poniedziałek, 12 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 4)


Dzień 4.

piątek, 26 sierpnia 2011 

BÜTZOW – Schwaan – Rostock -> Gedser – NYKØBING FALSTER 

76 km



Route 1,305,745 - powered by www.bikemap.net

Budzę się nad ranem. Nawet nie chce mi się specjalnie sprawdzać, która jest godzina. Jeszcze zanim zwoje mózgowe dokładnie określą, gdzie jestem i co tu robię, słyszę grzmot i charakterystyczne bębnienie w tropik. Dźwięk burzy wspomagany wizualnie przez błyśnięcie przypominające do złudzenia fotograficzny flesz sprawia, że momentalnie trzeźwieję i natychmiast odruchowo macam dłonią podłogę namiotu. Okazuje się być sucha, ale nie sprawia mi to ulgi – burza może swoje zrobić. Przez chwilę leżę praktycznie załamany: czyżby moja wyprawa miała się dziś zakończyć? Nawet jeśli burza przejdzie, to dalsza jazda z wybitnie mokrym namiotem (tym razem z KAŻDEJ strony) średnio mi się uśmiecha. Jednak życie mnie nauczyło, że z każdej sytuacji jest wyjście, a ta sytuacja nie jest tragiczna. Zaczynam więc snuć w głowie plany awaryjne: gdyby burza nie ustała, zwinę namiot i udam się na dworzec kolejowy: tam zobaczę, co dalej. Wiem, że to miasto ma połączenie ze Szczecinem, ale chyba również z Rostockiem, zatem mogę podjechać te kilkadziesiąt kilometrów pociągiem. Gdyby natomiast burza ustała (o co się żarliwie modlę), ruszam obojętne o której godzinie do Rostocku (czyli zgodnie z planem) i jeśli namiot będzie zbyt mokry, mogę tam poszukać schroniska lub taniego hotelu. Tak czy inaczej, nie poddam się. Jeszcze nie dzisiaj - miałem dojechać do Danii, a to już niedaleko. Wysnucie tych wniosków na tyle mnie uspokaja, że mogę znów zasnąć, mimo iż deszcz nie ustaje. Budzę się kilka godzin później, od razu czujnie nasłuchując i jednocześnie sprawdzając stan podłogi. Oba testy wypadają pomyślnie: nie słychać oznak burzy ani deszczu, a podłoga od wewnątrz jest sucha. Postanawiam więc odprawić Mszę świętą i wyjrzeć na zewnątrz. Okazuje się, że sytuacja jest dobra. Chmury co prawda są, ale przebłyski słońca dają nadzieję na ich przepędzenie. Jeśli będzie jeszcze dziś padać, to z pewnością przelotnie. Biorąc pod uwagę, że dystans do przejechania jest dziś naprawdę niewielki (na oko ze czterdzieści kilometrów), nie ma się czego obawiać, nawet jeśli trzeba będzie zrobić dłuższy postój. Zjadam postne śniadanie, bo przecież dziś piątek. Gdybym był w Polsce, to nie musiałbym pościć, bo dziś przypada uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Ale jestem teraz w jurysdykcji arcybiskupa Hamburga, a tu chyba jej nie obchodzą. Po śniadaniu zwijam mokry namiot, strzepując go mocno (choć dzisiaj akurat gówno to daje), po czym przy akompaniamencie jeszcze głośniejszego niż wczoraj mlaskania pod nogami udaję się do bramy wyjazdowej. Po drodze mijam starsze małżeństwo, które również spędziło tu noc i szykuje się do wyjazdu rowerami.
- Guten Morgen – witam ich z uśmiechem.
- Dżen dobhrrry – odpowiada starszy pan w okularach, wprawiając mnie w chwilowe zdumienie. Ale natychmiast potem przypominam sobie, że był on przecież wczoraj świadkiem moich negocjacji z recepcjonistką, kiedy to oznajmiałem, że jestem z Polski. Zostawiam zatem z ulgą za sobą kemping na bagnie i wdychając wreszcie świeże powietrze, prawie punktualnie o dziesiątej wyruszam w kierunku centrum, gdzie wczoraj widziałem mapę miejscowości i okolicy. Ona mi pokaże, jak stąd wyjechać i gdzie zaplanować postój. Zatrzymuję się i analizuję mapę, obliczając na oko odległości i czas ich przebycia, planując postoje i ewentualny posiłek. Gdy tak stoję pochłonięty studiowaniem planszy z nazwami miejscowości, słyszę za sobą znajomy głos:
- Dżen dobhrrry - mijają mnie starsi państwo na rowerach, udając się wyraźnie w tę samą stronę, co ja. Odpowiadam uśmiechem, zastanawiając się jednocześnie, czy to są jedyne dwa słowa, które ten facet umie po polsku. Chyba tak - i musi być z tego dumny. Wsiadam na rower i udaję się za nimi, opuszczając Bützow. To prastare słowiańskie miasto (po polsku Budziszów) miało w trzynastym wieku zaszczyt być stolicą diecezji Schwerin. Z tego okresu nie pozostało nic oprócz okazałych fragmentów murów obronnych. Zaraz za miastem rozpoczyna się to, co lubię najbardziej: ścieżka rowerowa biegnąca przez pola zupełnie niezależnie od szosy. Wyszło piękne słońce i zaczyna się robić na tyle gorąco, że przede mną jedzie dwóch rowerzystów bez koszulek. Ale plandeki przeciwdeszczowe na sakwach mają. Ja takich nie potrzebuję, bo moje sakwy są wodoodporne, natomiast mam inny oryginalny element – kolorowy ręcznik z wizerunkiem tygrysa przyczepiony do górnej sakwy, powiewający luzem z wierzchu bagażnika – najlepszy sposób na to, żeby nie skisł. Jadę dokładnie na północ równo wyasfaltowaną ścieżką pomiędzy drzewami owocowymi. Chwilę później mijam starsze małżeństwo, które przystanęło po lewej stronie i zacięcie pałaszuje śliwki z przydrożnego drzewa i już wiem, że za chwilę usłyszę...
- Dżen dobhrrry! – woła starszy pan z nienagannym uśmiechem i śliwką w zębach.
- Guten Appetit! – odpowiadam i macham przyjaźnie ręką, zastanawiając się, kiedy znowu będziemy się mijać, bo przecież oni chyba muszą również jechać do Rostocku. Bez żadnych przeszkód docieram do Schwaan. Ukształtowanie terenu sprawia, że dupa odczuwa już zmęczenie, mimo iż zrobiłem dopiero dwadzieścia kilometrów. Ponieważ do Rostocku niedaleko i właściwie nie mam po co się spieszyć, a poza tym nie będzie już żadnego miasta na trasie, postanawiam zrobić sobie w Schwaan długą przerwę. Najpierw oczywiście kupuję coś na „obiad”, a potem ląduję na rynku, gdzie postanawiam usiąść w kafejce i wypić mrożoną kawę.

Okazuje się to świetnym pomysłem. Po pierwsze odpoczywa tyłek posadzony na wiklinowym krześle z poduszką (cóż za ulga!). Po drugie mrożona kawa przyjemnie chłodzi i dodaje energii. W Schwaan spędzam w sumie ponad godzinę i dopiero za piętnaście pierwsza ruszam dalej na północ. Ścieżka znów niezależna, ale po kilku kilometrach łączy się w miejscowości Benitz z wiejską drogą. Mijam jeszcze kilka wiosek i obserwując je, dochodzę do wniosku, że postój i posiłek w Schwaan był bardzo dobrym rozwiązaniem. W żadnej z mijanych miejscowości nie ma nawet połowy sklepu. Jedynym wyjątkiem okazuje się facet handlujący używaną odzieżą z furgonetki, ale u niego bym się raczej nie najadł. Myślę, że ci wszyscy mieszkańcy muszą zaopatrywać się w mieście. Pewnie nie stanowi to większego problemu, bo sądząc po przydomowych garażach raczej wszyscy są zmotoryzowani, no i pewnie w mieście pracują. Dlatego też chyba prowadzenie sklepu na wsi się tu nie opłaca. U nas w Polsce sklep na wsi musi być i koniec. Wieś bez sklepu nie zapewnia podstawowego bytu bezrobotnemu mieszkańcowi, który musi przecież codziennie spożyć napój procentowy, a na wyprawę do miasta go nie stać. Około trzynastej trzydzieści przecinam autostradę numer dwadzieścia, biegnącą do Lubeki.

