- Dobry wieczór – odpowiada starszy pan zza pulpitu.
- Poproszę jedną noc dla rowerzysty z namiotem.
- Życzy pan sobie prysznic?
- Jasne, koniecznie – odpowiadam, przez grzeczność nie komentując poziomu tego pytania.
- Ma pan jakiś dokument tożsamości?
- Mam – mówię, w tym momencie przypominając sobie, że jest na samym dnie saszetki na kierownicy, obecnie przygnieciony kolacją i śniadaniem. – Jedną chwilę.
Po wygrzebaniu dowodu osobistego, załatwieniu formalności meldunkowych i pozbyciu się dziesięciu euro, recepcjonista wsiada na rower i jadąc przede mną prowadzi mnie do miejsca biwakowania, po czym życzy dobrej nocy i się oddala. Zsiadając z roweru prawie krzyknąłem z zachwytu. Miejsce cudowne: nad samym jeziorem, na którego przeciwległym brzegu pobłyskują dyskretnie światła Neubrandenburga. Spokój i cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i dość głośnym szumem fal – istotnie zaczął wiać dość silny wiatr. „Tego mi było trzeba” – myślę zachwycony natychmiast sięgając po aparat.


W momencie cyknięcia spustu słyszę po niemiecku:
- Cześć. Ładnie tu, prawda?
Był to Niemiec, facet mniej więcej w moim wieku, z którym pogawędziłem sobie chwilę. Zachwycony tak jak ja krajobrazem powraca tu co chwila, to z dziewczyną, to ze znajomymi. Był w szoku, że przyjechałem na rowerze ze Szczecina i zaproponował pomoc w rozstawieniu namiotu. Podziękowałem za propozycję, ale chciałem to zrobić sam. Poszło mi szybko, choć właściwie robiłem to po omacku. Latarni żadnej tam nie było. Potem tylko prysznic, kolacja, modlitwy wieczorne i zasnąłem jak małe dziecko ukołysany szumem fal jeziora Tollensesee. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz