sobota, 31 grudnia 2011

Hepi niu jier tu tałzend en tłelf!

Miałem już spać, ale ponieważ jeszcze nie śpię, napiszę kilka słów. Koniec roku to nieuchronny czas podsumowania, przynajmniej dla kogoś, kto chce w jakikolwiek sposób się rozwijać - co jakiś okres trzeba dokonywać bilansu i korekty kierunku, w którym się zmierza. Dla mnie ten rok był nieco dziwny. Większość czasu spędziłem na żmudnym zmaganiu się z problemami zdrowotnymi, ale za to przynajmniej efekt jest już w miarę zadowalający. Zmiany parafii nie umiem jeszcze zbilansować, czas pokaże. Do najbardziej udanych spraw tego roku zaliczam niewątpliwie wakacje, zwłaszcza wyprawę do Danii opisaną przeze mnie w blogu rowerowym, która - taką mam nadzieję - stanie się zaczątkiem kolejnych wakacyjnych wojaży na dwóch kółkach. Udało mi się też znaleźć kotu lepszy dom, niż potrafiłem mu zapewnić, a do tego został w rodzinie. Poznałem też wielu wspaniałych ludzi, zwłaszcza z Kościoła Domowego, podczas rekolekcji, które prowadziłem. Finansowo natomiast kończę rok na sporym minusie przez utratę samochodu podczas zdarzenia, które już wcześniej dość szczegółowo opisałem. Stwierdzam to jednak bez żalu, bo od dawna już twierdzę, że pieniądze nie są najważniejsze. O wiele ważniejszy jest bilans duchowy, który jednak pozostawię dla siebie.
Za oknem już fajerwerki (chyba się komuś godziny pomyliły), więc czas kończyć i rok, i ten wpis. Pan Bóg co prawda istnieje ponad czasem, ale my niestety jesteśmy w ten czas nieuchronnie wpisani. Dlatego kolejny rok witam zawsze ze szczyptą ekscytacji, bo nigdy nie wiadomo, jaki będzie i co przyniesie.  Zawsze życzymy sobie, żeby przyniósł coś lepszego, niech więc i tym razem tak będzie. Zatem - jak mówi anglojęzyczna część świata - hepi niu jier tu tałzend en tłelf!

P.S. Stosunkowo dobrym pomysłem mijającego roku było założenie tego bloga, o czym świadczą chociażby ponad dwa tysiące odwiedzin w ciągu miesiąca jego istnienia. I za to Wam dziękuję.

czwartek, 29 grudnia 2011

Jeść jutro mięcho czy nie?

Okazuje się, że wiele osób wierzących ma dylemat, czy w piątek w oktawie Bożego Narodzenia należy zachować wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych czy też można sobie mięcho spożyć. Mało tego, okazało się, że wielu księży nie umie na to pytanie odpowiedzieć właściwie, przez co wprowadzają wiernych w błąd. Nie wynika to na pewno ze złej woli, tylko z przeoczenia pewnych faktów.
Uznałem zatem za stosowne, aby tę sprawę wyjaśnić, co - jak mniemam - pomoże to zrozumieć i przyjąć. Otóż podstawę prawną naszego piątkowego "postu" (czyli de facto wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych) stanowi kanon 1251 Kodeksu Prawa Kanonicznego, w którym czytamy:
"Wstrzemięźliwość od spożywania mięsa lub innych pokarmów, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu, należy zachowywać we wszystkie piątki całego roku, chyba że w danym dniu przypada jakaś uroczystość. Natomiast wstrzemięźliwość i post obowiązują w środę popielcową oraz w piątek Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa."
Podkreślone przeze mnie słowa wskazują wyraźnie, że uroczystość zwalnia od wstrzemięźliwości w spożywaniu mięsa. Z tego właśnie sformułowania niektórzy wyciągają wniosek, że w piątek przypadający w oktawie Bożego Narodzenia - tak jak to ma miejsce jutro - mięso można jeść. Niby prosty i konkretny argument, ale jak wiemy, nic nie jest tak proste, na jakie wygląda. Trzeba bowiem wiedzieć, że "uroczystość" w języku liturgii to nie jest każde kościelne święto. Kościół wprowadził pewien porządek dni liturgicznych według hierarchii trzystopniowej, na której szczycie znajdują się uroczystości (z Niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego na czele), drugi stopień zajmują święta i wreszcie najniżej usytuowane są wspomnienia i dni powszednie. Wszystko to opisane jest w Tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych, do której można sobie zajrzeć. Znajdźcie tam "dni w oktawie Narodzenia Pańskiego" - okazuje się, że nie należą one do uroczystości, ale są najniżej w randze ŚWIĄT. Wniosek jest oczywisty: oktawa Bożego Narodzenia nie upoważnia do jedzenia mięsa w piątek. Inaczej wygląda sprawa z Oktawą Wielkanocy, która plasuje się w czołówce uroczystości, więc na pocieszenie dla mięsożerców dodam, że 13 kwietnia będzie można spokojnie mięcho wcinać. A jutro ryby, sery i inne bajery.

środa, 28 grudnia 2011

O tym trzeba mówić głośno

Kościół w czwartym dniu oktawy Bożego Narodzenia obchodzi święto Świętych Młodzianków męczenników. Pamiętacie dzieci, które Herod kazał pozabijać po narodzeniu Jezusa w Betlejem (zob. Mt 2,16)? To właśnie one. Abstrahując od problemu historyczności tego wydarzenia, dzień wspomnienia tychże bezimiennych dzieci jest dla mnie zawsze punktem wyjścia do refleksji na temat dzieci nienarodzonych, które wciąż są na świecie zabijane. Tym razem nie będę się rozpisywał, nie będę przytaczał argumentów. Tak się złożyło, że wczoraj dostałem od Marcina link do świetnego filmu na ten temat. Ten film szczerze polecam - daje szeroki pogląd na kwestię moralną aborcji. Uważam nawet, że jeśli się jest chrześcijaninem, to ten film TRZEBA OBEJRZEĆ. I mówić o tym głośno.

czwartek, 22 grudnia 2011

Sara Tavares

Sara Tavares to piosenkarka narodowości portugalskiej, choć korzeniami tkwi w Republice Zielonego Przylądka. Tworzy i wykonuje muzykę określaną kompletnie nic nie wyjaśniającym mianem world music. Przekładając na nasze, chodzi o pewnego rodzaju muzykę etniczną, przy czym u Sary zauważalne są wyraźnie wpływy afrykańskie. Zresztą jej muzycy też pochodzą z Afryki (nie wiem czy wszyscy).
We wtorek Sara gościła w Szczecinie i zagrała koncert w Hali Opery. Zostałem tam zaproszony przez przyjaciół, więc z radością się z nimi wybrałem. Sam bym się nie zdecydował, bo nie miałem przecież pojęcia kim jest Sara Tavares i jaką muzykę śpiewa. Okazało się, że muzyka ta jest bardzo przyjemna w odbiorze. Instrumentarium stwarza wręcz idealne tło dla niesamowicie ciepłego głosu artystki. Muzyka jest raczej oszczędna w wyrazie: dwie gitary (na jednej z nich gra Sara), bas, perkusja i przeszkadzajki nie silą się na pokazywanie umiejętności czy oryginalnych upiększeń, ale raczej skupiają się na stworzeniu niepowtarzalnego klimatu, na przywołaniu smaków Afryki. Program wtorkowego koncertu miał układ przypominający crescendo. Zaczął się bardzo spokojnymi, klimatycznymi utworami, po czym napięcie i dynamika stopniowo narastały aż do zwieńczenia muzyką bardzo radosną, wręcz taneczną. Wysłuchałem tego z wielkim zainteresowaniem, choć przeszkadzało mi jedno: za cholerę nie mogłem zrozumieć o czym ona śpiewa. Sara zdawała sobie chyba z tego sprawę, ponieważ między utworami po angielsku opowiadała treść piosenki, czasem nawet wyjaśniając znaczenie słów szczególnie intensywnie pojawiających się w tekście, ale to nie to samo, co rozumieć sam tekst. Ja w takich sytuacjach czuję się, jakbym odbierał tylko połowę wrażeń. Coś jak człowiek niewidomy albo niesłyszący albo ktoś, kto stracił kubki smakowe. Czegoś brakuje. Zawsze traktuję piosenkę jako artystyczną całość - autor po to pisze tekst, żeby coś przekazać. Muzyka natomiast jest wzmocnieniem i upiększeniem tego przekazu. Nie potrafiąc zrozumieć tekstu, gubi się przekaz.
Niezależnie od tego, koncert uważam za udany i bardzo piękny.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Podwyżka cen biletów

Radni mojego miasta zatwierdzili dziś nowe ceny biletów komunikacji miejskiej. Najwięcej kontrowersji budzi w tej sprawie zmiana rodzaju taryfy: bilety dwudziestominutowe zostaną zniesione, a w zamian pojawią się piętnastominutowe i półgodzinne. Radni argumentują, że to wyjście naprzeciw pasażerom, natomiast inni (w tym dziennikarze) twierdzą, że jest to zakamuflowana forma podwyżki cen. Jakby nie było, podwyżka jest faktem i faktem musi być, bo wszystko drożeje. Według danych, które udało mi się odnaleźć, od ostatniej zmiany taryfy biletowej (2007/2008) koszty energii elektrycznej wzrosły o 56%, a ceny paliw o dwie trzecie. Na tym tle podwyżka cen biletów o ok. 17% nie wydaje się krzywdząca. Szczególnie jak się weźmie pod uwagę to, że nadal wpływy z biletów pokrywają niecałą połowę kosztów funkcjonowania komunikacji miejskiej. Resztę dopłaca miasto, czyli de facto podatnicy. Ale tu według mnie pojawia się zgrzyt. Przecież nie każdy podatnik jest jednocześnie pasażerem komunikacji miejskiej. Dlaczego np. ja - jako podatnik - mam opłacać komunikację miejską, z której nie korzystam? Jest to niesprawiedliwe, ponieważ mnie do paliwa nikt nie dopłaca. W podobnej sytuacji jest wielu innych mieszkańców miasta, którzy poruszają się własnym środkiem transportu, płacąc za paliwo, ubezpieczenie i bilety parkingowe. Oni też sponsorują (z własnych podatków) jakąś część kosztów przejazdu pasażera komunikacji miejskiej. Ktoś może powiedzieć: no to niech sami też się przesiądą do autobusów i tramwajów, a samochód zostawią w garażu. Owszem, dziś sam nawet poruszałem się publicznymi środkami lokomocji, bo samochód (nie mój zresztą) mi się zepsuł (mam jakiegoś pecha czy co?). Ale na co dzień jest to po prostu niemożliwe. Z chęcią korzystałbym z komunikacji miejskiej, gdyby gwarantowała przynajmniej zbliżony czas przejazdu do samochodu. Realia są niestety koszmarne: np. przejazd autem na prawobrzeże zajmuje mi w sprzyjających warunkach około dwudziestu minut. Podróż najszybszą konfiguracją autobusową to strata ponad pięćdziesięciu minut. Po przemnożeniu razy dwa (bo przecież trzeba jeszcze wrócić) łącznie traciłbym co najmniej godzinę z życiorysu, jeśli chciałbym zrezygnować z samochodu. To tylko przykład. Do nikogo nie mogę mieć pretensji, bo to mój wybór - sam płacę za paliwo drożej niż bym zapłacił za bilety, ale za to zyskuję na czasie. Pytam się jednak: dlaczego mam płacić jeszcze za kogoś, kto podróżuje autobusem? Skoro on nie ma samochodu, powinien płacić tyle za bilet, żeby komunikacja miejska się z tego utrzymała. Niby proste, tylko co by wtedy było? Najtańszy bilet kosztowałby pewnie co najmniej cztery złote, więc ludzie pokupowaliby sobie auta, bo to by się lepiej opłacało. Emeryci zaczęliby chodzić na piechotę, bo nie byłoby ich stać na luksus podróży transportem zbiorowym i w efekcie liczba pasażerów drastycznie by spadła, co z kolei spowodowałoby, że do komunikacji miejskiej znów trzeba by zacząć dopłacać z podatków. Jak widać zagadnienie tzw. "sprawiedliwości społecznej" jest cholernie trudne.