Ruch na autostradzie spory, ale przecież nie ma się co dziwić: piątek, rozpoczynają się godziny szczytu. Uświadamiam sobie, że samochodem mógłbym stąd dojechać do domu w dwie i pół godziny. Ale to nie to samo, co dwa i pół dnia rowerem. Tu jest smak przygody, przestrzeń, poczucie wolności, kontakt z naturą. W samochodzie na niemieckiej autostradzie jedynie wieje nudą. Może tylko o tyle lepiej, że nie boli dupa. Jeszcze kilka kilometrów i widzę, jak zza horyzontu wyłania się hanzeatyckie miasto Rostock. I jak na duże miasto przystało, zanim się ostatecznie wyłoni minie jeszcze trochę czasu. Wjeżdżam od strony wsi Biestow i ląduję w dzielnicy Südstadt. Ścieżki rowerowe są na szczęście wydzielone, a oznaczenia wyraźnie widoczne, więc wjazd do miasta nie stanowi najmniejszego problemu.

Jednak po kilkunastu minutach jazdy przez miasto z niepokojem zauważam, że mój szlak chce znów ominąć to, co najbardziej warto zobaczyć: starówkę. Po chwili namysłu decyduję się więc rozstać ze szlakiem i wjeżdżam w ulicę Lange, która doprowadzi mnie wprost na Stare Miasto.

Na postój wybieram miejsce tuż obok informacji turystycznej przy rynku.

Przypinam rower i najpierw udaję się do informacji turystycznej. Obok sklepiku z pamiątkami odnajduję plan miasta i szukam na nim kempingu. Nie znajduję, bo go nie ma. Najbliższy kemping, na którym mógłbym przenocować, znajduje się około dwudziestu kilometrów na północ, prawie nad morzem. Jest też kemping po wschodniej stronie rzeki Warnow, ale żeby później stamtąd dostać się na prom do Danii, musiałbym z powrotem przejechać przez Rostock i nadrobić ponad dwadzieścia kilometrów, gdyż tunel pod Warnow stanowiący północną obwodnicę miasta jest niedostępny dla rowerów. I tak analizując sytuację wpadam na genialny pomysł. Ruszę do Danii dziś! Szybko oceniam możliwości: do terminalu promowego jest około dziesięciu kilometrów, więc powinienem bez problemu zdążyć na prom odpływający o siedemnastej. U wybrzeży Danii wyląduję po dwóch godzinach rejsu i będę miał jeszcze dwie godziny do zmierzchu, żeby znaleźć jakiś kemping. Uda się! Wychodzę szybko z budynku i postanawiam przespacerować się po Starym Mieście, a przy okazji znaleźć jakiś bank lub kantor, aby zakupić duńskie korony. To się niestety nie udaje, bo jest piątkowe popołudnie i wszystkie banki, które udaje mi się znaleźć, są zamknięte (pracowały do czternastej). Postanawiam więc, że walutę kupię później (może na terminalu, może na promie, a może w Danii), a teraz zafunduję sobie chociaż przyspieszone zwiedzanie Starego Miasta. Tuż przy rynku stoi kościół mariacki, do którego z przykrością nie zachodzę z braku czasu, oraz historyczny ratusz, który w średniowieczu pełnił także rolę domu towarowego.

Ogólnie miasto robi całkiem pozytywne wrażenie. Na Placu Uniwersyteckim dzikie tłumy, widać, że zaczął się weekend i ludzie wylegli na starówkę w poszukiwaniu wypoczynku i rozrywki. Ja natomiast wolę ciche zaułki, takie jak np. ten na Große Wasserstraße, na którego końcu majaczy wieża kościoła św. Mikołaja.

„Czas niemiłosiernie goni”, jak to kiedyś napisałem w jednej ze swoich piosenek, więc wracam na rynek, odpinam rower i zjeżdżam w dół nad rzekę, żeby znów spotkać się ze swoim szlakiem, który zaprowadzi mnie prosto na terminal promowy. Po drodze robię jeszcze zdjęcie kościoła św. Piotra, który osłoniony fragmentem murów miejskich, jawi się niczym gotycki strażnik miasta.

Gdyby było więcej czasu, to mógłbym wejść do środka, jak też obejrzeć panoramę miasta z jego wieży. Niestety, mam inne problemy. Zerwał się dość silny wiatr, a w moją stronę idzie ciemna chmura. Na szczęście niewielka, więc zagrożenie deszczem jest znikome. Faktycznie, chwilę później zaczyna kropić, ale na kropieniu się kończy. Kilka kilometrów dalej po lewej stronie między krzakami ukazuje mi się fragment panoramy miasta.


Uwieczniam go, ponieważ czuję pewien niedosyt. Wydaje mi się, że powinienem był tu dłużej posiedzieć. Ale Dania wzywa. Po pokonaniu ostatnich zawijasów, ląduję przy terminalu promowym.

Jest szesnasta, a więc mam jeszcze sporo czasu. Przypinam rower i idę kupić bilet. Udaje mi się to bez problemu, pozbywam się przy tym siedemnastu euro. Z biletu i dostępnych folderów dowiaduję się, że mój prom nosi dumne imię księcia Fryderyka (Kronprins Frederik), czterdziestotrzyletniego następcy tronu Danii, starszego syna królowej Małgorzaty II. Sam statek może nie jest tak okazały, jak imię, które nosi. Jest moim rówieśnikiem, ale w przeciwieństwie do mnie, był dwukrotnie przebudowywany. Na pokład może zabrać ponad tysiąc pasażerów i dwieście dziesięć samochodów (o rowerach nic nie wspominają) i ma jedynie szesnaście tysięcy ton wyporności. Niemniej jednak sam fakt podróży morskiej (choć tylko dwugodzinnej) jest ekscytujący - ostatni raz na morzu byłem dziesięć lat temu. Pozostaje jeszcze otwarta kwestia waluty – na terminalu jest kantor, lecz niestety zamknięty. Może uda się wymienić w duńskim porcie Gedser. Od miłej pani ze Scandlines, która sprzedała mi bilet, dowiaduję się, że wjazd dla rowerzystów jest taki sam, jak dla samochodów, więc odpinam rower i udaję się do bramki. Dostaję polecenie udania się na stanowisko numer 96, gdzie mam czekać, aż mnie wpuszczą. Co dziwne, nikt nie sprawdza dokumentów, wystarczy tylko bilet. Podjeżdżam we wskazane miejsce i pozostaje mi oczekiwanie na wjazd.

Oczekiwanie jest dość długie. Słońce mocno przypieka, elektroniczny wyświetlacz pokazuje temperaturę trzydziestu stopni. Pozbywam się czapki na rzecz chusty, która chroni nie tylko głowę, ale i szyję. Dwadzieścia minut do siedemnastej, a promu ani widu ani słychu. Myślę, że będzie opóźnienie. Dopiero dziesięć minut przed rozkładowym czasem odejścia wychodzi obsługa, żeby nakierować pojazdy na rampę. Statku jeszcze nie ma. Facet pokazuje, że mam jechać pierwszy i ustawić się tuż przed sygnalizatorem, co też czynię. Pojawia się prom.

Wbrew moim obawom wyładunek i załadunek jest błyskawiczny. Prom właśnie przypłynął z Danii, pojazdy szybko opuszczają rampę, po czym natychmiast wjeżdżają nowe (ja na początku). Dojeżdżam do końca pokładu dla samochodów i przypinam rower pasami do ściany, trochę na wyczucie, bo czynię to po raz pierwszy. Teraz idę na górę, gdzie zajmuję miejsce w wygodnym fotelu przy oknie. Spełnia się marzenie mojej obolałej dupy. Prom odbija niemalże punktualnie. Idę na zewnętrzny pokład, żeby zobaczyć, jak opuszczamy stały ląd. Statek zostawia za sobą basen portowy.

Dalej jest ciekawiej. U ujścia rzeki Warne mijamy miejscowość Warnemünde, która z racji położenia bardzo przypomina mi nasze Świnoujście.

Z lewej burty płynie malutki stateczek wycieczkowy. Wygląda jak mały piesek próbujący dotrzymać kroku wielkiemu wilczurowi. Tuż przy falochronie stateczek nagle zawraca, a moim oczom ukazuje się okazała plaża w Warnemünde.

Jeszcze chwilę stoję na pokładzie, ale wiatr robi się nieprzyjemnie silny, więc wracam do środka. Na promie w sumie nie ma co zwiedzać. Wchodzę na chwilę do sklepiku, gdzie wszystko jest cholernie drogie. Kupuję piwo i małą przekąskę, po czym upewniwszy się ostatecznie, że nie ma tu kantoru, wracam na swój fotel. Teraz jest czas na relaks. Nie wiem, czy i ile jeszcze przyjdzie mi dziś jechać, ale jedno piwo mogę swobodnie wypić. Do Danii jeszcze prawie dwie godziny, a poza tym tam nie ma żadnych wymogów prawnych dotyczących trzeźwości rowerzysty. Można zupełnie legalnie jechać na rowerze po alkoholu, pod warunkiem, że nie stwarza się zagrożenia dla innych uczestników ruchu. Sączę piwo i patrzę na morski krajobraz.