niedziela, 18 grudnia 2011

Domowy Kościół

Miałem dziś spotkanie kręgu Kościoła Domowego, więc cosik o tym napiszę. Kościół Domowy to wspólnota założona przez Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, wywodząca się z ruchów oazowych. Gromadzi ona małżeństwa, które pragną rozwijać i pielęgnować swoją wiarę. Formacja polega na spotkaniach w tzw. kręgu (jest to wspólnota kilku małżeństw najczęściej z jednej parafii) raz w miesiącu. Ale faktyczną podstawą formacji są rekolekcje Oazy Rodzin, na które każde małżeństwo powinno pojechać przynajmniej raz w roku. Przeżywa się tam 15 dni intensywnego programu duchowego: modlitwa, konferencje i nabożeństwa. Jest też oczywiście czas dla rodziny (małżeństwa przyjeżdżają z dziećmi), wspólna zabawa i okazja do zawarcia nowych, czasem bardzo bliskich znajomości.
Na moje pierwsze rekolekcje Oazy Rodzin pojechałem jako praktykant przed piątym rokiem seminarium. Odbywały się one w Mrzeżynie w środku sezonu wakacyjnego, a ja jechałem tam swoim czerwonym maluchem pełen obaw, co mnie tam czeka. Nie miałem naturalnie zielonego pojęcia, co to jest Kościół Domowy, czy nie będą to jacyś "fanatycy", czy nie każą mi uczestniczyć w jakichś niezrozumiałych obrzędach dla poranionych ludzi o niezdrowej pobożności itd. Po pierwszym dniu wszelkie obawy odeszły w dal, a ja byłem na wskroś oczarowany. Na początku samą świadomością faktu, że ci ludzie poświęcili prawie cały swój urlop, żeby przyjechać na rekolekcje np. z czwórką dzieci, od rana do wieczora mieć zajęcia (z przerwą popołudniową), mieszkać w bardzo skromnych warunkach, do tego sprzątać (ustalone dyżury), i jeszcze za to zapłacili. Potem, w miarę poznawania tych rodzin, zachwycały mnie ich wzajemne relacje, odniesienie do dzieci, no i osobiste dążenie do prawdy, rozwoju duchowego, pragnienie głębszej miłości do Boga i do siebie nawzajem. Dla mnie to jest wielkie. Wbrew pozorom ci ludzie nie noszą w sobie przeświadczenia o własnej świętości - wręcz przeciwnie: mają pełną świadomość grzeszności, ale mimo to wciąż próbują się rozwijać duchowo. A jakie mają dzieci! Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem kilkuletnie dziecko, które żyje jak prawdziwy chrześcijanin. Które samo mobilizuje rodziców do wspólnej modlitwy, a wiedzą religijną przewyższa większość gimnazjalistów. Z tych pierwszych rekolekcji wyjeżdżałem z pełnym przekonaniem, że to jest przyszłość Kościoła i że na rekolekcje Oazy Rodzin będę co roku przyjeżdżał. I tak się rzeczywiście stało. W każde wakacje prowadzę jeden turnus rekolekcji dla Kościoła Domowego i wciąż jestem pełen podziwu dla tych rodzin. Teraz dzięki Bogu mam okazję duszpasterzować także w kręgu rodzin w ciągu roku. Odbieram to jako szczególną łaskę - być wśród tych, którzy chcą być bliżej Boga, bez względu na ogrom codziennych trudów i obowiązków.

piątek, 16 grudnia 2011

Życzenia przy opłatku

Tydzień do Wigilii Bożego Narodzenia. Rozpoczęły się różnego rodzaju spotkania opłatkowe. Z jednej strony są one bardzo sympatyczne - jest to okazja do spotkania się w określonej wspólnocie, wspólnego śpiewania kolęd, pałaszowania smakołyków, a przede wszystkim rozmowy i głębszego poznania się nawzajem. Z drugiej jednak strony przy takich okazjach przeżywam zawsze stres nierozerwalnie związany z jedną chwilą: dzieleniem się opłatkiem. Sam gest oczywiście stresogenny nie jest, ale przecież trzeba jeszcze coś powiedzieć. No i najlepiej coś oryginalnego, wesołego, a do tego koniecznie trafiającego w potrzeby osoby, do której się te słowa kieruje. Tradycyjne życzenia "wszystkiego najlepszego" pomimo że treściowo jak najbardziej słuszne i zgodne z moją intencją (nigdy nikomu nie życzę niczego złego), wydają się zdawkowe i banalne. Niedobrze. Bo jak tu wymyślić coś oryginalnego? Tym bardziej, że ja wcale nie chcę być oryginalny. Jedyne czego chcę życzyć każdemu to wszelkiego dobra i świętości. Nic poza tym. Oczywiście można wdawać się w szczegóły, ale pod warunkiem, że się daną osobę dobrze zna. Dlatego w ostatnich latach seminarium bardzo lubiłem spotkania opłatkowe we wspólnocie kleryków. Wykorzystywałem ten tradycyjny gest łamania się chlebem, żeby powiedzieć wielu osobom to, na co na co dzień nie było czasu czy okazji. Że np. bardzo kogoś cenię i podziwiam, że ktoś jest dla mnie wzorem w jakimś aspekcie, że cieszę się ze znajomości lub przyjaźni z kimś, że dziękuję za coś, co ktoś mi dał i - najtrudniejsze ale i najważniejsze - że przepraszam za to, za co powinienem przeprosić. Moim zdaniem takie słowa są ważniejsze niż jakieś: "wszystkiego najlepszego, błogosławieństwa Bożego, tego i śmego". Ale to można powiedzieć komuś, kogo znamy trochę bardziej niż tylko przez "cześć". Myślę, że rodzina (ta, z którą się żyje pod jednym dachem) jest właśnie wspólnotą, w której na pewno warto zdobyć się na więcej niż tylko życzenia. Przecież jest tyle rzeczy, których na co dzień sobie nie mówimy, a które są ważne. W ten sposób można sprawić, że dla kogoś te święta będą naprawdę wyjątkowe.

środa, 14 grudnia 2011

Humanitarne traktowanie karpia?

Słuchałem dziś audycji w Polskim Radiu Szczecin na temat sprzedaży świątecznych karpi w sklepach. Punktem wyjścia był opis sytuacji (podobno częstej), w której karp zostaje sprzedany żywy, zawinięty w folię. Słuchacze dzwoniący do studia podzielali zdanie redaktora, który oburzał się na tak złe traktowanie żywego przecież zwierzęcia. Rozgorzała dyskusja, w jaki sposób zabić karpia, żeby najmniej cierpiał. Okazuje się, że istnieją najrozmaitsze sposoby poza powszechnie znanym i stosowanym gilotynowaniem za pomocą tasaka. Na przykład wędkarz stosuje pałkę dostępną w sklepie wędkarskim. Koleżanka kolegi studiującego akupunkturę twierdzi, że należy wykonać karpiowi nacięcie na czubku głowy o głębokości siedmiu milimetrów, gdyż tam jest móżdżek (??) i ryba natychmiast umiera po takiej operacji. Z kolei fanka śp. Macieja Kuronia zdradziła tajemnicę zmarłego kucharza, który ponoć wpychał karpiowi do pyszczka watę nasączoną spirytusem, co miało powodować natychmiastowy i bezbolesny paraliż układu nerwowego. Zadzwonił też karp, ale nic nie powiedział i szybko się rozłączył. No właśnie: bo czy ktoś wie, co czuje karp i jakiej śmierci by sobie życzył? 
Moim zdaniem jest wiele przesady w tego typu audycjach. Redaktor wielokrotnie powtarzał sformułowanie: "humanitarne traktowanie karpia". Wydaje mi się, że jest to błąd. Nie jestem językoznawcą, ale z tego co mi wiadomo słowo "humanitarny" pochodzi od łacińskiego humanitas (człowieczeństwo) i oznacza szanowanie godności człowieka. Nie wiem, czy stosowanie tego przymiotnika w odniesieniu do ryb ma jakiś sens. Oczywiście też jestem przeciwnikiem znęcania się nad zwierzętami, ale nie popadajmy w skrajności. Rybę trzeba zabić, żeby ją zjeść (podobnie jak inne zwierzęta) i należy to zrobić możliwie szybko i skutecznie. Natomiast nie wydaje mi się, żeby sposób miał wielkie znaczenie. Jedna pani z oburzeniem komentowała scenę, której była świadkiem w Carrefourze. Na stoisku z rybami sprzedawca wyławiał karpia ze zbiornika, po czym zabijał go tasakiem na miejscu i sprzedawał martwego bez głowy. Pani stwierdziła, że to nie do pomyślenia, bo przecież widziały to dzieci. Ja jako dziecko wielokrotnie miałem okazję obserwować na wsi mojego śp. dziadka jak tasakiem zabijał kurę. Kura przez chwilę jeszcze biegała w kółko bez głowy. Jakkolwiek byłem wrażliwym dzieckiem, nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Wiedziałem, że to konieczne - jedliśmy potem pyszny rosół i mięso drobiowe, a piórami babcia wypychała poduszki. Mama też co roku zabija karpia pływającego wcześniej w wannie - zawija go w gazetę, a potem pierdut młotkiem w łeb. Cała akcja trwa może pół minuty. Nikt się nie zastanawia, czy to karpia boli czy nie boli, bo ktoś i tak go musi zabić. Traktowanie zwierząt jak ludzi jest nieporozumieniem. Dzięki temu rośnie nam pokolenie, które jest wrażliwe na cierpienie konia, psa czy kota, bo akurat ktoś go kopnął, a nie dostrzega cierpienia drugiego człowieka. Zwierzęta mają służyć człowiekowi. Zresztą zgodnie z tym, co powiedział Bóg: Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko (Rdz 9,2-3). I uważam, że nie ma potrzeby przeinaczać Bożego porządku.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Błędy rekolekcjonistów

W mojej parafii (jak też w wielu innych) trwają rekolekcje adwentowe, więc temat sam się narzuca. Przeżyłem już w swoim życiu wiele rekolekcji o różnych długościach, różnym "profilu" (chodzi mi o grupę odbiorców) no i - rzecz jasna - głoszonych przez różnych ojców. Nie chcę ich oceniać ani nawet opisywać, ale ponieważ większość rekolekcji przeżyłem jako normalny uczestnik, który ma ambicję żeby coś z tego wynieść i zastosować w życiu, mogę pokusić się o zasygnalizowanie trzech najczęstszych błędów, jakie popełniają głoszący rekolekcje duchowni, z punktu widzenia uczestnika. Zaznaczam to wyraźnie, bo zaraz mi zarzucą, że "ledwo go wyświęcili, a już się wymądrza".
Najczęstszą chyba słabością rekolekcjonistów jest - moim zdaniem - gadulstwo. Ma ono różne przyczyny. Czasem wiedza i doświadczenie kapłana są tak bogate, że chce on przekazać zbyt wiele treści, bo wszystkie wydają mu się niezwykle istotne dla tych właśnie rekolekcji. W takim przypadku gadulstwo przeszkadza chyba najmniej, bo jest faktycznie rekompensowane ilością i jakością treści. Innym razem jest to po prostu wynik choroby kapłańskiej pt. "trzeba jakoś zapełnić te x minut" (w miejsce x niestety potrafią być wstawione wartości kuriozalne). Treść jest wtedy mniej istotna, ważne żeby rekolekcje się odbyły. Uczestnicy wtedy przy dużej dozie dobrej woli mogą przeżyć rekolekcje w duchu umartwienia i pokuty. Rozmawiałem z księżmi, którzy mają jakieś dziwne zasady, że nauka rekolekcyjna musi trwać minimum pół godziny. Nie tłumaczą dlaczego. Tak już jest i koniec. Natomiast ja przyjąłem w kapłaństwie zasadę "im krócej tym lepiej", oczywiście bez przesady. Bo nawet gdy zostanie niedosyt treści to jest lepiej, ponieważ człowiek, któremu na tej treści zależy, przemyśli ją sobie sam i przetrawi. Zmusi go to do jakiejś refleksji czy modlitwy, a o to też chodzi w rekolekcjach. To, że się długo mówi, nie oznacza wcale, że się więcej powie.
Drugą wadą - w wielu przypadkach niepokonywalną niestety - jest forma przekazu. Kiedyś myślałem, że w tych czasach jest to już niemożliwe, a jednak spotkałem się ostatnio kilkukrotnie z "rekolekcjami czytanymi". Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko obecności notatek na ambonie, wręcz przeciwnie, w większości przypadków świadczy to o solidnym przygotowaniu, ale czytanie notatek słowo w słowo tonem lektora zapowiadającego przystanki w pojazdach komunikacji miejskiej uważam za nieporozumienie. Rozumiem, że nie każdy kapłan ma dar mocnego głoszenia słowa, natomiast gdy takiego daru nie ma, nie zaprasza się go na rekolekcje.
Trzecia sprawa to niedostosowanie języka do odbiorcy. Jest to najczęściej kolejna choroba kapłańska, którą nazywam "teologizacją codzienności". Język teologiczny, który każdy ksiądz dogłębnie poznał na studiach i którym nazywa wszystkie elementy swojej działalności, jest kompletnie niezrozumiały dla przeciętnego człowieka. Powiem więcej - jest męczący. Używając w co drugim zdaniu sformułowań branżowych, takich jak "misterium odkupienia", "ekonomia zbawienia", "komunia Osób w Trójcy" itp. równie dobrze można by do niektórych głosić rekolekcje po chińsku. Człowiek siedzi w ławce, patrzy tępo przed siebie i zastanawia się co autor miał na myśli. Odmianą tego samego problemu jest mówienie np. do młodzieży gimnazjalnej językiem dla dorosłych. Z podobnym skutkiem można po ludzku tłumaczyć kotu zasady korzystania z kuwety.
Błędy, o których wspomniałem, wydają się oczywiste. Dlaczego więc rekolekcjoniści je popełniają (czasem nawet wszystkie naraz)? Odpowiedź jest prosta, ale trzeba zobaczyć sprawę "od kuchni". Najczęściej winni są proboszczowie, bo to do nich należy zaproszenie rekolekcjonisty. Czasem proboszcz ma zasadę: "księża z zakonu x są dobrzy". I zaprasza tylko rekolekcjonistów ze zgromadzenia x, wszystko jedno kogo. A dajmy na to w zgromadzeniu x wszyscy najlepsi głosiciele słowa są już zarezerwowani, więc temu proboszczowi wysyła się kogoś, kto jest przeciętny. Innym razem proboszcz obudzi się tuż przed Adwentem czy Wielkim Postem i zaczyna dopiero kogoś szukać. Ten sam scenariusz: wszyscy najlepsi są już zaproszeni gdzie indziej. Czasem proboszcz idzie po prostu na łatwiznę i zaprasza swojego kolegę czy przyjaciela, z którym się dawno nie widział i chce pogadać, a to że kapłan ten nie ma specjalnego daru mądrego głoszenia słowa, nie ma znaczenia. Proste, prawda?
Niezależnie od tego wszystkiego, warto pamiętać o tym, że rekolekcjonista taki czy inny jest narzędziem w ręku Boga. Przez niego działa Duch Święty. Jeśli więc uczestnik rekolekcji ma otwarte serce, Bóg do niego przemówi nawet przez kiepskiego rekolekcjonistę. Poza tym każdy człowiek jest inny. Warto więc zdawać sobie sprawę z tego, że chociaż ten rekolekcjonista nie trafił do mnie, to być może trafił do kogoś innego, komu to było potrzebne.

sobota, 10 grudnia 2011

Przyczyna wypadku

Wczoraj pojechałem do mechanika-wybawiciela. Zasiadłszy przy kawie usiłowaliśmy rozważyć różne warianty dalszego rozwiązania sytuacji samochodu. A jest niewesoło i zgodnie stwierdziliśmy, że naprawiać się raczej nie opłaca. On z kolei zaproponował mi inne auto, na które mnie nie stać. Wziąłem je do przetestowania, ale jeśli chodzi o możliwość zakupu, to podchodzę raczej sceptycznie. Choć nie wykluczam. W każdym razie, gdy to auto przechodziło ostatnie szlify przed oddaniem go w moje tymczasowe władanie, ucięliśmy sobie długą pogawędkę na różne tematy. W pewnym momencie coś mnie olśniło. Poprosiłem mechanika-wybawiciela, żeby sprawdził we wraku opony na przednich kołach. Gdy wrócił, sprawa stała się jasna. Na prawym i lewym kole opony były różne. To ostatecznie wyjaśnia, dlaczego lewe koło zaczęło mi nagle "uciekać" na łuku drogi, mimo że wcale nie jechałem jak wariat, i dlaczego ostatecznie samochód wpadł w poślizg. Nawierzchnia była mokra, więc wystarczy, że te dwie opony odprowadzały wodę w różnym stopniu, a już auto nie mogło zachowywać się stabilnie. Ten wniosek oczywiście w tej chwili już nic nie zmieni, sytuacja jest jaka jest, ale dobrze jest rozstać się z poczuciem winy.

czwartek, 8 grudnia 2011

Pogrzeby i śluby

Dziś odprawiałem pogrzeb. Zmarła jedna z moich chorych. Lubię pogrzeby (choć nie bardzo lubię, gdy ktoś umiera). Liturgia pogrzebowa ma w sobie coś z delikatności i bardziej oddaje specyficzne misterium łączności między ziemią a niebem, między światem materialnym a duchowym. Czuję się tak, jakbym w pewien sposób uczestniczył w przejściu zmarłej osoby do innego, lepszego świata. Może to echo dzieciństwa: zawsze lubiłem odprowadzać rodzinę na dworzec. Liturgii pogrzebowej niezmiennie towarzyszy też milczące ale doskonale wyczuwalne porozumienie dusz w ich cierpieniu - nie da się przecież ukryć, że dla najbliższej rodziny odejście zmarłego oznacza smutek rozstania. Wszyscy uczestnicy o tym wiedzą i na swój sposób łączą się w bólu, współczują i pocieszają. Nawet jeśli niekoniecznie się modlą.
O wiele gorsze są śluby. W poprzedniej parafii kombinowałem jak mogłem, żeby nie trafiać na "Msze ślubne". Bo ślub to zazwyczaj Festiwal Obojętności Religijnej. Pomijam już sytuacje skrajne, np. taką, jaką przeżył jeden z moich kolegów-księży, który musiał w trakcie liturgii zwrócić uwagę pannie młodej, żeby wypluła gumę do żucia. Najczęściej narzeczeni są jakoś przygotowani duchowo, tym bardziej, że odbyli nauki przedślubne, gdzie uwrażliwia się na rzeczywistość sakramentalną, poza tym zazwyczaj przeżywają tę chwilę jako niezwykle ważną w życiu, więc starają się podchodzić poważnie. Gorzej z rodziną i resztą świty. Ci niestety często zachowują się, jakby weszli do obory, a nie do kościoła. Może dla niektórych pojęcie "świątyni" nie istnieje, ale kultura wymaga uszanowania sacrum. A tu śmiechy, głośne komentarze no i patrzenie na zegarek, kiedy to się wszystko skończy. Ksiądz na Mszy św. musi odpowiadać sam sobie, bo nikt nie wie, co ma odpowiedzieć. Dno. Stąd moja serdeczna prośba: jeśli ktoś z Was chce zawrzeć sakrament małżeństwa, to powiedzcie gościom niewierzącym, żeby przyszli tylko na wesele. Chyba że są kulturalni i potrafią w kościele nie robić wiochy.

środa, 7 grudnia 2011

Przychodzi samobójca do spowiedzi

W drodze powrotnej do domu uciąłem sobie pięciogodzinną pogawędkę z mechanikiem-wybawicielem. Nawiasem mówiąc aż trudno uwierzyć, że to trwało aż pięć godzin - czas minął bardzo szybko. Ta skądinąd niesamowicie sympatyczna rozmowa przypomniała mi jedno mało sympatyczne zdarzenie sprzed kilku miesięcy.
Było to w poprzedniej parafii, w której pracowałem. Zastępowałem proboszcza przebywającego na urlopie. Na drzwiach wejściowych do plebanii wywiesiłem kartkę z moim numerem telefonu, żeby dzwonić w sprawach pilnych. Zdziwilibyście się, jakie sprawy dla ludzi mogą okazać się pilne. Sam w życiu bym nie zgadł, więc już trzeciego dnia żałowałem, że ten numer tam wisi. Ale zdjąć go nie mogłem, bo przecież niektóre sprawy mogą być faktycznie pilne (i tak w istocie było). W każdym razie któregoś dnia natarczywie dzwoni facet. Dla niego sprawą pilną była spowiedź. Tłumaczę mu, że teraz nie mogę, żeby przyszedł wieczorem. On mi na to, że wieczorem nie może, i tak w kółko. W końcu ustaliliśmy termin na następny dzień koło południa. Natychmiast po rozłączeniu się, zakołatała myśl: "Zaraz, zaraz. Przecież ja nie jestem jedynym księdzem w Szczecinie, więc jeśli chciał się wyspowiadać pilnie, to mógł iść do innego kościoła". Ale termin był już umówiony, dlatego nie było sensu tego rozważać. Nazajutrz facet zjawił się o umówionej godzinie i poszliśmy do kościoła. Zasiadłem w konfesjonale i usłyszałem: "Do spowiedzi przystępuję po raz ostatni". Wprawiło mnie to w osłupienie, ale jeszcze nie wiedziałem o co chodzi. Potem wyjaśnił, że jest zdecydowany popełnić samobójstwo i chciałby pojednać się z Bogiem. Wytłumaczyłem mu, najłagodniej jak mogłem, że jest to sprzeczne samo w sobie (zamiar odebrania sobie życia i pojednanie się z Bogiem) i w takiej sytuacji rozgrzeszenia udzielić nie mogę - chyba zrozumiałe dlaczego: sakrament pokuty zakłada postanowienie zerwania z grzechem, a tu facet miał świadomy i zdecydowany zamiar popełnienia grzechu samobójstwa. Był wyraźnie zaskoczony, że rozgrzeszenia nie będzie. Myślał, że mu pobłogosławię na spokojną i szczęśliwą śmierć? Poprosiłem o uzasadnienie tej jego decyzji. Opowiadał długo i nie będę tego przytaczał (tajemnica spowiedzi). Ja z kolei próbowałem mu pokazać, że z każdej sytuacji jest wyjście. Były też chwile milczenia po obu stronach, które wykorzystywałem na modlitwę za niego. Osiągnąłem tyle, że po godzinie spowiedzi już nie był taki pewien, że odbierze sobie życie. Ja z kolei byłem pewien, że tego nie zrobi. Udzieliłem mu rozgrzeszenia, wierząc, że łaska Boża zadziała. Do końca dnia modliłem się za niego, a następnego dnia zająłem się już codziennymi obowiązkami. Kilka dni później jakiś gość czekał na mnie rano przed kościołem.
- Szczęść Boże. Pamięta mnie ksiądz?
- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Byłem u księdza u spowiedzi...
Tak, to był on. Chciał podziękować za uratowanie życia. Odpowiedziałem mu, żeby Bogu dziękował a nie mnie, bo ja byłem tylko narzędziem. (Czy ktokolwiek dziękuje młotkowi, że mu wbił gwóźdź w ścianę?) Ucieszyłem się bardzo, że Pan Bóg zadziałał w jego sercu. Co ciekawe, faceta ostatecznie przekonało jedno zdanie, które mu ponoć powiedziałem, a którego za cholerę nie pamiętałem i do dziś sobie nie przypominam. Jestem pewien, że to ewidentne działanie Ducha Świętego.
Przy okazji tej historii chcę napomknąć, że niedawno oglądałem film pt. "Sala samobójców". To polska produkcja, jeszcze świeża, tegoroczna. Znalazłem ją przez "przypadek" na YouTube, obejrzałem i przez trzy dni nie mogłem dojść do siebie. Takiego polskiego kina jeszcze nie znałem; jestem pod ogromnym wrażeniem i szczerze polecam. Film nie zawiera co prawda ani krzty wątku religijnego, ale może właśnie dzięki temu jest wymowny pod tym względem - pokazuje, jak się może skończyć życie bez Boga.
Zmierzam do konkluzji: moim zdaniem myśli samobójcze to ewidentna pokusa szatana, którą może pokonać tylko spotkanie z Bogiem. Potwierdza to również ewangeliczna historia Judasza, który z Bogiem się nie chciał spotkać. Facet, którego spowiadałem, szukał Boga, szukał Jego przebaczenia, trochę po omacku, ale wygrał. Niby takie proste, a jakie trudne.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Znów rozbiłem samochód