Morze daje poczucie spokoju (o ile samo jest spokojne). Przypomina mi się przepiękna piosenka Stinga Why Should I Cry For You, która opowiada o tęsknocie za kimś bliskim, gdy żegluje się w nieznane. Nucę ją sobie w myślach, co wprawia mnie w niesamowicie przyjemny nastrój, przyprawiony jednak szczyptą niewytłumaczalnej nostalgii. Gdyby rejs był dłuższy, pewnie sam bym napisał piosenkę. Tymczasem powoli zbliżamy się ku duńskim wybrzeżom. W oddali majaczy elektrownia wiatrowa postawiona na morzu.

Zaraz potem wyłania się wyspa Falster. Królestwo Danii tylko w niewielkiej części należy do stałego kontynentu (Półwysep Jutlandzki), reszta to wyspy, których jest ponad czterysta(!), z czego siedemdziesiąt sześć zamieszkanych. Co ciekawe, w języku duńskim słowo „wyspa” jest jednoliterowe i brzmi: „ø”. Mnie przyjdzie lądować na ø Falster, trochę mniejszej od Bornholmu. Mimo silnego wiatru wychodzę na zewnątrz, żeby zobaczyć skrawek lądu, na którym nigdy jeszcze nie byłem. Teraz czuję się jak odkrywca. W głowie ekscytacja tworzy niesamowitą mieszankę z obawą: jaki jest ten kraj? Jacy są ludzie? Czy uda mi się znaleźć kantor i kemping? Czy się dogadam? Na pewno trzeba się teraz przestawić z niemieckiego na angielski, bo po duńsku nie znam ani słowa. Z tych rozmyślań wyrywa mnie komunikat zapraszający kierowców na dół, do pojazdów.

Otwiera się rampa i wyjeżdżamy. Zaraz po zjeździe z pokładu widzę znak: rowerzyści w prawo. Posłusznie zjeżdżam, a następnie zatrzymuję się i próbuję się odnaleźć w nowej rzeczywistości: „Mój Boże, rzeczywiście jestem w Danii!”. Gedser okazuje się być małą wioską. Nie mogę tu znaleźć nawet sklepu, nie mówiąc o kantorze, czy banku. Miejscowość wydaje mi się też dziwnie wyludniona. Na ulicach nie ma żywego ducha. Jest dziewiętnasta, czuć rześkie, wieczorne powietrze, które ostrzega, że zmierzch już blisko. Trzeba szybko szukać kempingu. Znajduję informację turystyczną – co prawda jest zamknięta, ale przy drzwiach wisi stojak z mnóstwem folderów. Wybieram dwa: jeden to plan Kopenhagi (przyda się w przyszłości), drugi to mapy Danii z podziałem na regiony i zaznaczeniem kempingów (przyda się natychmiast). Mapy co prawda są bardzo niedokładne, ale dają jako taką orientację w terenie. Orientuję się więc, że w Gedser na pewno kempingu nie ma, trzeba jechać dalej na północ (zresztą w innym kierunku się nie da). Fotografuję coś, co przypomina wieżę, i spadam.

Szlak do Kopenhagi jest oznaczony, ale trochę inaczej niż w Niemczech. Tam szlaki miały swoje symbole, tu mają numery. Orientuję się zatem, że mój szlak ma numer dziewięć i pozostaje teraz tylko tego pilnować. Ścieżka rowerowa biegnie wzdłuż drogi i jest wydzielona. Potem jednak skręca w lewo i łączy się z boczną drogą, mało uczęszczaną, bo główna droga poszła prosto. Pejzaż wydaje mi się typowo wyspiarski.

W każdym razie zupełnie inny niż do tej pory, co wzmaga poczucie radości z doświadczania czegoś nowego. Ale jest też niepokój o nocleg. Muszę dotrzeć do kempingu, a tu nic nie ma. Mijam wioskę Skelby, gdzie nie ma żywego ducha na ulicy, żadnego sklepu ani innego punktu informacyjnego. Kilka kilometrów dalej kolejna wieś: Marrebæk. Mapa podaje, że mógłbym tu skręcić w prawo i gdzieś nad morzem jest kemping, ale to wszystko jest tak nieprecyzyjne, że wolę jechać prosto. Znów łączę się z główną szosą, a ścieżka rowerowa znów jest wydzielona. Teraz czuję się jak na autostradzie dla rowerów.

Docieram do następnej miejscowości – Væggerløse. Jest już dwadzieścia po ósmej, prawie ciemno, a tu znów żadnej informacji o kempingu. Jedynym pewnikiem pozostaje miasto Nykøbing, do którego mam jeszcze około siedmiu kilometrów. Nie mam wyboru. Jadę szybko. O twarz obijają mi się komary i muszki, które chyba nie umieją trafić do domu. Wreszcie docieram do miasta, gdzie znajduję upragniony drogowskaz na kemping. Wpadam na portiernię tuż przed dziewiątą.
- Dobry wieczór. Mówi pan po angielsku? – zwracam się po angielsku do portiera.
- Mówię w wielu językach – odpowiada.
- A po polsku? – pytam po polsku.
- ??
- Nieważne – śmieję się. - Chciałbym przenocować z namiotem i rowerem.
- Oczywiście. Za recepcją ma pan pole namiotowe, prysznice są tam – pokazuje ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Zapłaci pan jutro, bo dziś już mam kasę wyłączoną. – dodaje, co jest mi niesamowicie na rękę, bo nadal nie mam tutejszej waluty.
- Super. Może mi pan dać żeton do prysznica? – pytam nauczony doświadczeniem z Niemiec.
- Nie potrzeba. Prysznice są za darmo.
Noo! Spodobało mi się w tej Danii! Pożegnałem się wylewnie i udałem się na eleganckie pole namiotowe, gdzie się rozłożyłem - znów po ciemku i znów w towarzystwie komarów, choć na pewno było ich zdecydowanie mniej niż ostatnio. Dziękując Bogu za szczęśliwe dotarcie na wyspę Falster, szybko zasnąłem.

niedziela, 11 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 3)


Dzień 3.