Nie wiem, ki diabeł mnie podkusił, żeby do Warszawy pojechać samochodem. Było to raczej wbrew zdrowemu rozsądkowi, choć miałem racjonalne argumenty: była sprawa do załatwienia w stolicy, była sprawa do załatwienia po drodze, no i dodatkowo czekało przyjemne spotkanie w Płocku. Owszem, z dwóch ostatnich rzeczy mógłbym zrezygnować, bo nie były pilne, ale nie wiem, kiedy byłaby następna szansa. Padło na to, że wybierając się autem uda mi się wszystkie pieczenie upiec na jednym ogniu. Nie udało się upiec ani jednej. Raczej ja zostałem ugotowany.
A było banalnie. Wyjechałem ze Szczecina o czwartej rano z nadzieją dotarcia do Warszawy około południa. Pogoda była brzydka do jazdy, chociaż nie jakaś ekstremalna. Po prostu dość mocno padało. Ani śladu mgły czy przymrozków. Jechałem spokojnie, bez szarżowania, bez gonitwy. Zresztą nad ranem ruch praktycznie żaden. Trochę gęściej zrobiło się przed Piłą. Nic dziwnego - to już pora dojazdów do pracy. Dobrnąłem do obwodnicy Bydgoszczy, wyprzedziłem kilka ciężarówek i innych, mniejszych samochodów, nadal jednak zachowując styl umiarkowanie spokojny. Zostało mi to po wypadku maluchem prawie sześć lat temu. Rozbiłem go na pniu akacji podczas ekstremalnych warunków pogodowych, do których maluch przystosowany absolutnie nie był - na drodze był lód, nawet autobusy stawały w poprzek, samochody osobowe albo jeździły poboczami, albo też lądowały poza nimi w rowach. Ale to było na gminnej drodze w czasie ostrej zimy i (przypomnijmy jeszcze raz) dotyczyło malucha. Dziś jechałem drogą krajową, w miarę przyzwoitym autem (bez rewelacji), a warunków pogodowych nawet przy mocnym naginaniu prawdy nie nazwałbym ekstremalnymi. Więc co się stało? Właściwie nie wiem. Nie jechałem szybko. A jednak na łuku drogi poczułem nagle, że koła tracą przyczepność. Z naprzeciwka na nieszczęście zbliżał się jakiś pojazd i z tego powodu chyba zbyt gwałtownie skorygowałem tor jazdy. W tym momencie już wiedziałem, że jest za późno. Auto  przestało reagować na ruchy kierownicą. Zamknąłem oczy i wcisnąłem hamulec. Przez myśl przemknęło mi: "Czy to już teraz, Panie?" Poczułem uderzenie, samochód odbił się od czegoś i sunął dalej bokiem jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów. Otworzyłem oczy chwilę przed całkowitym zatrzymaniem. Stop. Nic mi się nie stało. Wyskoczyłem z wozu, zobaczyłem zmasakrowany przód i pękniętą lewą oponę, co sugerowało, że nie dam rady go przepchać. A mój wrak stał w poprzek drogi tarasując całkowicie jeden pas jezdni. Inne samochody zaczęły go wymijać. Wychylił się facet z ciężarówki: 
- Nic się panu nie stało?
- Mnie nic. - odkrzyknąłem.
Pojechał. Zatrzymał się jeden młody gość, wysiadł i zaczął mi pomagać w przepychaniu. Nie daliśmy rady. Zatrzymał się drugi, w trójkę było już łatwiej. Ustawiliśmy auto na poboczu, podziękowałem kolegom i pobiegłem ustawić trójkąt. Potem usiadłem we wraku wpadłszy w chwilową depresję, rozmyślając co mam dalej począć. Pomógł jeden telefon do mechanika-wybawiciela. Już nie jeden raz ratował mnie z "opresji na czterech kołach". Chwilę później już siedział w lawecie, mknąc na ratunek, a ja poszedłem przejść się po okolicy i złapać dystans do tego wszystkiego, co się stało. Pretensji do nikogo mieć nie mogłem, obwinianie siebie też niespecjalnie pomoże. Poprzestałem więc na podziękowaniu Bogu za to, że jestem cały i zdrowy. A samochód? Cóż, rzecz nabyta. "Dał Pan i zabrał Pan. Niech imię Pańskie będzie błogosławione" - przypomniałem sobie werset z Księgi Hioba (1,21), chyba najlepszy na takie okoliczności. 
Wracałem właśnie ze złapanym dystansem, gdy z oddali zobaczyłem przy wraku migoczące niebieskie światło. "Policja! Masz ci los, jeszcze mi mandat wlepią" - westchnąłem rozpaczliwie i nawet się nie spostrzegłem, kiedy dystans uwolnił się i uciekł w popłochu. Nie było jednak tak źle. Miła policjantka spytała się o okoliczności "zdarzenia drogowego", kazała mi dmuchać w balonik (0,0 jakby się kto pytał), po czym zabrała mi dowód rejestracyjny za pokwitowaniem i łaskawie poinformowała, że poszkodowanym w tym zdarzeniu nie jestem ja, tylko Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, będąca właścicielem barierki, od której odbił się mój samochód, lekko ją wginając. Przyjąłem to do wiadomości bez zastrzeżeń, świadomy faktu, że najprawdopodobniej rzeczona barierka uratowała mi życie. Mój ubezpieczyciel zapewne również bez zastrzeżeń wypłaci GDDKiA należne odszkodowanie za spowodowane przeze mnie zniszczenia.
Tyle opowieści. Aktualnie siedzę w barze na stacji benzynowej nieopodal miejsca wypadku i czekam na mechanika-wybawiciela. Zabijam czas, pisząc tę historię przy herbacie. Jest to również znakomita okazja, żeby na powrót złapać zagubiony dystans. A co dalej? Najbliższa przyszłość raczej nie powinna zaskoczyć: wpakujemy auto na lawetę i zawieziemy do warsztatu. Problem będzie później. Czy będzie się opłacało remontować auto? I - przede wszystkim - czy będzie mnie na to stać?? Może przyjdzie mi podróżować transportem zbiorowym? Zobaczymy. "Niech imię Pańskie będzie błogosławione" - piszę to bez cienia obłudy.

niedziela, 4 grudnia 2011

Maranatha

Dziś krótko. "Maranatha" - hasło każdego Adwentu, często występujące w liturgii, choć w Piśmie Św. pojawia się tylko raz, w 1 Kor 16,22. Zapisane jest tam oczywiście w języku greckim, choć sformułowanie jest aramejskie. Najczęściej tłumaczy się je jako "Przyjdź, Panie nasz" (Marana tha), ale równie dobrze może być tłumaczone jako "Nasz Pan przyszedł" (Maran atha). To bardzo ciekawie pokazuje prawdziwie chrześcijański charakter oczekiwania przyjścia Jezusa. Jest ono zarazem pełną nadziei modlitwą: "Przyjdź", jak też modlitwą dziękczynienia: "Pan przyszedł". No bo przecież zalążek królestwa Bożego otrzymujemy już tu i teraz. Inna rzecz, czy mamy tego świadomość.

sobota, 3 grudnia 2011

Z muzycznego arsenału - Fender Ashbory

Od jakiegoś czasu kolekcjonuję dziwne instrumenty muzyczne. Nie wiem do końca, jak to się stało, ale raczej nie jest efektem próżności. Gromadzę instrumenty, które są mi naprawdę potrzebne w moich muzycznych zmaganiach i eksperymentach, ale przy okazji wybieram takie, które są oryginalne w wyglądzie i/lub brzmieniu. Dziś chcę zaprezentować gitarę basową, która niecałe dwa tygodnie temu przyleciała z USA.



Jest to bas bardzo rzadko spotykany, bo trudno uwierzyć, że instrument o tak krótkiej menzurze może wydawać dźwięki basowe. A jednak, dzięki zastosowaniu specyficznych strun zrobionych z silikonu, jest to możliwe. Dla ludzi z branży: bas jest wykonany z jednego kawałka drewna gatunku Agathis (południowoazjatyckie drzewo iglaste, zwane przez gitarzystów "mahoniem dla ubogich") i wyposażony w przetwornik piezo z preampem. Brzmi zupełnie nietypowo, coś jak mix kontrabasu, akustycznej basówki i (w mniejszym stopniu) basu elektrycznego. Gra na nim wymaga przyzwyczajenia do nietypowego rodzaju strun i odległości między dźwiękami na gryfie (progów de facto nie ma, są tylko namalowane dla orientacji, co zresztą trochę pomaga). W górnych partiach trafianie w dźwięki staje się już wyczynem karkołomnym, podobnym do grania na skrzypcach - przesunięcie palca o milimetr skutkuje absolutnie słyszalnym fałszem. Mimo to (a może dzięki temu) używanie tego instrumentu sprawia wiele radości, o wiele więcej niż w przypadku zwykłej, masywnej gitary basowej.

piątek, 2 grudnia 2011

Pierwszy piątek

Odwiedziłem rano chorych. Są to ludzie przeważnie starsi, którym poruszanie się sprawia problemy. Przychodzę do nich co miesiąc z Najświętszym Sakramentem. Dzięki temu raz w miesiącu przeżywam ciekawe doświadczenie kontrastu w podejściu do Eucharystii wobec tego, co widzę na co dzień (nie w kościele rzecz jasna). Pragnieniem tych cierpiących ludzi najczęściej nie jest wyzdrowieć. Oni bardzo często chcą po prostu jeszcze raz przeżyć Mszę świętą, oni często płaczą z tęsknoty za Panem Jezusem sakramentalnym, nie mogą się doczekać księdza w pierwszy piątek. Dziś córka jednej z chorych osób powiedziała mi, że mama już od piątej rano pyta, kiedy wreszcie przyjdzie ksiądz z Komunią. Inna chora płakała, że od dwóch lat już nie była w kościele, a tak bardzo by chciała. Niesamowicie to kontrastuje z obojętnością wielu niby-wierzących wobec Najświętszego Sakramentu. Może cierpienie pozwala docenić wartość rzeczywistości sakramentalnej i w ogóle spraw duchowych? A może to po prostu echo odchodzącego już pokolenia, dla których wiara była od zawsze kwestią fundamentalną?
W każdym razie dziś pierwszy piątek. Po południu usiądę do konfesjonału, żeby wyspowiadać tłumy dzieci i może trochę osób starszych. Dobrze, że jeszcze dzieciom na katechezie się mówi, że regularna comiesięczna spowiedź jest niezwykle ważna. Dzięki temu przynajmniej niektóre praktykują pierwsze piątki. Chociaż ta praktyka coraz częściej niewiele ma wspólnego z jej pierwotną ideą. Niektóre dzieci się spowiadają i idą do domu. A sens pierwszego piątku, zgodnie z treścią objawienia św. Małgorzaty Marii Alacoque, to przyjęcie Komunii św. wynagradzającej za grzechy lekceważenia, nieuszanowania i świętokradztwa. Do spowiedzi można przystąpić w inny dzień, ważne żeby w pierwszy piątek być w stanie łaski uświęcającej i przyjąć Pana Jezusa, aby wynagrodzić Mu te wszystkie zniewagi, których doznaje od wielu ludzi. W dzisiejszym świecie to wezwanie wydaje się być jak najbardziej na czasie, patrząc na to, jak świat kpi sobie z Boga. Dobrze, że są jeszcze ludzie, którzy tę piękną praktykę podejmują.

czwartek, 1 grudnia 2011

Refleksje roratnie

Wróciłem właśnie z Rorat i snuję refleksje przy śniadaniu. Roraty - Msza św. wotywna o Maryi w Adwencie - to bardzo stara tradycja, w Polsce sięgająca prawdopodobnie XIII wieku. Tradycja niestety powoli zamierająca - takie są fakty. Dziś na Roratach było kilkanaścioro dzieci i niewiele więcej dorosłych, w sumie może ze czterdzieści osób max. I nie ma na tę małą liczbę innego wytłumaczenia, jak to, że brakuje wiary. Dla ludzi to po prostu przestaje być ważne. Można próbować argumentów typu: "przemęczenie", "brak czasu", "odległość do kościoła" itd. A ja bym to wszystko ujął jednym słowem: "wygodnictwo".
Nie chcę dołączać do grona księży powtarzających niczym mantrę, jak to kiedyś było dobrze, a teraz jest źle. Czasy są jakie są. Ale piszę o tym z pewnym żalem, bo chyba kończy się pewna epoka. Za kilkadziesiąt lat ludzie będą przychodzić do kościoła tylko w niedziele (i to jak dobrze pójdzie), Mszy świętych w dni powszednie nie będzie dla kogo odprawiać, a o nabożeństwach wszelkiego rodzaju w ogóle będzie można zapomnieć. Czarna wizja? Niekoniecznie. Kościół będzie istniał nadal, czy się to komuś podoba czy nie. Nadal będą ludzie, dla których modlitwa jest niezbędna niczym oddech, a kapłani będą nieustannie sprawować Eucharystię. I Roraty też.

środa, 30 listopada 2011

Nowy rozdział

Wiem, na mojej stronie www.michalbaranski.pl od dawna prawie nic się nie dzieje. I przyznam szczerze dlaczego: zabrakło mi zapału. Bo przecież przemyśleń mam miliony codziennie, czasu też raczej wystarczająco, ale po prostu mi się nie chciało nic pisać. Dzieje się tak również dlatego, że nie wiem, czy ktoś to w ogóle czyta. Projektując swoją stronę nie zamieściłem tam opcji dodawania komentarzy do wpisu czy coś w tym stylu. Po części było to zamierzone (o wiele więcej zachodu, no i walka ze spamerami), ale po części nieprzemyślane - w końcu się na mnie zemściło.
Teraz czas na nowy rozdział. Nie umiem odpowiedzieć, na ile starczy mi energii i zapału, ale takowy jest. Moja strona oficjalna też się zmieni. Prace są już zaawansowane, ale jeszcze trzeba cierpliwości. Będę o tym informował. Tymczasem życzę miłego czytania moich notatek. Obiecuję, że będą się pojawiać często. Pozdrowienia.

poniedziałek, 12 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 4)


Dzień 4.

piątek, 26 sierpnia 2011 

BÜTZOW – Schwaan – Rostock -> Gedser – NYKØBING FALSTER 

76 km



Route 1,305,745 - powered by www.bikemap.net

Budzę się nad ranem. Nawet nie chce mi się specjalnie sprawdzać, która jest godzina. Jeszcze zanim zwoje mózgowe dokładnie określą, gdzie jestem i co tu robię, słyszę grzmot i charakterystyczne bębnienie w tropik. Dźwięk burzy wspomagany wizualnie przez błyśnięcie przypominające do złudzenia fotograficzny flesz sprawia, że momentalnie trzeźwieję i natychmiast odruchowo macam dłonią podłogę namiotu. Okazuje się być sucha, ale nie sprawia mi to ulgi – burza może swoje zrobić. Przez chwilę leżę praktycznie załamany: czyżby moja wyprawa miała się dziś zakończyć? Nawet jeśli burza przejdzie, to dalsza jazda z wybitnie mokrym namiotem (tym razem z KAŻDEJ strony) średnio mi się uśmiecha. Jednak życie mnie nauczyło, że z każdej sytuacji jest wyjście, a ta sytuacja nie jest tragiczna. Zaczynam więc snuć w głowie plany awaryjne: gdyby burza nie ustała, zwinę namiot i udam się na dworzec kolejowy: tam zobaczę, co dalej. Wiem, że to miasto ma połączenie ze Szczecinem, ale chyba również z Rostockiem, zatem mogę podjechać te kilkadziesiąt kilometrów pociągiem. Gdyby natomiast burza ustała (o co się żarliwie modlę), ruszam obojętne o której godzinie do Rostocku (czyli zgodnie z planem) i jeśli namiot będzie zbyt mokry, mogę tam poszukać schroniska lub taniego hotelu. Tak czy inaczej, nie poddam się. Jeszcze nie dzisiaj - miałem dojechać do Danii, a to już niedaleko. Wysnucie tych wniosków na tyle mnie uspokaja, że mogę znów zasnąć, mimo iż deszcz nie ustaje. Budzę się kilka godzin później, od razu czujnie nasłuchując i jednocześnie sprawdzając stan podłogi. Oba testy wypadają pomyślnie: nie słychać oznak burzy ani deszczu, a podłoga od wewnątrz jest sucha. Postanawiam więc odprawić Mszę świętą i wyjrzeć na zewnątrz. Okazuje się, że sytuacja jest dobra. Chmury co prawda są, ale przebłyski słońca dają nadzieję na ich przepędzenie. Jeśli będzie jeszcze dziś padać, to z pewnością przelotnie. Biorąc pod uwagę, że dystans do przejechania jest dziś naprawdę niewielki (na oko ze czterdzieści kilometrów), nie ma się czego obawiać, nawet jeśli trzeba będzie zrobić dłuższy postój. Zjadam postne śniadanie, bo przecież dziś piątek. Gdybym był w Polsce, to nie musiałbym pościć, bo dziś przypada uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Ale jestem teraz w jurysdykcji arcybiskupa Hamburga, a tu chyba jej nie obchodzą. Po śniadaniu zwijam mokry namiot, strzepując go mocno (choć dzisiaj akurat gówno to daje), po czym przy akompaniamencie jeszcze głośniejszego niż wczoraj mlaskania pod nogami udaję się do bramy wyjazdowej. Po drodze mijam starsze małżeństwo, które również spędziło tu noc i szykuje się do wyjazdu rowerami.
- Guten Morgen – witam ich z uśmiechem.
- Dżen dobhrrry – odpowiada starszy pan w okularach, wprawiając mnie w chwilowe zdumienie. Ale natychmiast potem przypominam sobie, że był on przecież wczoraj świadkiem moich negocjacji z recepcjonistką, kiedy to oznajmiałem, że jestem z Polski. Zostawiam zatem z ulgą za sobą kemping na bagnie i wdychając wreszcie świeże powietrze, prawie punktualnie o dziesiątej wyruszam w kierunku centrum, gdzie wczoraj widziałem mapę miejscowości i okolicy. Ona mi pokaże, jak stąd wyjechać i gdzie zaplanować postój. Zatrzymuję się i analizuję mapę, obliczając na oko odległości i czas ich przebycia, planując postoje i ewentualny posiłek. Gdy tak stoję pochłonięty studiowaniem planszy z nazwami miejscowości, słyszę za sobą znajomy głos:
- Dżen dobhrrry - mijają mnie starsi państwo na rowerach, udając się wyraźnie w tę samą stronę, co ja. Odpowiadam uśmiechem, zastanawiając się jednocześnie, czy to są jedyne dwa słowa, które ten facet umie po polsku. Chyba tak - i musi być z tego dumny. Wsiadam na rower i udaję się za nimi, opuszczając Bützow. To prastare słowiańskie miasto (po polsku Budziszów) miało w trzynastym wieku zaszczyt być stolicą diecezji Schwerin. Z tego okresu nie pozostało nic oprócz okazałych fragmentów murów obronnych. Zaraz za miastem rozpoczyna się to, co lubię najbardziej: ścieżka rowerowa biegnąca przez pola zupełnie niezależnie od szosy. Wyszło piękne słońce i zaczyna się robić na tyle gorąco, że przede mną jedzie dwóch rowerzystów bez koszulek. Ale plandeki przeciwdeszczowe na sakwach mają. Ja takich nie potrzebuję, bo moje sakwy są wodoodporne, natomiast mam inny oryginalny element – kolorowy ręcznik z wizerunkiem tygrysa przyczepiony do górnej sakwy, powiewający luzem z wierzchu bagażnika – najlepszy sposób na to, żeby nie skisł. Jadę dokładnie na północ równo wyasfaltowaną ścieżką pomiędzy drzewami owocowymi. Chwilę później mijam starsze małżeństwo, które przystanęło po lewej stronie i zacięcie pałaszuje śliwki z przydrożnego drzewa i już wiem, że za chwilę usłyszę...
- Dżen dobhrrry! – woła starszy pan z nienagannym uśmiechem i śliwką w zębach.
- Guten Appetit! – odpowiadam i macham przyjaźnie ręką, zastanawiając się, kiedy znowu będziemy się mijać, bo przecież oni chyba muszą również jechać do Rostocku. Bez żadnych przeszkód docieram do Schwaan. Ukształtowanie terenu sprawia, że dupa odczuwa już zmęczenie, mimo iż zrobiłem dopiero dwadzieścia kilometrów. Ponieważ do Rostocku niedaleko i właściwie nie mam po co się spieszyć, a poza tym nie będzie już żadnego miasta na trasie, postanawiam zrobić sobie w Schwaan długą przerwę. Najpierw oczywiście kupuję coś na „obiad”, a potem ląduję na rynku, gdzie postanawiam usiąść w kafejce i wypić mrożoną kawę.

Okazuje się to świetnym pomysłem. Po pierwsze odpoczywa tyłek posadzony na wiklinowym krześle z poduszką (cóż za ulga!). Po drugie mrożona kawa przyjemnie chłodzi i dodaje energii. W Schwaan spędzam w sumie ponad godzinę i dopiero za piętnaście pierwsza ruszam dalej na północ. Ścieżka znów niezależna, ale po kilku kilometrach łączy się w miejscowości Benitz z wiejską drogą. Mijam jeszcze kilka wiosek i obserwując je, dochodzę do wniosku, że postój i posiłek w Schwaan był bardzo dobrym rozwiązaniem. W żadnej z mijanych miejscowości nie ma nawet połowy sklepu. Jedynym wyjątkiem okazuje się facet handlujący używaną odzieżą z furgonetki, ale u niego bym się raczej nie najadł. Myślę, że ci wszyscy mieszkańcy muszą zaopatrywać się w mieście. Pewnie nie stanowi to większego problemu, bo sądząc po przydomowych garażach raczej wszyscy są zmotoryzowani, no i pewnie w mieście pracują. Dlatego też chyba prowadzenie sklepu na wsi się tu nie opłaca. U nas w Polsce sklep na wsi musi być i koniec. Wieś bez sklepu nie zapewnia podstawowego bytu bezrobotnemu mieszkańcowi, który musi przecież codziennie spożyć napój procentowy, a na wyprawę do miasta go nie stać. Około trzynastej trzydzieści przecinam autostradę numer dwadzieścia, biegnącą do Lubeki.

Ruch na autostradzie spory, ale przecież nie ma się co dziwić: piątek, rozpoczynają się godziny szczytu. Uświadamiam sobie, że samochodem mógłbym stąd dojechać do domu w dwie i pół godziny. Ale to nie to samo, co dwa i pół dnia rowerem. Tu jest smak przygody, przestrzeń, poczucie wolności, kontakt z naturą. W samochodzie na niemieckiej autostradzie jedynie wieje nudą. Może tylko o tyle lepiej, że nie boli dupa. Jeszcze kilka kilometrów i widzę, jak zza horyzontu wyłania się hanzeatyckie miasto Rostock. I jak na duże miasto przystało, zanim się ostatecznie wyłoni minie jeszcze trochę czasu. Wjeżdżam od strony wsi Biestow i ląduję w dzielnicy Südstadt. Ścieżki rowerowe są na szczęście wydzielone, a oznaczenia wyraźnie widoczne, więc wjazd do miasta nie stanowi najmniejszego problemu.

Jednak po kilkunastu minutach jazdy przez miasto z niepokojem zauważam, że mój szlak chce znów ominąć to, co najbardziej warto zobaczyć: starówkę. Po chwili namysłu decyduję się więc rozstać ze szlakiem i wjeżdżam w ulicę Lange, która doprowadzi mnie wprost na Stare Miasto.

Na postój wybieram miejsce tuż obok informacji turystycznej przy rynku.

Przypinam rower i najpierw udaję się do informacji turystycznej. Obok sklepiku z pamiątkami odnajduję plan miasta i szukam na nim kempingu. Nie znajduję, bo go nie ma. Najbliższy kemping, na którym mógłbym przenocować, znajduje się około dwudziestu kilometrów na północ, prawie nad morzem. Jest też kemping po wschodniej stronie rzeki Warnow, ale żeby później stamtąd dostać się na prom do Danii, musiałbym z powrotem przejechać przez Rostock i nadrobić ponad dwadzieścia kilometrów, gdyż tunel pod Warnow stanowiący północną obwodnicę miasta jest niedostępny dla rowerów. I tak analizując sytuację wpadam na genialny pomysł. Ruszę do Danii dziś! Szybko oceniam możliwości: do terminalu promowego jest około dziesięciu kilometrów, więc powinienem bez problemu zdążyć na prom odpływający o siedemnastej. U wybrzeży Danii wyląduję po dwóch godzinach rejsu i będę miał jeszcze dwie godziny do zmierzchu, żeby znaleźć jakiś kemping. Uda się! Wychodzę szybko z budynku i postanawiam przespacerować się po Starym Mieście, a przy okazji znaleźć jakiś bank lub kantor, aby zakupić duńskie korony. To się niestety nie udaje, bo jest piątkowe popołudnie i wszystkie banki, które udaje mi się znaleźć, są zamknięte (pracowały do czternastej). Postanawiam więc, że walutę kupię później (może na terminalu, może na promie, a może w Danii), a teraz zafunduję sobie chociaż przyspieszone zwiedzanie Starego Miasta. Tuż przy rynku stoi kościół mariacki, do którego z przykrością nie zachodzę z braku czasu, oraz historyczny ratusz, który w średniowieczu pełnił także rolę domu towarowego.

Ogólnie miasto robi całkiem pozytywne wrażenie. Na Placu Uniwersyteckim dzikie tłumy, widać, że zaczął się weekend i ludzie wylegli na starówkę w poszukiwaniu wypoczynku i rozrywki. Ja natomiast wolę ciche zaułki, takie jak np. ten na Große Wasserstraße, na którego końcu majaczy wieża kościoła św. Mikołaja.

„Czas niemiłosiernie goni”, jak to kiedyś napisałem w jednej ze swoich piosenek, więc wracam na rynek, odpinam rower i zjeżdżam w dół nad rzekę, żeby znów spotkać się ze swoim szlakiem, który zaprowadzi mnie prosto na terminal promowy. Po drodze robię jeszcze zdjęcie kościoła św. Piotra, który osłoniony fragmentem murów miejskich, jawi się niczym gotycki strażnik miasta.

Gdyby było więcej czasu, to mógłbym wejść do środka, jak też obejrzeć panoramę miasta z jego wieży. Niestety, mam inne problemy. Zerwał się dość silny wiatr, a w moją stronę idzie ciemna chmura. Na szczęście niewielka, więc zagrożenie deszczem jest znikome. Faktycznie, chwilę później zaczyna kropić, ale na kropieniu się kończy. Kilka kilometrów dalej po lewej stronie między krzakami ukazuje mi się fragment panoramy miasta.


Uwieczniam go, ponieważ czuję pewien niedosyt. Wydaje mi się, że powinienem był tu dłużej posiedzieć. Ale Dania wzywa. Po pokonaniu ostatnich zawijasów, ląduję przy terminalu promowym.

Jest szesnasta, a więc mam jeszcze sporo czasu. Przypinam rower i idę kupić bilet. Udaje mi się to bez problemu, pozbywam się przy tym siedemnastu euro. Z biletu i dostępnych folderów dowiaduję się, że mój prom nosi dumne imię księcia Fryderyka (Kronprins Frederik), czterdziestotrzyletniego następcy tronu Danii, starszego syna królowej Małgorzaty II. Sam statek może nie jest tak okazały, jak imię, które nosi. Jest moim rówieśnikiem, ale w przeciwieństwie do mnie, był dwukrotnie przebudowywany. Na pokład może zabrać ponad tysiąc pasażerów i dwieście dziesięć samochodów (o rowerach nic nie wspominają) i ma jedynie szesnaście tysięcy ton wyporności. Niemniej jednak sam fakt podróży morskiej (choć tylko dwugodzinnej) jest ekscytujący - ostatni raz na morzu byłem dziesięć lat temu. Pozostaje jeszcze otwarta kwestia waluty – na terminalu jest kantor, lecz niestety zamknięty. Może uda się wymienić w duńskim porcie Gedser. Od miłej pani ze Scandlines, która sprzedała mi bilet, dowiaduję się, że wjazd dla rowerzystów jest taki sam, jak dla samochodów, więc odpinam rower i udaję się do bramki. Dostaję polecenie udania się na stanowisko numer 96, gdzie mam czekać, aż mnie wpuszczą. Co dziwne, nikt nie sprawdza dokumentów, wystarczy tylko bilet. Podjeżdżam we wskazane miejsce i pozostaje mi oczekiwanie na wjazd.

Oczekiwanie jest dość długie. Słońce mocno przypieka, elektroniczny wyświetlacz pokazuje temperaturę trzydziestu stopni. Pozbywam się czapki na rzecz chusty, która chroni nie tylko głowę, ale i szyję. Dwadzieścia minut do siedemnastej, a promu ani widu ani słychu. Myślę, że będzie opóźnienie. Dopiero dziesięć minut przed rozkładowym czasem odejścia wychodzi obsługa, żeby nakierować pojazdy na rampę. Statku jeszcze nie ma. Facet pokazuje, że mam jechać pierwszy i ustawić się tuż przed sygnalizatorem, co też czynię. Pojawia się prom.