czwartek, 25 sierpnia 2011

JABEL – Krakow am See – Güstrow - BÜTZOW

86 km

Route 1,305,735 - powered by www.bikemap.net

Przyszło to, czego się obawiałem najbardziej. Około drugiej w nocy obudziły mnie grzmoty i deszcz bębniący o płachtę namiotu z siłą młota i gęstością karabinu maszynowego. Naturalne w takim przypadku są obawy – oczywiście nie o to, że piorun trafi w namiot, ale np. o to, że ów domek z materiału zacznie przeciekać – nie byłoby wtedy za bardzo ratunku. Całe szczęście, że wieczorem schowałem ręcznik, który suszył się na bagażniku roweru. Pod znakiem zapytania staje dzisiejszy etap, bo w tej chwili trudno przewidzieć, jaka będzie pogoda. W deszczu mogę ewentualnie jechać, choć to żadna przyjemność, ale w burzy wolałbym nie. Co prawda burza ma to do siebie, że szybciej się kończy niż zaczyna, ale potrafi też krążyć w kółko niczym mucha pod żyrandolem. Po kilkunastu minutach grzmoty się oddalają, deszcz słabnie. Zasypiam. Budzę się o świcie, gdy burza powtórnie daje o sobie znać. Jeszcze się dzień nie zaczął, a już tracę humor oraz nadzieję na miłą jazdę. Ale jeszcze nic nie przesądzone. Zawsze można wyjechać później, gdy pogoda się nieco poprawi, i mimo że etap będzie krótszy, to zawsze posunę się trochę naprzód. Tymczasem nie ma co myśleć, trzeba spać. Między siódmą a ósmą następuje przebudzenie właściwe, które oznacza, że spać już nie będę. Przez chwilę leżę i nasłuchuję. Deszczu chyba nie ma. Powstrzymuję jednak ciekawość i postanawiam rozpocząć dzień od tego, co najważniejsze: modlitwy i Eucharystii. Dopiero później wyglądam z namiotu. Hmm... Nie jest ciekawie. Burzy co prawda już chyba nie będzie, ale jezioro jest spowite mgłą i w ogóle wszystko jakby straciło barwy. Szarość, szarość, szarość. Na domiar złego rześkie powietrze ubogaca mżawka. W kontekście wyruszenia w drogę powstaje pytanie, na które na razie nie jestem w stanie odpowiedzieć: będzie lepiej czy gorzej? Z tym dylematem spożywam śniadanie, celowo się nie spiesząc, bo przez ten czas może coś się wyklaruje. Poza tym namiot jest mokry i nie wiem, czy zwijając go w takim stanie nie przemoczę go od wewnątrz. Około dziesiątej jeszcze raz bawię się w meteorologa i decyduję się jechać. Następuje dość żwawe zwijanie wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem namiotu, który dokładnie strzepuję przed spakowaniem. Oddaję w recepcji klucz do łazienki, żegnam się i wsiadam na rower. Ze zdziwieniem zauważam, że jedzie się raczej dobrze. Po wczorajszej mordędze odczuwam raczej ulgę. Ciekawe, jak będzie dalej? Szlak początkowo prowadzi wzdłuż szosy, potem zamienia się w żwirowaną drogę leśną. Przejeżdżam obok jakiejś leśniczówki, skąd znów zaczyna się asfalt. Po chwili docieram do pierwszej miejscowości: Loppin. W centralnym jej punkcie widzę skrzyżowanie w trakcie litery Y i drogowskaz dla rowerzystów informujący, że droga na Kopenhagę w lewo. Wybieram więc lewą odnogę i bez zwalniania kontynuuję jazdę. Niestety po dość krótkim czasie okazuje się, że kończy się asfalt, a zaczyna piach. Po przedarciu się przez piaszczyste koleiny wjeżdżam znów do lasu. Biorąc pod uwagę stan drogi, zaczyna mi coś tu nie grać, ale kompas wskazuje kierunek zachodni, więc w zasadzie nie ma powodu do obaw. Po kilkunastu minutach dzielnego brnięcia przez las orientuję się, że przecież od Loppin nie było ani jednego oznaczenia szlaku. Co jest? Czyżbym pomylił kierunki? Co prawda nie analizowałem dokładnie drogowskazu, ale raczej stronę lewą od prawej rozróżniam. No nic, dojadę do jakiejś szosy i wtedy zobaczę, gdzie jestem i czy faktycznie zjechałem ze szlaku. Droga przez las wybitnie się dłuży. Po trzydziestu minutach od Loppin widzę wreszcie biegnącą w poprzek szosę. Są też drogowskazy, a na nich nazwy miejscowości, które kompletnie nic mi nie mówią. Brak drogowskazów dla rowerzystów ostatecznie utwierdza mnie w przekonaniu, że się zgubiłem. Pora sięgnąć po ratunek w postaci GPSu, który zabrałem z domu zamiast mapy z myślą o takich okolicznościach jak ta. Wciskam włącznik i... okazuje się, że niczego się nie dowiem, gdyż wyładowała się bateria. Podłączam GPS to ładowarki i po chwili namysłu ruszam drogą na północ. Kilka kilometrów dalej natrafiam na skrzyżowanie w remoncie i towarzyszące mu oznaczenia objazdów, z których nic nie rozumiem. GPS się trochę podładował, więc mogę już zobaczyć gdzie jestem. Z mapy wynika, iż powinienem skręcić w lewo, ale tablice z objazdami sugerują, żeby tam raczej nie skręcać. I bądź tu człowieku mądry. Trudno, jadę dalej prosto. Cztery kilometry później ląduję w wiosce Vollrathsruhe i napotykam punkt widokowy z normalną mapą. Mapa niestety nie nastraja optymistycznie. Przede wszystkim okazuje się, że w Loppin zgubiłem szlak, bo skręcał ostro w lewo (tam musiała być jakaś zamaskowana ulica, której nie zauważyłem), a nie lekko w lewo, jak pojechałem. Dodatkowo teraz muszę zawrócić, bo ta droga prowadzi w zupełnie innym kierunku. Mógłbym oczywiście nadrobić trochę drogi, a przy okazji zwiedzić ruiny zamku, ale nie mam dziś czasu na zwiedzanie i jazdy dookoła. Co prawda nienawidzę zawracać, ale tu raczej nie ma innej opcji. Zanim podejmę ten tragiczny powrotny kierunek, wdrapuję się jeszcze na wieżę widokową i robię zdjęcie okolicy ze zbliżeniem na zamek, którego nie zwiedzę niestety.

Jadę z powrotem, uważnie pilnując skrętu w prawo, żeby znowu nie pojechać za daleko, tym razem w drugą stronę. Udaje mi się nie przegapić skrętu i po chwili kieruję się na miejscowość Glashütte. Coś mi ta nazwa mówi, chyba widziałem ją kiedyś przy granicy z Polską. Nagle przypominam sobie symbol, który widziałem na drogowskazie przy tej nazwie i doznaję olśnienia. To nie jest miejscowość, tylko huta szkła! Dlatego GPS zgłupiał, a ja nie wiedziałem, że to tu mam skręcić. Jestem na siebie zły. Zrobiłem siedem kilometrów zupełnie bez sensu, tracąc przy tym prawie godzinę. Pocieszający jest jedynie fakt, że pogoda się poprawia. Po ponad godzinie kluczenia objazdami wjeżdżam do miejscowości Linstow, gdzie spotykam się wreszcie z moim szlakiem Berlin-Copenhagen. Oczywiście tylko po to, żeby za parę kilometrów znów się z nim rozstać, bo okrąża jezioro Krakower od strony północnej, a ja pojadę drogą na wprost, dzięki czemu uda mi się nadrobić ten czas, który wcześniej straciłem. Po przecięciu autostrady numer 19 prowadzącej do Rostocku, napotykam na ładne, nowe osiedle domków. Nie byłoby w tym niczego godnego uwagi, gdyby nie fakt, że wszystkie domki są kryte strzechą.

Istotnie, Niemcy jak i Holendrzy (a może też inne nacje) powracają z upodobaniem do starej tradycji pokrywania domów trzciną. Ma to ponoć tę ważną zaletę, że trzcina daje dużo ciepła zimą, natomiast przyjemny, chłodny cień latem. W Niemczech posiadanie domu z dachem trzcinowym jest podobno wyrazem gustu, nobilitacji i nowoczesności (tak! chodzi o tendencje ekologiczne). Zupełnie inaczej niż u nas, gdzie strzecha przez lata była przejawem wieśniactwa i biedy. Dziesięć kilometrów dalej jest już Krakow am See. I dobrze, bo najwyższy czas na obiad. Znów zaskoczenie: spodziewałem się dość sporego miasta, a tu mała mieścinka nad jeziorem. Niby-kurort, który okazuje się być zadupiem. Na starówce nie ma czego szukać, dwie ulice na krzyż, zawracam więc i jadę w kierunku dworca (a raczej stacyjki). Znajduję hipermarket i kupuję coś do zjedzenia, a przy okazji robię długą przerwę. Pogoda się wyklarowała, powietrze jest dość przyjemne. Tyłek boli, a jakże, ale jestem w stanie jechać bez większych narzekań. O piętnastej trzydzieści spotykam się znowu ze swoim szlakiem i opuszczam miasto, kierując się zgodnie z oznaczeniami pod górę, w kierunku zachodnim. Od teraz ten kierunek będzie powoli ustępował na rzecz północnego, co oznacza, że zaczynam zbliżać się do morza. Pod górę jechać ciężko, zwłaszcza po jedzeniu, dlatego chętnie przystaję, żeby sfotografować pastwisko pełne owiec.

Później czeka mnie ochładzająca jazda z górki, gdzie osiągam prędkość prawie czterdziestu kilometrów na godzinę i w Alt Sammit skręcam w polną drogę wyłożoną równiutko betonowymi płytami, co daje dobry komfort jazdy. Zrobiło się już bardzo słonecznie. Jestem na kolejnym skrzyżowaniu i postanawiam skrócić sobie nieco drogę po raz kolejny rozstając się ze szlakiem. Skrót – jak się można domyślać – okazał się znów wydłużeniem drogi, ale tym razem na szczęście prawie nieznacznym. Przystaję na moment w wiosce Bellin, po czym wjeżdżam w las. Ten las należy do lasów, których wybitnie nie lubię. Ogólnie raczej nie przepadam za lasami, kojarzą mi się z ukrywaniem świata, zagubieniem i stłamszeniem. Wolę pola, a już najbardziej wzgórza z piękną panoramą. Człowiek czuje się wtedy mocnym elementem krajobrazu, a może nawet w pewnym sensie władcą przestrzeni. W każdym razie można wtedy podziwiać piękno pejzażu i zachwycać się dowolnym jego szczegółem. Las pozbawia tego typu doznań. W lesie są muchy, komary i inne latające tałatajstwo, które się tu skrywa. A szczególnie nienawidzę lasów z wilgotnym gruntem. Roślinność wtedy staje się ciemna i gęsta, słońca praktycznie nie widać, a w powietrzu unosi się specyficzny odór mokrych liści. Z takiego lasu chcę jak najprędzej wyjechać. Na szczęście droga jest asfaltowa, a szlak świetnie oznaczony.