Wbrew moim obawom wyładunek i załadunek jest błyskawiczny. Prom właśnie przypłynął z Danii, pojazdy szybko opuszczają rampę, po czym natychmiast wjeżdżają nowe (ja na początku). Dojeżdżam do końca pokładu dla samochodów i przypinam rower pasami do ściany, trochę na wyczucie, bo czynię to po raz pierwszy. Teraz idę na górę, gdzie zajmuję miejsce w wygodnym fotelu przy oknie. Spełnia się marzenie mojej obolałej dupy. Prom odbija niemalże punktualnie. Idę na zewnętrzny pokład, żeby zobaczyć, jak opuszczamy stały ląd. Statek zostawia za sobą basen portowy.

Dalej jest ciekawiej. U ujścia rzeki Warne mijamy miejscowość Warnemünde, która z racji położenia bardzo przypomina mi nasze Świnoujście.

Z lewej burty płynie malutki stateczek wycieczkowy. Wygląda jak mały piesek próbujący dotrzymać kroku wielkiemu wilczurowi. Tuż przy falochronie stateczek nagle zawraca, a moim oczom ukazuje się okazała plaża w Warnemünde.

Jeszcze chwilę stoję na pokładzie, ale wiatr robi się nieprzyjemnie silny, więc wracam do środka. Na promie w sumie nie ma co zwiedzać. Wchodzę na chwilę do sklepiku, gdzie wszystko jest cholernie drogie. Kupuję piwo i małą przekąskę, po czym upewniwszy się ostatecznie, że nie ma tu kantoru, wracam na swój fotel. Teraz jest czas na relaks. Nie wiem, czy i ile jeszcze przyjdzie mi dziś jechać, ale jedno piwo mogę swobodnie wypić. Do Danii jeszcze prawie dwie godziny, a poza tym tam nie ma żadnych wymogów prawnych dotyczących trzeźwości rowerzysty. Można zupełnie legalnie jechać na rowerze po alkoholu, pod warunkiem, że nie stwarza się zagrożenia dla innych uczestników ruchu. Sączę piwo i patrzę na morski krajobraz.

Morze daje poczucie spokoju (o ile samo jest spokojne). Przypomina mi się przepiękna piosenka Stinga Why Should I Cry For You, która opowiada o tęsknocie za kimś bliskim, gdy żegluje się w nieznane. Nucę ją sobie w myślach, co wprawia mnie w niesamowicie przyjemny nastrój, przyprawiony jednak szczyptą niewytłumaczalnej nostalgii. Gdyby rejs był dłuższy, pewnie sam bym napisał piosenkę. Tymczasem powoli zbliżamy się ku duńskim wybrzeżom. W oddali majaczy elektrownia wiatrowa postawiona na morzu.

Zaraz potem wyłania się wyspa Falster. Królestwo Danii tylko w niewielkiej części należy do stałego kontynentu (Półwysep Jutlandzki), reszta to wyspy, których jest ponad czterysta(!), z czego siedemdziesiąt sześć zamieszkanych. Co ciekawe, w języku duńskim słowo „wyspa” jest jednoliterowe i brzmi: „ø”. Mnie przyjdzie lądować na ø Falster, trochę mniejszej od Bornholmu. Mimo silnego wiatru wychodzę na zewnątrz, żeby zobaczyć skrawek lądu, na którym nigdy jeszcze nie byłem. Teraz czuję się jak odkrywca. W głowie ekscytacja tworzy niesamowitą mieszankę z obawą: jaki jest ten kraj? Jacy są ludzie? Czy uda mi się znaleźć kantor i kemping? Czy się dogadam? Na pewno trzeba się teraz przestawić z niemieckiego na angielski, bo po duńsku nie znam ani słowa. Z tych rozmyślań wyrywa mnie komunikat zapraszający kierowców na dół, do pojazdów.

Otwiera się rampa i wyjeżdżamy. Zaraz po zjeździe z pokładu widzę znak: rowerzyści w prawo. Posłusznie zjeżdżam, a następnie zatrzymuję się i próbuję się odnaleźć w nowej rzeczywistości: „Mój Boże, rzeczywiście jestem w Danii!”. Gedser okazuje się być małą wioską. Nie mogę tu znaleźć nawet sklepu, nie mówiąc o kantorze, czy banku. Miejscowość wydaje mi się też dziwnie wyludniona. Na ulicach nie ma żywego ducha. Jest dziewiętnasta, czuć rześkie, wieczorne powietrze, które ostrzega, że zmierzch już blisko. Trzeba szybko szukać kempingu. Znajduję informację turystyczną – co prawda jest zamknięta, ale przy drzwiach wisi stojak z mnóstwem folderów. Wybieram dwa: jeden to plan Kopenhagi (przyda się w przyszłości), drugi to mapy Danii z podziałem na regiony i zaznaczeniem kempingów (przyda się natychmiast). Mapy co prawda są bardzo niedokładne, ale dają jako taką orientację w terenie. Orientuję się więc, że w Gedser na pewno kempingu nie ma, trzeba jechać dalej na północ (zresztą w innym kierunku się nie da). Fotografuję coś, co przypomina wieżę, i spadam.

Szlak do Kopenhagi jest oznaczony, ale trochę inaczej niż w Niemczech. Tam szlaki miały swoje symbole, tu mają numery. Orientuję się zatem, że mój szlak ma numer dziewięć i pozostaje teraz tylko tego pilnować. Ścieżka rowerowa biegnie wzdłuż drogi i jest wydzielona. Potem jednak skręca w lewo i łączy się z boczną drogą, mało uczęszczaną, bo główna droga poszła prosto. Pejzaż wydaje mi się typowo wyspiarski.

W każdym razie zupełnie inny niż do tej pory, co wzmaga poczucie radości z doświadczania czegoś nowego. Ale jest też niepokój o nocleg. Muszę dotrzeć do kempingu, a tu nic nie ma. Mijam wioskę Skelby, gdzie nie ma żywego ducha na ulicy, żadnego sklepu ani innego punktu informacyjnego. Kilka kilometrów dalej kolejna wieś: Marrebæk. Mapa podaje, że mógłbym tu skręcić w prawo i gdzieś nad morzem jest kemping, ale to wszystko jest tak nieprecyzyjne, że wolę jechać prosto. Znów łączę się z główną szosą, a ścieżka rowerowa znów jest wydzielona. Teraz czuję się jak na autostradzie dla rowerów.

Docieram do następnej miejscowości – Væggerløse. Jest już dwadzieścia po ósmej, prawie ciemno, a tu znów żadnej informacji o kempingu. Jedynym pewnikiem pozostaje miasto Nykøbing, do którego mam jeszcze około siedmiu kilometrów. Nie mam wyboru. Jadę szybko. O twarz obijają mi się komary i muszki, które chyba nie umieją trafić do domu. Wreszcie docieram do miasta, gdzie znajduję upragniony drogowskaz na kemping. Wpadam na portiernię tuż przed dziewiątą.
- Dobry wieczór. Mówi pan po angielsku? – zwracam się po angielsku do portiera.
- Mówię w wielu językach – odpowiada.
- A po polsku? – pytam po polsku.
- ??
- Nieważne – śmieję się. - Chciałbym przenocować z namiotem i rowerem.
- Oczywiście. Za recepcją ma pan pole namiotowe, prysznice są tam – pokazuje ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Zapłaci pan jutro, bo dziś już mam kasę wyłączoną. – dodaje, co jest mi niesamowicie na rękę, bo nadal nie mam tutejszej waluty.
- Super. Może mi pan dać żeton do prysznica? – pytam nauczony doświadczeniem z Niemiec.
- Nie potrzeba. Prysznice są za darmo.
Noo! Spodobało mi się w tej Danii! Pożegnałem się wylewnie i udałem się na eleganckie pole namiotowe, gdzie się rozłożyłem - znów po ciemku i znów w towarzystwie komarów, choć na pewno było ich zdecydowanie mniej niż ostatnio. Dziękując Bogu za szczęśliwe dotarcie na wyspę Falster, szybko zasnąłem.

niedziela, 11 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 3)


Dzień 3.

czwartek, 25 sierpnia 2011

JABEL – Krakow am See – Güstrow - BÜTZOW

86 km

Route 1,305,735 - powered by www.bikemap.net

Przyszło to, czego się obawiałem najbardziej. Około drugiej w nocy obudziły mnie grzmoty i deszcz bębniący o płachtę namiotu z siłą młota i gęstością karabinu maszynowego. Naturalne w takim przypadku są obawy – oczywiście nie o to, że piorun trafi w namiot, ale np. o to, że ów domek z materiału zacznie przeciekać – nie byłoby wtedy za bardzo ratunku. Całe szczęście, że wieczorem schowałem ręcznik, który suszył się na bagażniku roweru. Pod znakiem zapytania staje dzisiejszy etap, bo w tej chwili trudno przewidzieć, jaka będzie pogoda. W deszczu mogę ewentualnie jechać, choć to żadna przyjemność, ale w burzy wolałbym nie. Co prawda burza ma to do siebie, że szybciej się kończy niż zaczyna, ale potrafi też krążyć w kółko niczym mucha pod żyrandolem. Po kilkunastu minutach grzmoty się oddalają, deszcz słabnie. Zasypiam. Budzę się o świcie, gdy burza powtórnie daje o sobie znać. Jeszcze się dzień nie zaczął, a już tracę humor oraz nadzieję na miłą jazdę. Ale jeszcze nic nie przesądzone. Zawsze można wyjechać później, gdy pogoda się nieco poprawi, i mimo że etap będzie krótszy, to zawsze posunę się trochę naprzód. Tymczasem nie ma co myśleć, trzeba spać. Między siódmą a ósmą następuje przebudzenie właściwe, które oznacza, że spać już nie będę. Przez chwilę leżę i nasłuchuję. Deszczu chyba nie ma. Powstrzymuję jednak ciekawość i postanawiam rozpocząć dzień od tego, co najważniejsze: modlitwy i Eucharystii. Dopiero później wyglądam z namiotu. Hmm... Nie jest ciekawie. Burzy co prawda już chyba nie będzie, ale jezioro jest spowite mgłą i w ogóle wszystko jakby straciło barwy. Szarość, szarość, szarość. Na domiar złego rześkie powietrze ubogaca mżawka. W kontekście wyruszenia w drogę powstaje pytanie, na które na razie nie jestem w stanie odpowiedzieć: będzie lepiej czy gorzej? Z tym dylematem spożywam śniadanie, celowo się nie spiesząc, bo przez ten czas może coś się wyklaruje. Poza tym namiot jest mokry i nie wiem, czy zwijając go w takim stanie nie przemoczę go od wewnątrz. Około dziesiątej jeszcze raz bawię się w meteorologa i decyduję się jechać. Następuje dość żwawe zwijanie wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem namiotu, który dokładnie strzepuję przed spakowaniem. Oddaję w recepcji klucz do łazienki, żegnam się i wsiadam na rower. Ze zdziwieniem zauważam, że jedzie się raczej dobrze. Po wczorajszej mordędze odczuwam raczej ulgę. Ciekawe, jak będzie dalej? Szlak początkowo prowadzi wzdłuż szosy, potem zamienia się w żwirowaną drogę leśną. Przejeżdżam obok jakiejś leśniczówki, skąd znów zaczyna się asfalt. Po chwili docieram do pierwszej miejscowości: Loppin. W centralnym jej punkcie widzę skrzyżowanie w trakcie litery Y i drogowskaz dla rowerzystów informujący, że droga na Kopenhagę w lewo. Wybieram więc lewą odnogę i bez zwalniania kontynuuję jazdę. Niestety po dość krótkim czasie okazuje się, że kończy się asfalt, a zaczyna piach. Po przedarciu się przez piaszczyste koleiny wjeżdżam znów do lasu. Biorąc pod uwagę stan drogi, zaczyna mi coś tu nie grać, ale kompas wskazuje kierunek zachodni, więc w zasadzie nie ma powodu do obaw. Po kilkunastu minutach dzielnego brnięcia przez las orientuję się, że przecież od Loppin nie było ani jednego oznaczenia szlaku. Co jest? Czyżbym pomylił kierunki? Co prawda nie analizowałem dokładnie drogowskazu, ale raczej stronę lewą od prawej rozróżniam. No nic, dojadę do jakiejś szosy i wtedy zobaczę, gdzie jestem i czy faktycznie zjechałem ze szlaku. Droga przez las wybitnie się dłuży. Po trzydziestu minutach od Loppin widzę wreszcie biegnącą w poprzek szosę. Są też drogowskazy, a na nich nazwy miejscowości, które kompletnie nic mi nie mówią. Brak drogowskazów dla rowerzystów ostatecznie utwierdza mnie w przekonaniu, że się zgubiłem. Pora sięgnąć po ratunek w postaci GPSu, który zabrałem z domu zamiast mapy z myślą o takich okolicznościach jak ta. Wciskam włącznik i... okazuje się, że niczego się nie dowiem, gdyż wyładowała się bateria. Podłączam GPS to ładowarki i po chwili namysłu ruszam drogą na północ. Kilka kilometrów dalej natrafiam na skrzyżowanie w remoncie i towarzyszące mu oznaczenia objazdów, z których nic nie rozumiem. GPS się trochę podładował, więc mogę już zobaczyć gdzie jestem. Z mapy wynika, iż powinienem skręcić w lewo, ale tablice z objazdami sugerują, żeby tam raczej nie skręcać. I bądź tu człowieku mądry. Trudno, jadę dalej prosto. Cztery kilometry później ląduję w wiosce Vollrathsruhe i napotykam punkt widokowy z normalną mapą. Mapa niestety nie nastraja optymistycznie. Przede wszystkim okazuje się, że w Loppin zgubiłem szlak, bo skręcał ostro w lewo (tam musiała być jakaś zamaskowana ulica, której nie zauważyłem), a nie lekko w lewo, jak pojechałem. Dodatkowo teraz muszę zawrócić, bo ta droga prowadzi w zupełnie innym kierunku. Mógłbym oczywiście nadrobić trochę drogi, a przy okazji zwiedzić ruiny zamku, ale nie mam dziś czasu na zwiedzanie i jazdy dookoła. Co prawda nienawidzę zawracać, ale tu raczej nie ma innej opcji. Zanim podejmę ten tragiczny powrotny kierunek, wdrapuję się jeszcze na wieżę widokową i robię zdjęcie okolicy ze zbliżeniem na zamek, którego nie zwiedzę niestety.