Ten las towarzyszy mi w sumie przez osiem dość trudnych kilometrów, bo też ukształtowanie terenu nie jest zbyt życzliwe. Jednak docieram wreszcie do Mühl Rosin, skąd już tylko kilka kilometrów dzieli mnie od dużego miasta Güstrow. W Mühl Rosin robię przerwę. Tu ścieżka rowerowa ma wyraźnie inny przebieg niż droga dla samochodów, co daje poczucie ulgi i swobody.

Do Güstrow dojeżdżam około osiemnastej. Jest to dość spore miasto, więc muszę uważać na oznaczenia szlaku. Oczywiście zaraz go gubię i jadę dalej kierując się ścieżkami rowerowymi na wprost. Dzięki temu udaje mi się zobaczyć ładne stare miasto, które szlak Berlin-Copenhagen omija, biegnąc nad kanałem. Przystaję na chwilę przy rynku.

Mijam ratusz i kościół ewangelicki, wjeżdżam na deptak Pferdemarkt. Na starówce jest dość sporo ludzi. Nic dziwnego, w końcu mamy piękne, słoneczne popołudnie, aż zachęcające do spacerów. Przystaję przed zabytkowym, okazałym budynkiem poczty.

Chwilę później odnajduję szlak i napotykam na mapę. Najbliższy kemping znajduje się w Bützow, co oznacza jeszcze prawie dwadzieścia kilometrów jazdy. Szybko oceniam: kondycja jest niezła, teren już praktycznie zupełnie płaski, pogoda wspaniała – myślę, że uda się zdążyć przed zmierzchem. Ale to nie wszystko. W Bützow trzeba będzie jeszcze przecież zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Ruszam więc bezzwłocznie. Na wyjeździe czeka mnie jeszcze krótki objazd, a chwilę za miastem ścieżka skręca nad kanał i odtąd już będzie mu towarzyszyć prawie do samego Bützow. Zapach co prawda mało przyjemny, ale zostaje z nawiązką zrekompensowany przez ciszę i subtelną harmonię ścieżki z wodą, przerywaną czasem niewielkim mostkiem przerzuconym nad kanałem.

Do Bützow wjeżdżam po dziewiętnastej i zaraz na wjeździe robię szybkie zakupy. Teraz pozostaje mi znaleźć kemping, o którym wiem tylko tyle, że leży nad jeziorem gdzieś po prawej stronie drogi, którą jadę. Położenie nad jeziorem rodzi nadzieję, że będzie tak ładnie, jak na dotychczasowych miejscach noclegowych. Docieram do starej części miejscowości, gdzie znajduję plan miasta. Teraz już bez problemu docieram na kemping, gdzie melduję się za piętnaście dwudziesta. Zaczyna się zmierzchać. Wjeżdżam w bramę i już widzę, że chyba fajnie nie będzie. Kemping składa się głównie z wody. Widocznie musiało ich ostro podtopić. Na środku stoi drewniany barak (portiernia i toalety), do którego wejścia prowadzą drewniane kładki, żeby nie trzeba było brodzić w bagnie. Nieopodal widzę pół stołu i krzesła pod brudnym brezentem (czyli stołówka samoobsługowa). Gdzieniegdzie walają się odrapane łodzie, a „suchego” terenu między wodą a płotem jest naprawdę niewiele. Na szczęście namioty są tylko dwa. Szybko oceniam, że skoro te namioty tu stoją, to oznacza, że da się tu przenocować. W drzwiach wita mnie pani portier (chyba też właściciel i jedyny pracownik) tego luksusowego hotelu.
- Dobry wieczór – kłaniam się. – Chciałbym tu rozbić namiot.
W odpowiedzi słyszę potok słów, z których z trudem wyławiam tylko tyle, że nie ma problemu z noclegiem.
- Bardzo proszę wolniej, jestem z Polski – tłumaczę.
- Aha, rozumiem. – odpowiada kobieta i już wolniej tłumaczy mi, żebym najlepiej rozbił się na trawie, a nie na wodzie, i tym podobne trafne porady. Melduje mnie, inkasuje tylko pięć euro (co jest pocieszeniem po tym co tu ujrzałem) i życzy miłego pobytu. Chcę jak najszybciej rozbić namiot, ponieważ zmierzch już się rozpoczął na dobre i komary wyleciały na kolację. Problem jest w tym, żeby znaleźć w miarę suche miejsce. Chodząc po trawie słyszę pod sandałami charakterystyczne mlaskanie oznajmiające, że ziemia jest nieźle nasączona. Boję się o podłogę namiotu. Co innego gdy deszcz pada z góry, a co innego, gdy człowiek całą noc spędza na mokrym i grząskim terenie. Najbardziej suche miejsca są już oczywiście zajęte przez dwa namioty, które były tu wcześniej ode mnie, zatem rozbijam się możliwie blisko jednego z nich. Rozbijanie namiotu to dzisiaj niezła sztuka, wygląda to raczej na dziki rytualny taniec z licznymi klaśnięciami po nogach. Śledzie wchodzą w grunt jak w masło. Gdyby zerwał się silny wiatr, to nie ma szans na utrzymanie tropiku. Kończę manewry okrutnie pokąsany przez żądne krwi owady. Teraz jeszcze prysznic... Biorąc pod uwagę całokształt obserwowanej tu rzeczywistości, nie należy spodziewać się niczego dobrego. Pewnie kawał rury wystającej ze ściany i ścierka służąca za przegrodę. Mam nadzieję, że da się tam przynajmniej wejść. I tu czeka mnie miła niespodzianka. Po otwarciu drzwi na tyłach drewnianego baraku, oczom moim ukazuje się nowoczesna łazienka z kafelkami lśniącymi czystością. Z przyjemnością korzystam z kabiny prysznicowej, gdzie mimo iż kurek jest tylko jeden (co wzbudziło we mnie obawę kąpieli w zimnej wodzie), temperatura jest w sam raz. Po tej chwili przyjemności udaję się na spoczynek. Zasypiam wdychając zatęchły smród bagna przy barytonowym akompaniamencie kwakania pluskających się kilka metrów dalej kaczek. Mam nadzieję, że nie obudzę się w kałuży.

sobota, 10 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 2)

Dzień 2.
środa, 24 sierpnia 2011
GATCHECK – Penzlin – Ankershagen – Waren (MÜ) - JABEL
62 km



Route 1,305,729 - powered by www.bikemap.net

Budzik zadzwonił o siódmej trzydzieści. Nastawiłem go, bo miałem silne postanowienie wyruszenia wcześniej niż wczoraj, tym bardziej, że droga dzisiejsza to zagadka. Wydrukowane mapy z Google (i tak niewiele warte) kończą się na miejscowości Ankershagen. Tam mam się spotkać z międzynarodową ścieżką rowerową Berlin-Copenhagen Radweg. Dlatego dalej już mapa niepotrzebna – będę ufał drogowskazom. Jak wiadomo, nasi sąsiedzi są dokładnym narodem (czasami aż nazbyt) więc mogę raczej liczyć na solidne oznaczenia, zwłaszcza, że mamy do czynienia ze szlakiem międzynarodowym liczącym razem 630 kilometrów, z czego prawie dwie trzecie w Niemczech. To zobowiązuje. W każdym razie poszedłem dalej spać, bo przecież co za cymbał wymyślił, żeby nastawiać budzik tak wcześnie?! Ale o ósmej już chcąc nie chcąc się zwlokłem. Wyjrzałem z namiotu i oceniłem sytuację – pogoda raczej zagrożenia nie stwarza, jest spokojnie i cicho, wiatru prawie nie ma, bo jezioro prezentuje taflę płaską jak szkło.

Zakładam, że uda mi się dziś dotrzeć do miasteczka Krakow am See, ale zanim wyruszę, jeszcze sporo spraw do załatwienia. Modlitwy poranne i Msza święta po raz pierwszy w namiocie, który na kilka najbliższych dni ma się stać kościołem, sypialnią, stołówką i domem – wszystkiego po trochu. Ciekawe doświadczenie. Kielich i patenę (w wersji turystycznej) oraz hostie wziąłem ze sobą z domu, wino zaś kupiłem wczoraj w Neubrandenburgu. Całe szczęście nie zapomniałem. Niemcy są praktyczni – można kupić wino w małych buteleczkach na zakrętkę, co znakomicie rozwiązuje problem transportu. Po Eucharystii śniadanie, kawa (obowiązkowo!) i zaczynam pakowanie, starając się nie popełnić tych samych błędów, co wczoraj. Niestety wszystko mam na tyle rozbabrane, że trzeba pakować się praktycznie od zera. Poza tym ta złośliwość rzeczy martwych! Sypiam na macie samopompującej. Znakomicie się ją rozkłada wieczorem - wystarczy odkręcić zawór i po chwili zakręcić – ale ze składaniem jest problem. Mata jak na złość chce wsysać powietrze, zamiast je wypuszczać. Po kilku minutach opanowuję jednak tę technikę (nie taką znowu skomplikowaną) i mata zwinięta ląduje w sakwach. Jeszcze zwinięcie namiotu... Wożenie domu ze sobą przywodzi na myśl żółwia albo ślimaka. No i jakby pociągnąć ten temat, to znalazłoby się więcej analogii tychże stworzeń do mojej skromnej osoby turysty. W każdym razie namiot zwija się prędko. Obok mój rozmówca z dnia poprzedniego też się zwija.

Wymieniamy uprzejmości i pozdrowienia, po czym w drogę. Wyruszam o dziesiątej zero osiem. Na bramce dziękuję za nocleg i macham przyjaźnie recepcjoniście, obierając kurs na południe wzdłuż jeziora. Na razie jedzie się dobrze, ale wiem, że za chwilę czeka mnie nieunikniony podjazd pod górę. Nie mam pojęcia na ile stromy, choć wczorajszy zjazd z góry kilka kilometrów stąd był dość długi, więc należy się spodziewać najgorszego. W istocie, okazuje się, że różnica wysokości wynosi około czterdziestu metrów na dość krótkim dystansie, czyli dość stromo. Biorąc pod uwagę obciążenie i nadszarpniętą kondycję po wczorajszej „setce”, muszę miejscami rower prowadzić. Pocieszam się, że dalej będzie już łatwiej. Zresztą widok jest piękny.

Na szczycie wzniesienia, w miejscowości Alt Rehse, odnajduję drogowskazy lokalnych szlaków rowerowych. Bardzo dobrze, nie muszę zaglądać do mapy, która i tak mi niewiele powie. Obieram kierunek zgodny ze strzałką i... nie do wiary! Zjeżdżam w dół z zawrotną prędkością. W innym przypadku pewnie bym się ucieszył, ale teraz zaczęła mnie drążyć złowroga myśl, że zaraz będzie znów pod górę. Nie myliłem się. U podnóża wzniesienia, z którego w okamgnieniu zjechałem, szlak skręca w prawo, ostro pod górę. Okazuje się, że jest to jeszcze bardziej strome wzgórze niż to pierwsze - przewyższenie wynosi pięćdziesiąt metrów na podobnym odcinku. Znów prowadzę rower i zaczynam kląć pod nosem. Pot leje się strumieniami, za chwilę skończy się woda (dziś napoczęta półtoralitrowa butla!). Poza tym na podstawie kierunku dotychczasowej jazdy wysnuwam przypuszczenie, że szlak mnie poprowadził mocno naokoło. Tam musiała być jakaś krótsza droga! Przerywam te niewesołe dywagacje, gdy docieram do punktu widokowego, gdzie robię przerwę (na razie chyba przerw jest więcej niż jazdy).

Chwilę później docieram na szczyt wzgórza i dowiaduję się, że istotnie pojechałem naokoło, nadrabiając co najmniej cztery kilometry. A najgorsze jest to, że skrót był jedynie łagodnym wzniesieniem. Postanawiam nie analizować tego dłużej. Stało się i dobra. Strata wynosi pewnie ponad godzinę (jak nie więcej), sił praktycznie nie mam, dupa boli, woda się kończy, niech szlag trafi te niemieckie pomysły ze szlakami. Około jedenastej trzydzieści docieram do małego miasteczka Penzlin, co oznacza, że zrobiłem niecałe trzynaście kilometrów w prawie półtorej godziny. No rewelacja. Zatrzymuję się na krótki odpoczynek, zatankowanie wody w sklepie i mały posiłek energetyczny. Tu też po raz pierwszy widzę dzieci z plecakami, co na początku mnie dziwi, ale potem faktycznie przypominam sobie, że niemieckie dzieci zaczynają rok szkolny w sierpniu. Każdego roku zresztą inaczej i w każdym landzie inaczej. Tutaj (Mecklemburg-Vorpommern) dokładnie czternastego sierpnia, a więc są już po ponad tygodniu nauki. Nie wiem, czy to takie fajne, bo w powietrzu jeszcze zdecydowanie lato. Porzucam te rozważania i dalej jadę szosą w kierunku Ankershagen. Niestety mimo zaaplikowanej dawki kalorii, jedzie się coraz gorzej - wiatr perfidnie wieje mi w twarz, dupa już nie wytrzymuje. Rozwijam zawrotne prędkości rzędu dziesięciu km/h. Mimo to, do Ankershagen docieram po czterdziestu minutach i zatrzymuję się na skrzyżowaniu, na którym wreszcie łączę się z wyczekiwaną ścieżką Berlin-Copenhagen. Wjazd na szlak od razu daje się zauważyć, bo przy skrzyżowaniu stoi olbrzymia mapa najbliższej okolicy z zaznaczonymi wszystkimi ścieżkami rowerowymi. Okazuje się, że w tym Landkreisie mają ich nadspodziewanie dużo i to różnego typu: od lokalnych poczynając, przez średniodystansowe aż po krajowe i międzynarodowe. Studiując mapę dochodzę do wniosku, że teraz kierunek jazdy nie będzie taki oczywisty, jak mi się wydawało. Szlaki łączą się ze sobą, przez chwilę idą razem, potem się rozłączają, by nieco dalej znów się złączyć albo przeciąć. Ale przy okazji odkrywam, że każdy z nich ma swoją nazwę i symbol graficzny. Te symbole – jak się później okaże – są obecne pod każdym drogowskazem, żeby nie było wątpliwości, która ścieżka gdzie prowadzi. To olbrzymie ułatwienie w takim gąszczu szlaków. Z mapy wynika ponadto, że nie muszę cały czas jechać moim szlakiem Berlin-Copenhagen – mogę korzystać z innych ścieżek, które na pewnych odcinkach biegną trochę krótszą trasą, co w obecnym moim stanie kondycyjnym stanowi kuszącą propozycję. Wymaga to jednak bardzo wnikliwej obserwacji map i drogowskazów. Nie ma z tym większego problemu, bo w każdej miejscowości znajduje się wielka plansza z mapą, a skrzyżowania są dość solidnie oznaczone. Jedynym mankamentem jest to, że aby to sprawdzić, trzeba się zatrzymać, a potem ruszyć jest już baaardzo ciężko (dupa!). Dlatego w Groß Dratow muszę zawrócić (mój szlak prowadzi naokoło, a ja nie mogę sobie pozwolić na wydłużanie dystansu). Dodatkowo zaczyna ostro przypiekać słońce. Jadę teraz dość w odkrytym terenie i nie bardzo jest się nawet gdzie zatrzymać, żeby odpocząć w cieniu. W Kargow znajduję kawałek krzaka (który przydał mi się do załatwienia jeszcze innej sprawy) i robię chwilę przerwy. Staram się teraz wymyślić jakiś cel dzisiejszego etapu, bo już jest raczej pewne, że założonego Krakow am See dziś osiągnąć się nie da. Dalece rozważnym jest, aby dziś zakończyć jazdę wczesnym popołudniem i solidnie odpocząć. Postanawiam na następnej mapie poszukać jakiegoś kempingu, do którego dam radę dziś dotrzeć. W Kargow-Unterdorf za torami znów rozstaję się z moim szlakiem, gdyż drogowskaz pokazuje skrót, którym da się oszczędzić cztery kilometry. Niestety zaraz za stacją ów skrót zmienia nawierzchnię z asfaltowej na piaszczysto-żwirową, co jest dodatkową udręką dla mojej dupy. Zaczynam przeklinać ten skrót, choć prowadzi przez las, co przynajmniej osłania przed piekącym słońcem. Dojeżdżam do jakichś ogródków działkowych, a tu znak: zakaz ruchu. Ignoruję go, ale za chwilę droga i tak się kończy. Wracam do skrzyżowania przy ogródkach i muszę je niestety objechać. Daje to co prawda chwilę ulgi, bo droga wiedzie ostro w dół, jednak za chwilę trzeba znów wdrapywać się pod górę. To już rogatki miasta Waren. Docieram do skrzyżowania: w prawo czy w lewo?
- Którędy do centrum? – pytam przejeżdżającego rowerzysty.
- W lewo, pod górę – odpowiada z wyraźnym zadowoleniem w głosie, bo właśnie z tej górki zjechał. Jęczę w odpowiedzi i zaczynam znów się wspinać, ale już z wyraźną nadzieją na postój, ponieważ wystarczy tylko wjechać do centrum. Postanawiam zatrzymać się nad jeziorem, bo najpewniej tam odnajdę znów swój szlak do Kopenhagi. Dojeżdżam trochę na wyczucie i zamiast szlaku odnajduję wiec wyborczy partii SPD.