Jadę z powrotem, uważnie pilnując skrętu w prawo, żeby znowu nie pojechać za daleko, tym razem w drugą stronę. Udaje mi się nie przegapić skrętu i po chwili kieruję się na miejscowość Glashütte. Coś mi ta nazwa mówi, chyba widziałem ją kiedyś przy granicy z Polską. Nagle przypominam sobie symbol, który widziałem na drogowskazie przy tej nazwie i doznaję olśnienia. To nie jest miejscowość, tylko huta szkła! Dlatego GPS zgłupiał, a ja nie wiedziałem, że to tu mam skręcić. Jestem na siebie zły. Zrobiłem siedem kilometrów zupełnie bez sensu, tracąc przy tym prawie godzinę. Pocieszający jest jedynie fakt, że pogoda się poprawia. Po ponad godzinie kluczenia objazdami wjeżdżam do miejscowości Linstow, gdzie spotykam się wreszcie z moim szlakiem Berlin-Copenhagen. Oczywiście tylko po to, żeby za parę kilometrów znów się z nim rozstać, bo okrąża jezioro Krakower od strony północnej, a ja pojadę drogą na wprost, dzięki czemu uda mi się nadrobić ten czas, który wcześniej straciłem. Po przecięciu autostrady numer 19 prowadzącej do Rostocku, napotykam na ładne, nowe osiedle domków. Nie byłoby w tym niczego godnego uwagi, gdyby nie fakt, że wszystkie domki są kryte strzechą.

Istotnie, Niemcy jak i Holendrzy (a może też inne nacje) powracają z upodobaniem do starej tradycji pokrywania domów trzciną. Ma to ponoć tę ważną zaletę, że trzcina daje dużo ciepła zimą, natomiast przyjemny, chłodny cień latem. W Niemczech posiadanie domu z dachem trzcinowym jest podobno wyrazem gustu, nobilitacji i nowoczesności (tak! chodzi o tendencje ekologiczne). Zupełnie inaczej niż u nas, gdzie strzecha przez lata była przejawem wieśniactwa i biedy. Dziesięć kilometrów dalej jest już Krakow am See. I dobrze, bo najwyższy czas na obiad. Znów zaskoczenie: spodziewałem się dość sporego miasta, a tu mała mieścinka nad jeziorem. Niby-kurort, który okazuje się być zadupiem. Na starówce nie ma czego szukać, dwie ulice na krzyż, zawracam więc i jadę w kierunku dworca (a raczej stacyjki). Znajduję hipermarket i kupuję coś do zjedzenia, a przy okazji robię długą przerwę. Pogoda się wyklarowała, powietrze jest dość przyjemne. Tyłek boli, a jakże, ale jestem w stanie jechać bez większych narzekań. O piętnastej trzydzieści spotykam się znowu ze swoim szlakiem i opuszczam miasto, kierując się zgodnie z oznaczeniami pod górę, w kierunku zachodnim. Od teraz ten kierunek będzie powoli ustępował na rzecz północnego, co oznacza, że zaczynam zbliżać się do morza. Pod górę jechać ciężko, zwłaszcza po jedzeniu, dlatego chętnie przystaję, żeby sfotografować pastwisko pełne owiec.

Później czeka mnie ochładzająca jazda z górki, gdzie osiągam prędkość prawie czterdziestu kilometrów na godzinę i w Alt Sammit skręcam w polną drogę wyłożoną równiutko betonowymi płytami, co daje dobry komfort jazdy. Zrobiło się już bardzo słonecznie. Jestem na kolejnym skrzyżowaniu i postanawiam skrócić sobie nieco drogę po raz kolejny rozstając się ze szlakiem. Skrót – jak się można domyślać – okazał się znów wydłużeniem drogi, ale tym razem na szczęście prawie nieznacznym. Przystaję na moment w wiosce Bellin, po czym wjeżdżam w las. Ten las należy do lasów, których wybitnie nie lubię. Ogólnie raczej nie przepadam za lasami, kojarzą mi się z ukrywaniem świata, zagubieniem i stłamszeniem. Wolę pola, a już najbardziej wzgórza z piękną panoramą. Człowiek czuje się wtedy mocnym elementem krajobrazu, a może nawet w pewnym sensie władcą przestrzeni. W każdym razie można wtedy podziwiać piękno pejzażu i zachwycać się dowolnym jego szczegółem. Las pozbawia tego typu doznań. W lesie są muchy, komary i inne latające tałatajstwo, które się tu skrywa. A szczególnie nienawidzę lasów z wilgotnym gruntem. Roślinność wtedy staje się ciemna i gęsta, słońca praktycznie nie widać, a w powietrzu unosi się specyficzny odór mokrych liści. Z takiego lasu chcę jak najprędzej wyjechać. Na szczęście droga jest asfaltowa, a szlak świetnie oznaczony.

Ten las towarzyszy mi w sumie przez osiem dość trudnych kilometrów, bo też ukształtowanie terenu nie jest zbyt życzliwe. Jednak docieram wreszcie do Mühl Rosin, skąd już tylko kilka kilometrów dzieli mnie od dużego miasta Güstrow. W Mühl Rosin robię przerwę. Tu ścieżka rowerowa ma wyraźnie inny przebieg niż droga dla samochodów, co daje poczucie ulgi i swobody.

Do Güstrow dojeżdżam około osiemnastej. Jest to dość spore miasto, więc muszę uważać na oznaczenia szlaku. Oczywiście zaraz go gubię i jadę dalej kierując się ścieżkami rowerowymi na wprost. Dzięki temu udaje mi się zobaczyć ładne stare miasto, które szlak Berlin-Copenhagen omija, biegnąc nad kanałem. Przystaję na chwilę przy rynku.

Mijam ratusz i kościół ewangelicki, wjeżdżam na deptak Pferdemarkt. Na starówce jest dość sporo ludzi. Nic dziwnego, w końcu mamy piękne, słoneczne popołudnie, aż zachęcające do spacerów. Przystaję przed zabytkowym, okazałym budynkiem poczty.

Chwilę później odnajduję szlak i napotykam na mapę. Najbliższy kemping znajduje się w Bützow, co oznacza jeszcze prawie dwadzieścia kilometrów jazdy. Szybko oceniam: kondycja jest niezła, teren już praktycznie zupełnie płaski, pogoda wspaniała – myślę, że uda się zdążyć przed zmierzchem. Ale to nie wszystko. W Bützow trzeba będzie jeszcze przecież zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Ruszam więc bezzwłocznie. Na wyjeździe czeka mnie jeszcze krótki objazd, a chwilę za miastem ścieżka skręca nad kanał i odtąd już będzie mu towarzyszyć prawie do samego Bützow. Zapach co prawda mało przyjemny, ale zostaje z nawiązką zrekompensowany przez ciszę i subtelną harmonię ścieżki z wodą, przerywaną czasem niewielkim mostkiem przerzuconym nad kanałem.

Do Bützow wjeżdżam po dziewiętnastej i zaraz na wjeździe robię szybkie zakupy. Teraz pozostaje mi znaleźć kemping, o którym wiem tylko tyle, że leży nad jeziorem gdzieś po prawej stronie drogi, którą jadę. Położenie nad jeziorem rodzi nadzieję, że będzie tak ładnie, jak na dotychczasowych miejscach noclegowych. Docieram do starej części miejscowości, gdzie znajduję plan miasta. Teraz już bez problemu docieram na kemping, gdzie melduję się za piętnaście dwudziesta. Zaczyna się zmierzchać. Wjeżdżam w bramę i już widzę, że chyba fajnie nie będzie. Kemping składa się głównie z wody. Widocznie musiało ich ostro podtopić. Na środku stoi drewniany barak (portiernia i toalety), do którego wejścia prowadzą drewniane kładki, żeby nie trzeba było brodzić w bagnie. Nieopodal widzę pół stołu i krzesła pod brudnym brezentem (czyli stołówka samoobsługowa). Gdzieniegdzie walają się odrapane łodzie, a „suchego” terenu między wodą a płotem jest naprawdę niewiele. Na szczęście namioty są tylko dwa. Szybko oceniam, że skoro te namioty tu stoją, to oznacza, że da się tu przenocować. W drzwiach wita mnie pani portier (chyba też właściciel i jedyny pracownik) tego luksusowego hotelu.
- Dobry wieczór – kłaniam się. – Chciałbym tu rozbić namiot.
W odpowiedzi słyszę potok słów, z których z trudem wyławiam tylko tyle, że nie ma problemu z noclegiem.
- Bardzo proszę wolniej, jestem z Polski – tłumaczę.
- Aha, rozumiem. – odpowiada kobieta i już wolniej tłumaczy mi, żebym najlepiej rozbił się na trawie, a nie na wodzie, i tym podobne trafne porady. Melduje mnie, inkasuje tylko pięć euro (co jest pocieszeniem po tym co tu ujrzałem) i życzy miłego pobytu. Chcę jak najszybciej rozbić namiot, ponieważ zmierzch już się rozpoczął na dobre i komary wyleciały na kolację. Problem jest w tym, żeby znaleźć w miarę suche miejsce. Chodząc po trawie słyszę pod sandałami charakterystyczne mlaskanie oznajmiające, że ziemia jest nieźle nasączona. Boję się o podłogę namiotu. Co innego gdy deszcz pada z góry, a co innego, gdy człowiek całą noc spędza na mokrym i grząskim terenie. Najbardziej suche miejsca są już oczywiście zajęte przez dwa namioty, które były tu wcześniej ode mnie, zatem rozbijam się możliwie blisko jednego z nich. Rozbijanie namiotu to dzisiaj niezła sztuka, wygląda to raczej na dziki rytualny taniec z licznymi klaśnięciami po nogach. Śledzie wchodzą w grunt jak w masło. Gdyby zerwał się silny wiatr, to nie ma szans na utrzymanie tropiku. Kończę manewry okrutnie pokąsany przez żądne krwi owady. Teraz jeszcze prysznic... Biorąc pod uwagę całokształt obserwowanej tu rzeczywistości, nie należy spodziewać się niczego dobrego. Pewnie kawał rury wystającej ze ściany i ścierka służąca za przegrodę. Mam nadzieję, że da się tam przynajmniej wejść. I tu czeka mnie miła niespodzianka. Po otwarciu drzwi na tyłach drewnianego baraku, oczom moim ukazuje się nowoczesna łazienka z kafelkami lśniącymi czystością. Z przyjemnością korzystam z kabiny prysznicowej, gdzie mimo iż kurek jest tylko jeden (co wzbudziło we mnie obawę kąpieli w zimnej wodzie), temperatura jest w sam raz. Po tej chwili przyjemności udaję się na spoczynek. Zasypiam wdychając zatęchły smród bagna przy barytonowym akompaniamencie kwakania pluskających się kilka metrów dalej kaczek. Mam nadzieję, że nie obudzę się w kałuży.

sobota, 10 września 2011

Rowerem ze Szczecina do Danii (dzień 2)

Dzień 2.
środa, 24 sierpnia 2011
GATCHECK – Penzlin – Ankershagen – Waren (MÜ) - JABEL
62 km



Route 1,305,729 - powered by www.bikemap.net

Budzik zadzwonił o siódmej trzydzieści. Nastawiłem go, bo miałem silne postanowienie wyruszenia wcześniej niż wczoraj, tym bardziej, że droga dzisiejsza to zagadka. Wydrukowane mapy z Google (i tak niewiele warte) kończą się na miejscowości Ankershagen. Tam mam się spotkać z międzynarodową ścieżką rowerową Berlin-Copenhagen Radweg. Dlatego dalej już mapa niepotrzebna – będę ufał drogowskazom. Jak wiadomo, nasi sąsiedzi są dokładnym narodem (czasami aż nazbyt) więc mogę raczej liczyć na solidne oznaczenia, zwłaszcza, że mamy do czynienia ze szlakiem międzynarodowym liczącym razem 630 kilometrów, z czego prawie dwie trzecie w Niemczech. To zobowiązuje. W każdym razie poszedłem dalej spać, bo przecież co za cymbał wymyślił, żeby nastawiać budzik tak wcześnie?! Ale o ósmej już chcąc nie chcąc się zwlokłem. Wyjrzałem z namiotu i oceniłem sytuację – pogoda raczej zagrożenia nie stwarza, jest spokojnie i cicho, wiatru prawie nie ma, bo jezioro prezentuje taflę płaską jak szkło.