Trochę mało spokojne miejsce na wypoczynek, ale jest tu ładnie, więc PRZERWA. Szwargolą coś po niemiecku na temat tego, jaki będzie raj jeśli oni dojdą do władzy. To samo co u nas, żadnej różnicy. Mnie natomiast bardziej interesuje jezioro i przystań jachtowo-motorowa.

Samo miasteczko ma zresztą status miejscowości uzdrowiskowej i jest chętnie odwiedzane przez turystów. Widać to po samym mieście (przystanie, plaże, pięknie odnowiona starówka), jak i po zapleczu (duża ilość hoteli, restauracji i różnych atrakcji związanych głównie z jeziorem). Odpoczywam tu dobrą godzinę, aż wiec partyjny się zwija, więc ja też. W międzyczasie na mapie odnajduję miejsce dobre na nocleg: miejscowość Jabel, czternaście kilometrów stąd. Umiejscowiony na mapie namiocik wskazuje na kemping zlokalizowany również nad jeziorem. „Może być fajnie” - myślę i pakuję obolałą dupę na siodełko. Muszę jakoś przeżyć te ostatnie kilkanaście kilometrów. Zaskakujące, jak to zmienia się myślenie. Kilkanaście kilometrów zawsze znaczyło dla mnie tyle co nic. Gdybym miał jechać na wycieczkę o takim dystansie, nawet nie opłacałoby mi się wyciągać roweru. Teraz te kilkanaście kilometrów to dystans ogromny. Ale bez problemu odnajduję szlak (właściwie to on sam się odnajduje nie wiadomo skąd) i wyjeżdżam z miasta. Na wyjeździe czeka mnie niespodzianka: objazd (na ścieżce rowerowej!). Nie wiem czy długi i nie wiem z jakiego powodu, ale staram się o tym nie myśleć. Kieruję się zgodnie z oznaczeniami i na szczęście okazuje się, że nie było to jakieś straszne okrążenie. Przejeżdżam ścieżką przez las i szlak znowu łączy się z szosą. Do Jabel nie ma już żadnych niespodzianek. Końcowy etap to okrążenie jeziora – szczególnie wkurzające w sytuacji, gdy okropnie boli mnie tyłek, po przeciwnej stronie widać miejscowość będącą celem dzisiejszej jazdy, a ja muszę zapierdzielać naokoło, bo przecież nie przepłynę przez jezioro z rowerem na plecach. Do wioski docieram dwadzieścia po piątej. Staję przy sklepie, żeby zakupić żywność na kolację i śniadanie oraz niezbędną wodę. Kemping jest półtora kilometra za wsią. Dojeżdżam tam tuż przed osiemnastą. Załatwiam formalności w recepcji i wybieram fantastyczne miejsce na rozbicie namiotu, tuż przy plaży.

Z racji, że jest dość wcześnie, korzystam z prysznica bez kolejki. Potem z ogromnym apetytem jem kolację, odmawiam modlitwy wieczorne ze szczególnym podziękowaniem Bogu za to, że jeszcze żyję i mój tyłek również (choć daje o sobie znać przy każdym ruchu), i odpoczywam patrząc na spokojne lustro jeziora, zastanawiając się, co będzie jutro. Czy będę w stanie jechać? Gdzie dotrę? I jaka będzie pogoda? W istocie, zbierają się chmury, co zakrawa na burzę. Ale póki co idę spać. Dobranoc Państwu.

piątek, 9 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 1)

Jakiś czas temu napaliłem się na samotną wyprawę rowerową gdzieś za granicę. Pomysł był prosty: rower, sakwy na bagażnik, w sakwach namiot, śpiwór i inne potrzebne rzeczy, ustalenie trasy i w drogę. Początkowo zamierzałem udać się do Pragi z uwagi na prostotę drogi (ścieżka rowerowa Oder-Neisse wzdłuż granicy polsko-niemieckiej aż do samych Czech), ale potem stwierdziłem, że to nic fascynującego. W Niemczech bywam regularnie, do Czech też już parę razy zawitałem. Oczywiście nie rowerem, ale chciałem połączyć jazdę dwoma kółkami z odkrywaniem nowych terenów, a jeszcze bardziej nieznanych państw. Padło więc na Danię. Cel oczywisty: Kopenhaga. Po kilku długich tygodniach gromadzenia niezbędnego ekwipunku wyruszyłem.


Dzień pierwszy

wtorek, 23 sierpnia 2011

SZCZECIN – Lubieszyn – Pasewalk – Strasburg (UM) - Neubrandenburg – GATCHECK
112 km



Route 1,305,696 - powered by www.bikemap.net

Miałem szczytny zamiar wyruszenia RANO. Czyli maksymalnie około godziny dziewiątej. Nie spodziewałem się jednak, że pakowanie manatków do sakw może być takie trudne. Jako człowiek nie mający kompletnie doświadczenia w wyprawach tego rodzaju, musiałem wszystko dokładnie przemyśleć i poukładać. Żeby najpotrzebniejsze rzeczy były na wierzchu, a mniej potrzebne pod spodem, natomiast pieniądze, dokumenty i zestaw naprawczy pod ręką. Kiedy już myślałem, że wszystko jest na swoim miejscu, nagle przypominał mi się jakiś niezbędny przedmiot, który akurat powinien być umieszczony na spodzie. Trzeba więc było wszystko wyjąć i poukładać jeszcze raz. Dodatkowym problemem okazał się fakt (którego wcześniej nie uwzględniłem), że lewa i prawa sakwa muszą być przecież mniej więcej jednakowo wyważone, co by nie było niekontrolowanego przechyłu na którąś burtę. Trzeba więc było wszystko wyjąć... W każdym razie zajęło mi to o wiele więcej czasu niż się spodziewałem. Ale przed jedenastą byłem gotowy do jazdy. Rower zapakowany, licznik założony i podłączony do ładowarki na dynamo, ja odpowiednio ubrany i przygotowany. Jeszcze tylko gorączkowe przypominanie sobie, czego jeszcze nie mam, a mieć powinienem, i w drogę. Na dzisiejszym odcinku ma mnie prowadzić własna orientacja i częściowo mapy wydrukowane z Google. Przy czym bardziej liczę na to pierwsze, bo mapy są tak wyraźne, że ledwo można przeczytać nazwę miejscowości. Jeszcze tylko zdjęcie przed wyruszeniem i...

odjazd licznik zarejestrował o dziesiątej pięćdziesiąt osiem. Pogoda w sam raz: nie za gorąco, nie za słonecznie, deszczu na razie nie ma. Start nieco niepewny – pierwszy raz jadę z sakwami. Wyczuwa się duży ciężar i ograniczoną sterowność. Jadę powoli, oszczędzając siły na czekające mnie dzisiaj ponad sto kilometrów. Ciężar sakw daje się we znaki zwłaszcza na pierwszym podjeździe na Piotra Skargi. Górkę pokonuję w tempie szybkiego żółwia, a na szczycie już jestem cały mokry. Mimo to do granicy idzie mi jak z płatka. Pierwszy postój na stacji paliw w Lubieszynie – bo przecież zapomniałem przed włożeniem sakw dopompować koło. Przy dodatkowym niebanalnym obciążeniu jechałem na lekkim flaku. Pompka ręczna nie wchodziła w grę, bo trzeba by było zdejmować sakwy, więc kompresor stanowił jedyne rozwiązanie. Przy okazji trochę napoju, kilka ważnych telefonów przed opuszczeniem kraju i Willkommen in Deutschland. Niemcy witają mnie wykonaną w tym roku ścieżką rowerową i... deszczem. Już mam wyciągać pelerynę, a tu opady się skończyły. Faktycznie, trochę chmur się nazbierało, ale może uda się uniknąć pompy. Nie byłoby to szczególnie zachęcające pierwszego dnia. Szczególną uwagę zwracają porozwieszane przy drodze co kilkadziesiąt metrów plakaty wyborcze partii NPD. Hasła wyraźnie antypolskie: „Chronić miejsca pracy – zamknąć granice!”, „Zatrzymać atomową śmierć z Polski!”, „Polska otwarta? Pracę i samochód diabli wzięli!”. Przyznam szczerze, że ciarki przechodziły po plecach. Zacząłem rozmyślać na temat zamykającego się koła historii, nienawiści, ksenofobii i innych mało przyjemnych sprawach, aż się zmęczyłem – nie tylko tym myśleniem, ale też i ukształtowaniem terenu. Miało być płasko jak stół, a jest: góra-dół. W Loecknitz krótki postój na zebranie sił


i dalej do Pasewalku. Tu trochę gorzej: trzeba jechać drogą, a ruch niestety spory. Z niepokojem obserwuję chmury, które robią się coraz ciemniejsze, choć na szczęście jeszcze niezbyt duże. Do Pasewalku docieram po czternastej – najwyższa pora na obiad. „Obiad” to może zbyt szumna nazwa dla tego co spożywam, ale zawsze jakiś posiłek – no i kaloryczny przecież, a to jest najważniejsze. Ruszam dalej – teraz wkraczam już na tereny nieznane. Tą drogą nigdy nie jechałem. O ścieżce rowerowej nie ma co marzyć, jadę z samochodami, TIRami, traktorami, tu i ówdzie się trafi jakiś kombajn, jednym słowem – pełna mechanizacja. Ze względu na ruch uznaję ten odcinek za bardzo nieprzyjemny. Poza tym wyszło słońce, a o tej porze nie jest to zbyt miłe dla rowerzysty. Po szesnastej docieram do miasteczka Strasburg. Nie jest to rzecz jasna francuski Strasbourg słynący z siedziby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ale mała miejscowość wielkości naszych Międzyzdrojów. W średniowieczu mieściły się tu znane manufaktury garncarskie, dziś już śladu po tym nie ma. Pozostał dość ładny rynek.

Godzinę później jestem w mieście o nazwie Woldegk. Zielonego pojęcia nie mam, jak to się wymawia. Nawet zamierzałem się kogoś spytać, ale szkoda na to czasu. Chmury robią się coraz ciemniejsze i gęstsze, a przede mną jeszcze trochę drogi. Woldegk jest nazywany „miastem młynów”, bo jest tu trochę starych, drewnianych wiatraków, usytuowanych na wzgórzach, więc doskonale widocznych i stwarzających ciekawy klimat. Zaniepokojony chmurami przejeżdżam przez miasteczko bez zatrzymania. Chcę jak najszybciej dotrzeć na kemping. Za miastem po raz pierwszy widzę to, czego dziś absolutnie nie chciałem widzieć: od południa (po mojej lewej) widać czarną chmurę, deszcz i błyskawice. Staję na chwilę, żeby zobaczyć, w którą stronę się to przesuwa. Niestety obawy się potwierdzają: cała ta czarna, błyskająca plama, powoli acz nieubłaganie zmierza w moim kierunku. Jest jednak nadzieja, że uda mi się ją wyprzedzić, wtedy minie mnie lekko z tyłu. Zatem nie ma czasu do stracenia. Wsiadam na rower i ku własnemu zdumieniu zaczynam rozwijać prędkości, których dziś jeszcze nie zaznałem. Z pewnością to efekt adrenaliny, ale może również tego, że powietrze zrobiło się trochę chłodniejsze i przyjemniejsze. Przejeżdżam właśnie przez jakąś wieś, gdy nagle... kap......kap....kap..kap.kapkapkapkapKAPKAPKAPKAP... Szczęście jest takie, że akurat mijam przystanek autobusowy. Postanawiam się schować, a przy okazji zrobić przerwę, dać odpocząć zmasakrowanej dupie i wyciągnąć pelerynę. Deszcz tymczasem już ostro zacina. Znów chwila na analizę nieba i optymistyczny wniosek, że może nie będzie tragedii. To, co znajduje się nade mną, jest zaledwie krańcem wielkiej chmury burzowej, która przesuwa się z południa na północ od strony wschodniej, a więc już za mną. I faktycznie, pięć minut później deszcz ustaje. Dziękując Bogu za cudowne ocalenie wsiadam na rower i lecę dalej w kierunku Neubrandenburga. Kolejnym problemem, z którym przyjdzie mi się zmierzyć, jest to, czy zdążę dojechać do miasta przed zamknięciem sklepów, żeby kupić coś na kolację. Okazuje się, że zdążam. Do Neubrandenburga wjeżdżam około godziny dziewiętnastej licząc na to, że znajdę jakiś sklep czynny do dwudziestej. Raczej nie powinno być z tym problemu, bo to dość duże miasto – wielkością przypomina nasz Stargard. Miałem już kilkukrotnie okazję być tutaj, tylko i wyłącznie ze względu na duży sklep z instrumentami muzycznymi. Kupiłem w nim dwie gitary, z których jestem zadowolony, a więc można powiedzieć, że miasto dobrze mi się kojarzy. Ów sklep muzyczny nomen omen nosi nazwę MUSIK-TOWN, dlatego skojarzenie Neubrandenburga z miastem muzyki samo mi się nasuwa. Bo miasto samo w sobie niestety pozytywnych skojarzeń nie budzi. Wjeżdżając od wschodu ma się nieodparte wrażenie, jakby NRD jeszcze istniała, a socjalizm nie upadł. Stare blokowiska, asfalt i chodniki chyba jeszcze z lat siedemdziesiątych, ogólnie nic ładnego. Zdecydowanie piękniejsza część miasta to ścisłe centrum ukryte za średniowiecznym murem obronnym (zachował się praktycznie w całości). Dziś niestety przyjdzie mi tę starówkę objechać dookoła – już późno. Szybki wpad do Netto po zakupy na kolację i śniadanie, krótki odpoczynek (dupa już zdecydowanie protestuje) i w drogę. Pozostało mi szacunkowo około dziesięciu kilometrów, a rozpoczyna się wyścig ze zmierzchem. Kemping, na którym mam nocować, znajduje się gdzieś w lesie nad jeziorem Tolensesee i nie chciałbym raczej go szukać po omacku. Po starcie z Netto przy Gebrüder-Boll-Straße na pierwszym skrzyżowaniu mylę drogę (już chyba ze zmęczenia), co owocuje stratą prawie dziesięciu minut. Po drodze jeszcze szybka fotka ładniejszej części miasta

i wreszcie z niego wyjeżdżam. Rozpoczyna się walka z czasem i z komarami. Minąłem bardzo zachęcający drogowskaz rowerowy nad jezioro, ale boję się korzystać ze skrótów, bo jezioro jest duże i wcale nie jest powiedziane, że szlak zaprowadzi mnie właśnie tam, gdzie chcę. Jadę drogą. Ściemnia się szybko. Gdy wreszcie wjeżdżam w las, właściwie jest już ciemno. Na szczęście był drogowskaz na mój kemping, więc o drogę jestem spokojny. Teraz dość stromo w dół (już niestety rodzi się mało optymistyczne przypuszczenie, że jutro rano będę musiał taką samą stromiznę pokonać w drugą stronę) i jestem nad jeziorem. Jeszcze tylko kilka kilometrów wzdłuż wody i punktualnie o dwudziestej czterdzieści pięć melduję się na bramce kempingu.
- Dobry wieczór – wysapuję po niemiecku zziajany.
- Dobry wieczór – odpowiada starszy pan zza pulpitu.
- Poproszę jedną noc dla rowerzysty z namiotem.
- Życzy pan sobie prysznic?
- Jasne, koniecznie – odpowiadam, przez grzeczność nie komentując poziomu tego pytania.
- Ma pan jakiś dokument tożsamości?
- Mam – mówię, w tym momencie przypominając sobie, że jest na samym dnie saszetki na kierownicy, obecnie przygnieciony kolacją i śniadaniem. – Jedną chwilę.
Po wygrzebaniu dowodu osobistego, załatwieniu formalności meldunkowych i pozbyciu się dziesięciu euro, recepcjonista wsiada na rower i jadąc przede mną prowadzi mnie do miejsca biwakowania, po czym życzy dobrej nocy i się oddala. Zsiadając z roweru prawie krzyknąłem z zachwytu. Miejsce cudowne: nad samym jeziorem, na którego przeciwległym brzegu pobłyskują dyskretnie światła Neubrandenburga. Spokój i cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i dość głośnym szumem fal – istotnie zaczął wiać dość silny wiatr. „Tego mi było trzeba” – myślę zachwycony natychmiast sięgając po aparat.


W momencie cyknięcia spustu słyszę po niemiecku:
- Cześć. Ładnie tu, prawda?
Był to Niemiec, facet mniej więcej w moim wieku, z którym pogawędziłem sobie chwilę. Zachwycony tak jak ja krajobrazem powraca tu co chwila, to z dziewczyną, to ze znajomymi. Był w szoku, że przyjechałem na rowerze ze Szczecina i zaproponował pomoc w rozstawieniu namiotu. Podziękowałem za propozycję, ale chciałem to zrobić sam. Poszło mi szybko, choć właściwie robiłem to po omacku. Latarni żadnej tam nie było. Potem tylko prysznic, kolacja, modlitwy wieczorne i zasnąłem jak małe dziecko ukołysany szumem fal jeziora Tollensesee.