Zakładam, że uda mi się dziś dotrzeć do miasteczka Krakow am See, ale zanim wyruszę, jeszcze sporo spraw do załatwienia. Modlitwy poranne i Msza święta po raz pierwszy w namiocie, który na kilka najbliższych dni ma się stać kościołem, sypialnią, stołówką i domem – wszystkiego po trochu. Ciekawe doświadczenie. Kielich i patenę (w wersji turystycznej) oraz hostie wziąłem ze sobą z domu, wino zaś kupiłem wczoraj w Neubrandenburgu. Całe szczęście nie zapomniałem. Niemcy są praktyczni – można kupić wino w małych buteleczkach na zakrętkę, co znakomicie rozwiązuje problem transportu. Po Eucharystii śniadanie, kawa (obowiązkowo!) i zaczynam pakowanie, starając się nie popełnić tych samych błędów, co wczoraj. Niestety wszystko mam na tyle rozbabrane, że trzeba pakować się praktycznie od zera. Poza tym ta złośliwość rzeczy martwych! Sypiam na macie samopompującej. Znakomicie się ją rozkłada wieczorem - wystarczy odkręcić zawór i po chwili zakręcić – ale ze składaniem jest problem. Mata jak na złość chce wsysać powietrze, zamiast je wypuszczać. Po kilku minutach opanowuję jednak tę technikę (nie taką znowu skomplikowaną) i mata zwinięta ląduje w sakwach. Jeszcze zwinięcie namiotu... Wożenie domu ze sobą przywodzi na myśl żółwia albo ślimaka. No i jakby pociągnąć ten temat, to znalazłoby się więcej analogii tychże stworzeń do mojej skromnej osoby turysty. W każdym razie namiot zwija się prędko. Obok mój rozmówca z dnia poprzedniego też się zwija.

Wymieniamy uprzejmości i pozdrowienia, po czym w drogę. Wyruszam o dziesiątej zero osiem. Na bramce dziękuję za nocleg i macham przyjaźnie recepcjoniście, obierając kurs na południe wzdłuż jeziora. Na razie jedzie się dobrze, ale wiem, że za chwilę czeka mnie nieunikniony podjazd pod górę. Nie mam pojęcia na ile stromy, choć wczorajszy zjazd z góry kilka kilometrów stąd był dość długi, więc należy się spodziewać najgorszego. W istocie, okazuje się, że różnica wysokości wynosi około czterdziestu metrów na dość krótkim dystansie, czyli dość stromo. Biorąc pod uwagę obciążenie i nadszarpniętą kondycję po wczorajszej „setce”, muszę miejscami rower prowadzić. Pocieszam się, że dalej będzie już łatwiej. Zresztą widok jest piękny.

Na szczycie wzniesienia, w miejscowości Alt Rehse, odnajduję drogowskazy lokalnych szlaków rowerowych. Bardzo dobrze, nie muszę zaglądać do mapy, która i tak mi niewiele powie. Obieram kierunek zgodny ze strzałką i... nie do wiary! Zjeżdżam w dół z zawrotną prędkością. W innym przypadku pewnie bym się ucieszył, ale teraz zaczęła mnie drążyć złowroga myśl, że zaraz będzie znów pod górę. Nie myliłem się. U podnóża wzniesienia, z którego w okamgnieniu zjechałem, szlak skręca w prawo, ostro pod górę. Okazuje się, że jest to jeszcze bardziej strome wzgórze niż to pierwsze - przewyższenie wynosi pięćdziesiąt metrów na podobnym odcinku. Znów prowadzę rower i zaczynam kląć pod nosem. Pot leje się strumieniami, za chwilę skończy się woda (dziś napoczęta półtoralitrowa butla!). Poza tym na podstawie kierunku dotychczasowej jazdy wysnuwam przypuszczenie, że szlak mnie poprowadził mocno naokoło. Tam musiała być jakaś krótsza droga! Przerywam te niewesołe dywagacje, gdy docieram do punktu widokowego, gdzie robię przerwę (na razie chyba przerw jest więcej niż jazdy).

Chwilę później docieram na szczyt wzgórza i dowiaduję się, że istotnie pojechałem naokoło, nadrabiając co najmniej cztery kilometry. A najgorsze jest to, że skrót był jedynie łagodnym wzniesieniem. Postanawiam nie analizować tego dłużej. Stało się i dobra. Strata wynosi pewnie ponad godzinę (jak nie więcej), sił praktycznie nie mam, dupa boli, woda się kończy, niech szlag trafi te niemieckie pomysły ze szlakami. Około jedenastej trzydzieści docieram do małego miasteczka Penzlin, co oznacza, że zrobiłem niecałe trzynaście kilometrów w prawie półtorej godziny. No rewelacja. Zatrzymuję się na krótki odpoczynek, zatankowanie wody w sklepie i mały posiłek energetyczny. Tu też po raz pierwszy widzę dzieci z plecakami, co na początku mnie dziwi, ale potem faktycznie przypominam sobie, że niemieckie dzieci zaczynają rok szkolny w sierpniu. Każdego roku zresztą inaczej i w każdym landzie inaczej. Tutaj (Mecklemburg-Vorpommern) dokładnie czternastego sierpnia, a więc są już po ponad tygodniu nauki. Nie wiem, czy to takie fajne, bo w powietrzu jeszcze zdecydowanie lato. Porzucam te rozważania i dalej jadę szosą w kierunku Ankershagen. Niestety mimo zaaplikowanej dawki kalorii, jedzie się coraz gorzej - wiatr perfidnie wieje mi w twarz, dupa już nie wytrzymuje. Rozwijam zawrotne prędkości rzędu dziesięciu km/h. Mimo to, do Ankershagen docieram po czterdziestu minutach i zatrzymuję się na skrzyżowaniu, na którym wreszcie łączę się z wyczekiwaną ścieżką Berlin-Copenhagen. Wjazd na szlak od razu daje się zauważyć, bo przy skrzyżowaniu stoi olbrzymia mapa najbliższej okolicy z zaznaczonymi wszystkimi ścieżkami rowerowymi. Okazuje się, że w tym Landkreisie mają ich nadspodziewanie dużo i to różnego typu: od lokalnych poczynając, przez średniodystansowe aż po krajowe i międzynarodowe. Studiując mapę dochodzę do wniosku, że teraz kierunek jazdy nie będzie taki oczywisty, jak mi się wydawało. Szlaki łączą się ze sobą, przez chwilę idą razem, potem się rozłączają, by nieco dalej znów się złączyć albo przeciąć. Ale przy okazji odkrywam, że każdy z nich ma swoją nazwę i symbol graficzny. Te symbole – jak się później okaże – są obecne pod każdym drogowskazem, żeby nie było wątpliwości, która ścieżka gdzie prowadzi. To olbrzymie ułatwienie w takim gąszczu szlaków. Z mapy wynika ponadto, że nie muszę cały czas jechać moim szlakiem Berlin-Copenhagen – mogę korzystać z innych ścieżek, które na pewnych odcinkach biegną trochę krótszą trasą, co w obecnym moim stanie kondycyjnym stanowi kuszącą propozycję. Wymaga to jednak bardzo wnikliwej obserwacji map i drogowskazów. Nie ma z tym większego problemu, bo w każdej miejscowości znajduje się wielka plansza z mapą, a skrzyżowania są dość solidnie oznaczone. Jedynym mankamentem jest to, że aby to sprawdzić, trzeba się zatrzymać, a potem ruszyć jest już baaardzo ciężko (dupa!). Dlatego w Groß Dratow muszę zawrócić (mój szlak prowadzi naokoło, a ja nie mogę sobie pozwolić na wydłużanie dystansu). Dodatkowo zaczyna ostro przypiekać słońce. Jadę teraz dość w odkrytym terenie i nie bardzo jest się nawet gdzie zatrzymać, żeby odpocząć w cieniu. W Kargow znajduję kawałek krzaka (który przydał mi się do załatwienia jeszcze innej sprawy) i robię chwilę przerwy. Staram się teraz wymyślić jakiś cel dzisiejszego etapu, bo już jest raczej pewne, że założonego Krakow am See dziś osiągnąć się nie da. Dalece rozważnym jest, aby dziś zakończyć jazdę wczesnym popołudniem i solidnie odpocząć. Postanawiam na następnej mapie poszukać jakiegoś kempingu, do którego dam radę dziś dotrzeć. W Kargow-Unterdorf za torami znów rozstaję się z moim szlakiem, gdyż drogowskaz pokazuje skrót, którym da się oszczędzić cztery kilometry. Niestety zaraz za stacją ów skrót zmienia nawierzchnię z asfaltowej na piaszczysto-żwirową, co jest dodatkową udręką dla mojej dupy. Zaczynam przeklinać ten skrót, choć prowadzi przez las, co przynajmniej osłania przed piekącym słońcem. Dojeżdżam do jakichś ogródków działkowych, a tu znak: zakaz ruchu. Ignoruję go, ale za chwilę droga i tak się kończy. Wracam do skrzyżowania przy ogródkach i muszę je niestety objechać. Daje to co prawda chwilę ulgi, bo droga wiedzie ostro w dół, jednak za chwilę trzeba znów wdrapywać się pod górę. To już rogatki miasta Waren. Docieram do skrzyżowania: w prawo czy w lewo?
- Którędy do centrum? – pytam przejeżdżającego rowerzysty.
- W lewo, pod górę – odpowiada z wyraźnym zadowoleniem w głosie, bo właśnie z tej górki zjechał. Jęczę w odpowiedzi i zaczynam znów się wspinać, ale już z wyraźną nadzieją na postój, ponieważ wystarczy tylko wjechać do centrum. Postanawiam zatrzymać się nad jeziorem, bo najpewniej tam odnajdę znów swój szlak do Kopenhagi. Dojeżdżam trochę na wyczucie i zamiast szlaku odnajduję wiec wyborczy partii SPD.

Trochę mało spokojne miejsce na wypoczynek, ale jest tu ładnie, więc PRZERWA. Szwargolą coś po niemiecku na temat tego, jaki będzie raj jeśli oni dojdą do władzy. To samo co u nas, żadnej różnicy. Mnie natomiast bardziej interesuje jezioro i przystań jachtowo-motorowa.

Samo miasteczko ma zresztą status miejscowości uzdrowiskowej i jest chętnie odwiedzane przez turystów. Widać to po samym mieście (przystanie, plaże, pięknie odnowiona starówka), jak i po zapleczu (duża ilość hoteli, restauracji i różnych atrakcji związanych głównie z jeziorem). Odpoczywam tu dobrą godzinę, aż wiec partyjny się zwija, więc ja też. W międzyczasie na mapie odnajduję miejsce dobre na nocleg: miejscowość Jabel, czternaście kilometrów stąd. Umiejscowiony na mapie namiocik wskazuje na kemping zlokalizowany również nad jeziorem. „Może być fajnie” - myślę i pakuję obolałą dupę na siodełko. Muszę jakoś przeżyć te ostatnie kilkanaście kilometrów. Zaskakujące, jak to zmienia się myślenie. Kilkanaście kilometrów zawsze znaczyło dla mnie tyle co nic. Gdybym miał jechać na wycieczkę o takim dystansie, nawet nie opłacałoby mi się wyciągać roweru. Teraz te kilkanaście kilometrów to dystans ogromny. Ale bez problemu odnajduję szlak (właściwie to on sam się odnajduje nie wiadomo skąd) i wyjeżdżam z miasta. Na wyjeździe czeka mnie niespodzianka: objazd (na ścieżce rowerowej!). Nie wiem czy długi i nie wiem z jakiego powodu, ale staram się o tym nie myśleć. Kieruję się zgodnie z oznaczeniami i na szczęście okazuje się, że nie było to jakieś straszne okrążenie. Przejeżdżam ścieżką przez las i szlak znowu łączy się z szosą. Do Jabel nie ma już żadnych niespodzianek. Końcowy etap to okrążenie jeziora – szczególnie wkurzające w sytuacji, gdy okropnie boli mnie tyłek, po przeciwnej stronie widać miejscowość będącą celem dzisiejszej jazdy, a ja muszę zapierdzielać naokoło, bo przecież nie przepłynę przez jezioro z rowerem na plecach. Do wioski docieram dwadzieścia po piątej. Staję przy sklepie, żeby zakupić żywność na kolację i śniadanie oraz niezbędną wodę. Kemping jest półtora kilometra za wsią. Dojeżdżam tam tuż przed osiemnastą. Załatwiam formalności w recepcji i wybieram fantastyczne miejsce na rozbicie namiotu, tuż przy plaży.

Z racji, że jest dość wcześnie, korzystam z prysznica bez kolejki. Potem z ogromnym apetytem jem kolację, odmawiam modlitwy wieczorne ze szczególnym podziękowaniem Bogu za to, że jeszcze żyję i mój tyłek również (choć daje o sobie znać przy każdym ruchu), i odpoczywam patrząc na spokojne lustro jeziora, zastanawiając się, co będzie jutro. Czy będę w stanie jechać? Gdzie dotrę? I jaka będzie pogoda? W istocie, zbierają się chmury, co zakrawa na burzę. Ale póki co idę spać. Dobranoc Państwu.